niedziela, 26 lutego 2017

Jakiś taki marazm mi się wkradł

- Dlaczego nic nie piszesz? Wchodzę na bloga codziennie, a tam nic - mówi TakaJedna.
Czasu nie mam. Pomysłu nie mam. I przede wszystkim siły. Mam wrażenie, że nic ale to nic się nie dzieje. Codziennie  rano budzą mnie wpatrzone we mnie wielkie jakieś takie zielonkawe oczy, potem przychodzą oczy drugie i trzecie. M ma niebieskie i podobnie jak ja, też ledwo otwiera. Śniadanie, szykowanie, ubieranie, pakowanie i inne -anie. Czasami patrzę na to wszystko i myślę, że to dom wariatów. Wszyscy tak macie? A może tylko ja? Może znowu jestem jakaś gorsza od innych idealnych i lepszych mam, które wstają rano ubrane na biało i w białej pościeli, od razu uczesane i pomalowane. A ich dzieci nie biegają po domu bez sensu, ale z uśmiechem na ustach wsypują płatki do miski z białym mlekiem. Następnie zakładają na plecy śliczne kolorowe plecaczki, machają łapką i oddalają się w kierunku szkoły, aby zdobyć kolejne szóstki, bo w przyszłości zostaną kimś wielkim. Wieczorem natomiast grzecznie idą spać, a ich mamy, znowu ubrane na biało (!) przytulają się do uśmiechniętych mężów.
Nie wiem...odkąd wróciłam do pracy to wygląda trochę jakby inaczej. Bieg, ciągły bieg. Zmęczenie, czerwone oczy. Codziennie jakieś tryby czasownika, przymiotniki i inne polonistyczne oraz anglojęzyczne problemy piątoklasisty, matematyka drugoklasistki i jeszcze do tego Zu. Ktoś ciągle coś mówi, ciągle coś chce. Jedzenie, przewijanie, wożenie, sprzątanie. Jest poniedziałek, za chwilę sobota. Co za różnica jaki dzień. Ja nie odpoczywam i tak. Czasami wieczorem biorę książkę i nie wiem co czytam. I kiedy otwieram wino i chcę się zrelaksować, okazuje się, że jest już taka godzina, że jak zaraz się nie położę, to jutro nie wstanę. No to idę spać i tak w kółko. I budzę się wcale nie ubrana na biało, ale w szarej pidżamie w misie, bez makijażu i z włosem rozczochranym...yyyyhhhh....


niedziela, 5 lutego 2017

Ukryty doping

Wyjeżdżam rano do pracy. Nie da rady. Lód, wszędzie lód. Muszę podjechać pod górkę. Nie da rady. Ustawia mi samochód bokiem i zsuwam się na dół. No to sól. Słysze jak lód strzela, ale ciągle za mało. Próbuję, ale to wciąż nie wystarcza, dalej zjeżdżam niczym Małysz. Przypominam sobie o worku popiołu. Sypię. Mocuję się z wyjazdem prawie pół godziny. Nie będę przecież budziła M, jest niedziela, niech sobie śpi. W końcu sukces. Z pracy dzwonię do M, opowiadam jak się namęczyłam. Na co mój mąż - a wiem, patrzyliśmy z dziećmi przez okno jak się męczysz :)