Zrobiło się ciepło i tak już mamy i lubimy, że jak ciepło, to chodzimy sobie czasem na obiad na Starówkę.
- Czy jesteś pewna, że Zu jest gotowa na siedzenie w knajpie? - zapytał nieco zaniepokojony M.
- Oczywiście, że jest. Ma już prawie rok.
No dobra, szykujemy się. Normalnym ludziom zajmuje to niewiele czasu, u Nas trwa to trochę dłużej, bo przecież kiedy już po całym ubieraniu siedzimy w samochodzie, okazuje się, że a). Nitka właśnie koniecznie musi pójść do toalety, b). pielucha Zu wymaga natychmiastowej zmiany, c). Dede nagle przypomina sobie, że świeci słońce i bardzo potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, które znajdują się w bliżej nieokreślonym miejscu w jego pokoju, d). ja orientuję się, że przecież trzeba jeszcze zabrać jakieś grzechotki i wygonić kota na dwór. To chyba rodzinne, jedna z moich sióstr przed wyjściem, kiedy już wszyscy są gotowi, zawsze podlewa kwiatki. No więc wpadamy we czworo do domu i załatwiamy wszystkie bardzo pilne sprawy, podczas gdy M siedzi w samochodzie i stara się nie stracić cierpliwości i dobrego humoru, słucha sobie w tym celu jakiegoś jazzu czy innej poezji śpiewanej. A my jak w ukropie biegamy tam i z powrotem, następnie wpadamy do samochodu, żeby zobaczyć M z marsową miną, mruczącego pod nosem, że jest jak zwykle, że to się nigdy nie zmieni, że bez sensu i jakieś takie straszne bzdury, które, aby nie zepsuć sobie popołudnia, należy puścić mimo uszu. Jedziemy. Wszyscy w doskonałych humorach. Dzieci z tyłu cały czas trajkoczą. Na okrągło. Ja wyłapuję tylko "mamooo tratatatata, mamooooo tartatatataa mamomaomamomamo tratatatatatatatata". Zazwyczaj odpowiadam "hmmmm", albo "tak", albo uśmiecham się zagadkowo i jakoś to leci. Wszyscy zadowoleni. Czasami orientują się, że ich wcale nie słucham i wtedy wpadka na całego, ale na szczęście rzadko. :)
Jesteśmy na Starówce. No to wysiadanie, wyciąganie wózka, zamieszanie, gadanie, jakby przyjechał autobus ze szkolną wycieczką. Zabieramy jakieś ubrania, zabawki, butelki itd., no jednym słowem objuczone wielbłądy. Szukamy wolnego stolika. No nie, nie takie to łatwe, wszystko zajęte, a jak wolne, to albo nie tu gdzie chcemy, albo nie da się podjechać wózkiem, albo za mało miejsca. Już zaczyna być nam gorąco i patrzymy z M na siebie z politowaniem, ale nie poddajemy się. Tym bardziej, że dzieci mamy knajpiane. Nitka i Dede uwielbiają jadać w knajpach, sami z powagą czytają menu, chociaż zupełnie nie wiem po co, bo zazwyczaj i tak wybierają frytki z kurczakiem, ostatnio polubili pizzę, więc jest trochę łatwiej. Tak tak, moje dzieci, to takie dziwadła, co nie lubiły pizzy. Zamawiają sami - sok jabłkowy proszę, lub orange juice please - w zależności od miejsca. Światowo, wszak po coś się uczą tych języków :) No a potem jest najgorsze - oczekiwanie na jedzenie. I właśnie ostatnio okazało się, że Zu owszem jest gotowa na wyjścia do knajpy, ale nie na czekanie na jedzenie 1 godzinę i 40 minut!!!! bo tyle właśnie to trwało. Pani zlitowała się nad nami i przyniosła jakieś deski serów, chociaż nie wiem czy to z litości, czy raczej z chęci zatrzymania wściekłego klienta. Przez pierwsze pół godziny Zu była bardzo grzeczna i wesoła, no a potem to już nie było przyjemne biesiadowanie, a telepanie znudzonej Zu na rękach, wychodzenie z nią z knajpy żeby było ciekawiej, zagadywanie i zabawianie. I jedzenie na zmianę i na szybko na zasadzie ty jedz, ja ją potrzymam i na odwrót. W pośpiechu, bez smaku i bez sensu. Z obiadu wyszliśmy najedzeni, ale umęczeni że hoho. Czy ja mówiłam, że to się uda???!!!! W drodze powrotnej Zu dała nam jeszcze tak cudowny koncert, że wysiedliśmy pod domem z wielką ulgą. Następny raz prędko nie nastąpi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz