piątek, 12 lutego 2016

mazurskie pogotowie

Przy okazji przeglądania zdjęć przypomniała mi się pewna zabawna historia. Wspominałam już o tym, że w czasach studenckich jeździliśmy na Mazury. Za pierwszym razem wybraliśmy się tam we troje - Ja, M oraz nasz przyjaciel Bodek. Pojechaliśmy tam maluchem Bodka, który to maluch został odziedziczony po dziadku i w którego spakowaliśmy się we troje razem z namiotem, pontonem, butlą gazową, garnkami, jedzeniem w puszkach oraz wieloma innymi akcesoriami. W dodatku bez górnego bagażnika. Do tej pory nie wiem jak nam się to udało, pamiętam tylko, że wszystkie ubrania leżały porozciągane pomiędzy całą machinerią malucha, w sensie każda koszulka i skarpeta osobno :). Chłopcy kierowali na zmianę, mi przypadło miejsce z tyłu, miałam jakieś nie przesadzając 40 cm siedzenia, ale że ważyłam 46 kg, to miejsca wydawało się całkiem sporo. Jechaliśmy oczywiście z zawrotną prędkością 80 km/h, jarając niesamowite ilości papierosów. Dziwię się, że Bodek widział drogę, bo nie dość, że on ślepawy i w okularach, to jeszcze dym był nie do opisania. Wakacje trwały trzy tygodnie i były naprawdę super. Wspomnień z nich jest mnóstwo, bo nie tylko wylegiwaliśmy się nad jeziorami i łowiliśmy ryby, wypijając przy tym hektolitry piwa Żagiel i wypalając nieprzyzwoite ilości papierosów Caro czerwonych, ale również zwiedzaliśmy. Rewelacja. Pewnego dnia chłopaki zrobili na obiad makaron z kiełbasą i nie wiem, chyba ta kiełbasa była nieświeża, fakt, że ten obiad bardzo mi zaszkodził. A może po prostu za dużo im zrzędziłam i postanowili mnie na chwilę uciszyć? kto wie? W każdym razie wieczorem rzygałam dalej niż widziałam i skręcałam się z bólu żołądka. Chłopcy byli bardzo przejęci, starali się pomóc jak mogli, łącznie z parzeniem bardzo mocnej herbaty oraz masowaniem brzucha na zmianę. Bodek pojechał nawet do budki telefonicznej i zadzwonił do swojej mamy lekarki, jednak przez telefon nie dała rady mnie uleczyć. Nie było wyjścia, Bodek postanowił jechać na pogotowie. To ja zaczęłam wyć, że ja na pogotowie nie chcę, bo mnie zostawią, a ja chcę tu w namiocie, ja nie będę leżała w szpitalu w wakacje!!! No to Bodek pojechał sam. A trzeba koniecznie zaznaczyć, że wieczorem wyjmowaliśmy siedzenia przednie z malucha, bo chłopaki lubili sobie na nich siedzieć wygodnie przy ognisku :) No to Bodek zamontował tylko jedno siedzenie dla siebie i pojechał, a M został ze mną na posterunku. Nie było go z godzinę. Z pogotowia przywiózł w jednym kieliszku do wódki krople żołądkowe, a w drugim białe tabletki. Był w dodatku w doskonałym humorze i śmiał się do rozpuku. Otóż na pogotowiu wyprosił te medykamenty, choć nie było łatwo, bo przecież pacjenta było (jakby) brak i wsiadł do samochodu. Przypominam, że to maluch, nie ma tam półeczek na odłożenie czegokolwiek i trzęsie niemiłosiernie, więc krople postanowił trzymać w ręku. Na trasie zobaczył ludzi próbujących złapać stopa (nieważne, że to była jakaś 22 - to Mazury w latach 90-tych), no to stwierdził, że przecież trzeba ich podwieźć. Chłopak z dziewczyną zadowoleni otworzyli drzwi i pierwsze co zobaczyli, to brak przedniego siedzenia. Bodek do nich - "a nic nic, wsiadajcie, ja tak wyciągam te siedzenia, siedzimy sobie na nich jak w folelach" (miny pary bezcenne), zapakowali się jednak z plecakami i Bodek ruszył. Śpieszył się, bo wiedział, że ja cierpiąca, więc zapierniczał z jakąś zawrotną prędkością aż maluch podskakiwał jak szalony. Nagle autostopowicze zauważyli, że obok Bodka w kieliszku do wódki leżą białe tabletki, nie skomentowali, ale jakie były ich miny kiedy zobaczyli, że kierowca jedną ręką kieruje, a w drugiej trzyma kieliszek wypełniony płynem. I jeszcze się do nich odwrócił z zaparowanymi okularami i powiedział, żeby się nie martwili, bo on ma wszystko pod kontrolą!!! Dokładnie już nie pamiętam, ale coś mi się kołacze po głowie, że chwilę później wysiedli :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz