niedziela, 5 lutego 2017

Ukryty doping

Wyjeżdżam rano do pracy. Nie da rady. Lód, wszędzie lód. Muszę podjechać pod górkę. Nie da rady. Ustawia mi samochód bokiem i zsuwam się na dół. No to sól. Słysze jak lód strzela, ale ciągle za mało. Próbuję, ale to wciąż nie wystarcza, dalej zjeżdżam niczym Małysz. Przypominam sobie o worku popiołu. Sypię. Mocuję się z wyjazdem prawie pół godziny. Nie będę przecież budziła M, jest niedziela, niech sobie śpi. W końcu sukces. Z pracy dzwonię do M, opowiadam jak się namęczyłam. Na co mój mąż - a wiem, patrzyliśmy z dziećmi przez okno jak się męczysz :)

 

2 komentarze:

  1. Na męża zawsze można liczyć! miałam podobnie kiedy pożyczyłam jego samochód, patrzył czy poradzę sobie z przełączaniem napędów, ale żeby przyjść, pokazać,wytłumaczyć, to nie a później się dziwi że coś nie tak działa hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haahahaha :)....znam to znam. M bardzo często pomaga, odśnieża i w ogóle...nie mogę powiedzieć, że nie...ale tym razem chyba postanowił uwierzyć w moje siły :):):)

      Usuń