Wybraliśmy się z M do sklepu i o dziwo zabraliśmy ze sobą tylko jedno dziecko. Dede. Już na samym początku ciągle przeżywaliśmy jak to cicho w samochodzie, a w sklepie, to już w ogóle byliśmy zachwyceni. Dede nie podbiegał do półek, nie gadał wciąż i wciąż, tylko po cichu pchał wózek. Wszak to już prawie nastolatek (- "Mamooo, jedenaście lat, to już nastolatek, prawda?") i jak na takiego przystało, był bardzo stateczny. Do momentu, aż nie weszliśmy między półki ze słodyczami. Wtedy niestety objawiło się dziecko, o zgrozo (!) również we mnie. Zaczęliśmy biegać obydwoje jak opętani, a w momencie, kiedy odkryliśmy duże opakowania ukochanych krówek, prawie wyliśmy z zachwytu. M wstydząc się okrutnie pokazał nam plecy, a my zaczęliśmy się namawiać, jakby tu przekonać Ojca (w takiej sytuacji stał się również moim Ojcem), żeby pozwolił nam kupić krówki w ilości hurtowej. Kiedy tak się namawialiśmy i jęczałam do Dede
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz