"Mamoooo, kiedy będę miała biurko? Chodzę do szkoły już tyle miesięcy i nadal nie mam swojego biuuuurkaaaaa, wszystkie dzieci w mojej klasie już maaaają" - to Nitka. Codziennie. Przez miesiąc albo i lepiej. No dobra, zróbmy jej w końcu ten pokój, choć wiemy z doświadczenia, że lekcji i tak nie będzie tam odrabiać, ale trzeba to mieć za sobą. Odważnie więc do tematu, a co. Kupienie "tylko biurka" pociąga za sobą remont całego pokoju. Toż to oczywista oczywistość! Jakby inaczej. Mój Tata zaoferował pomoc, całe szczęście, bo M z braku czasu nigdy w życiu by tego nie zrobił. No to Pracowity Dziadek przeprowadził się do nas na 2 tygodnie, tyle, jak się okazuje, zajmuje wstawienie biurka. Zakrzątnął się odpowiednio, szorował, zdzierał, murował, malował itd, co poskutkowało zupełnie nowym, pięknym pokojem w kolorze różu, magnolii i bieli. Cud, miód i cukierek. Gdybym miała 7 lat i taki pokój, piałabym z zachwytu i nie wychodziłabym z niego wcale. Nitka też prawie nie wychodzi, bo się nie da. Przejść przez przedpokój. Wszystkie graty i zabawki wylądowały właśnie tam i o zgrozo, zaczynają tam swój żywot już trzeci tydzień. Nitka oczywiście jest zachwycona swoim pokojem i bawi się w nim jedną rzeczą wyłowioną spośród morza rupieci i twierdzi, że sama nie da rady tego sprzątnąć. A kto ma dać?!!!! Oczywiście, że ja, aż nerwowych drgawek dostaję na samą myśl. "M pomożesz mi?" - robię tak duże oczy jak potrafię. "-Nie ma mowy, wiesz, że ja tego nie lubię." - twardy jest. No więc już drugi dzień siedzę w tym przedpokoju i przebieram zabawki, książeczki, gumeczki, spineczki i inne pierdołki i końca nie widać. Wiele z tych rzeczy jest bezużyteczna i do wyrzucenia, ale muszę to robić ukradkiem, bo każda rzecz ma sentymentalną wartość i z żadną nie można się rozstać. "No mamooo, proszę Cię, tylko nie to plisss plissss plissss....."Wczoraj na przykład trafiłam na lalkę bez ręki, bez nogi i bez głowy - była potrzebna. Może do jakichś makabrycznych zabaw? Po kryjomu załadowałam już cały 240 litrowy wór na śmieci. No i jeszcze razem ze mną siedzi Zu, która wszystko bierze do rączki, a potem do buzi. Jest szczęśliwa i aż sapie z radości, szczególnie kiedy uda jej się dosięgnąć najmniejsze przedmioty oraz zasuszone biedronki. Nitka uczestniczy chwilę a potem oddala się po cichu żeby bawić się gdzieś w rogu nowo odkrytą zabawką, a ja siedzę jak ta głupia z błędnym wzrokiem i już mam szczerze dość. "Mamoooo, a kiedy dokupicie mi krzesło do biurkaaa? jak mam przy nim siedzieć?". No dobra to do sklepu meblowego. M powiedział, że tego już nie wytrzyma, jedziemy więc we troje - Ja, Nitka i Dede. Ten ostatni z chęcią kupienia sobie jakiegoś wielkiego worka do siedzenia, bo niewygodnie mu się czyta książki na podłodze. Podczas kiedy dzieci wysiadywały wszystkie kanapy (- "Mamo jakie super zakupy, tak to my możemy"), ja latałam jak poparzona, szukając odpowiedniego krzesła oraz worka i lampki. A oni tylko zatwierdzali, bo mamą jestem nie od dziś i wiem, że szybciej, taniej i lepiej jest niepozostawianie zbyt dużego wyboru. Znalazłam wszystko, ale niestety w dwóch różnych sklepach. Kiedy wchodziłam do punktów odbioru, panowie z magazynu dziwnie się patrzyli jak w 12 cm obcasach taszczę do samochodu pudła. Co mnie podkusiło z tymi obcasami? Dobrze, że futra nie posiadam, szyku bym zadała. W końcu wróciliśmy do domu i znowu trafiłam na ten bałagan. O matko!!! chyba otworzę sobie wino...a rupiecie niech leżą i kolejny tydzień.
Mamo, to wszystko jest mi bardzo, ale to bardzo potrzebne. :):):)