wtorek, 21 czerwca 2016

A ja meczu nie oglądam

no nie oglądam. Nie oglądam i już. Mój M fascynuje się prawie każdym rodzajem sportu. Od zawsze. Piłka nożna jest dla niego ważna jak nie wiem co i dziwię się, że ze swoją wiedzą nie pracuje jako dziennikarz sportowy. Podobnie jak jego najbliżsi przyjaciele. Próbował mnie zaszczepić wiele razy. Zdarzało się nawet, że bywałam na jakichś meczach futbolowych czy koszykówki. Bardzo lubiłam, darłam się wniebogłosy jak trzeba było, gwizdałam i nawet mówiłam brzydkie słowa kiedy coś mi się nie podobało, ale jakoś nigdy nie wciągnęło mnie to aż tak bardzo. Ba, raz nawet podszywając się pod Włoszkę, niejaką Rossanę, byłam na meczu Romy w Rzymie i wraz z kibicami obok rzymskiej żylety śpiewałam piosenkę "Roma Roma Roma". Natomiast naprawdę skupiałam się na tym czy piłkarze w rzeczywistości są tak przystojni jak w telewizji. Podobnie na stadionie Legii, kiedy grała z Górnikiem Łęczna, ani słowem nie zdradziłam się siedząc wśród zagorzałych kibiców Legii, że jestem za przeciwnikiem. Dziarsko śpiewałam - Legia to jest potęga i jakieś takie, a po cichu cieszyłam się z dobrych akcji Górnika. No cóż. No a teraz mecze mecze i mecze. Chłopaki żyją tymi meczami od świtu do nocy, trzy razy dziennie, kto z kim, kto ile punktów, kto wychodzi z grupy, a kto nie. Dla mnie to zupełnie obojętne. M przyczepił mi flagę do samochodu, bo dzisiaj grają nasi. No dobra, z flagą mogę pojeździć. Oglądanie pierwszego meczu Polaków odbyło się u nas, ale ja to skupiłam się bardziej na tym jaką sałatkę zrobić, czy ciasto rabarbarowe będzie smakowało oraz czy na pewno wystarczy piwa. A potem miłe "plotu plotu" z dziewczynami. Niestety przez lata życia z kibicem nie nauczyłam się co znaczy osławiony spalony i zdarza mi się zapytać - którzy to nasi? Jak padnie jakaś bramka, podnoszę (zazwyczaj znad książki lub komputera) wzrok i patrzę jak jakiś wyfryzowany goguś, cieszy się wraz ze swoimi kompanami. No wspaniale. Gratuluję. Jestem pod wrażeniem, bo ja tak nie potrafię. Szanuję, ale nie podniecam się i nie udaję, że mnie to interesuje. Nie interesuje, nie obchodzi, nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Ja wiem, że teraz Euro, ja wiem, że powinnam, że teraz taka moda żeby oglądać mecze i się interesować, a nawet wystąpić na zdjęciu w jakiejś koszulce, najlepiej w knajpie z tym meczem, z pomalowaną twarzą. Ja wiem, że powinnam dzielnie wspierać swojego mężczyznę w odpowiednim przeżywaniu, czyli zapełniać lodówkę, podawać chłodne piwo i ze zrozumieniem usuwać krzyczące dzieci sprzed telewizora. No tak podobno powinnam, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby On, kiedy oglądam "Co się wydarzyło w Madison County" i Meryl Streep chwyta za klamkę i nie wie czy wysiąść z samochodu męża, a ja wtedy zaczynam wyć i nie przestaję do końcowych napisów, no nie przypominam, żeby on wtedy podawał mi chusteczki i patrzył ze zrozumieniem. Raczej mówi, że jestem zbyt emocjonalną idiotką i przecież to tylko film. No więc ja nie podniecam się tymi meczami za bardzo, nie przeszkadzam, a jak wychodzi oglądać z kolegami, to nawet bardzo się cieszę. Mam wtedy wolny wieczór. I każdy jest zadowolony. Ja nie jestem żona idealna. Po prostu. 

niedziela, 5 czerwca 2016

Na pewno kultura?

   Przypadkiem trafiłam na post pewnej oburzonej Pani Mamy, której to syn próbował wejść w trampkach do klubu i nie został wpuszczony właśnie ze względu na obuwie. Od razu z przekąsem, że Pan Ochroniarz pewnie nie wie, że w "niektórych" kręgach trampki zastąpiły lakierki, zaraz pojawiły się komentarze w stylu "jakaś komedia", "kultura wyższa", "szok" itd itd. Prześmiewczo i oczywiście kulturalnie - przepraszam, z kulturą wyższą, z wyższym kulturalnym przekąsem, z wyższą kulturalną szpilą. A ja akurat uważam, że Pani Mama zachowała się w stylu "ale wieśniaki, na moim syneczku się nie poznali, w  trampkach nie wpuścili, chodź chodź syneczku, oni nie wiedzą co to kultura, co to moda, wręcz haute couture. 
   No cóż...każdy może ustalić sobie zasady jakie chce. A co jeśli Pan Właściciel klubu nie lubi chłopców w trampkach, bo właśnie taki uprowadził mu piękną żonę? albo ma uraz do całej rzeszy metroseksualnych chłopaczków w trampkach i rurkach, jakich teraz pełno na ulicach? i po prostu nie chce ich w swoim klubie? Nie twierdzę, że Syn Pani Mamy właśnie taki jest, nie widziałam gościa na oczy i może fajny z niego facet, no ale tak już na tym świecie jest, że mamy knajpy, w których przy wejściu np. obcinają panom krawaty, a kobietom ramiączka od staników, w innych nie wpuszczają w butach sportowych, a jak właściciel ma ochotę, to i w czerwonych butach może nie wpuszczać, a co. Każdy ustala swoje zasady, a jeśli chcę iść do niego, muszę się dostosować. U mnie w domu chodzi się w butach i goście nie muszą ich zdejmować, ale to nie znaczy, że u koleżanki, w której domu buty zdejmuje się w drzwiach, wejdę po swojemu. Idę do niej i szanuję jej zasady. Tak po prostu. Byłam świadkiem jak dwie Amerykanki błagały przy wejściu do Watykanu, aby je wyjątkowo wpuścić z odsłoniętymi ramionami, ale obsługa była nieugięta. I zaraz może ktoś się oburzyć - ale jak to porównywać klub młodzieżowy do Watykanu, idiotka jakaś. Ano nie idiotka, tylko zasada jest zasadą, a my albo się dostosujemy, albo idźmy sobie gdzieś, gdzie nas wpuszczą. Na całym świecie tak jest. Bez zbędnych komentarzy, świętego oburzenia i wyśmiewania, bo takie zachowanie obok kultury również nie stoi....
I od razu zaznaczam, że moim celem nie było obrażenie kogokolwiek, a Pani Mama posłużyła jako kompletnie przypadkowy i anonimowy przykład. 



czwartek, 2 czerwca 2016

Banan mi się psuje

O, banan  mi czernieje, no to już ja go wykorzystam. Hmmm. Usmażę go na maśle, lubię takie. Dobra, no przecież coś do niego by się jeszcze przydało. ..co by tu... no tak, wezmę sobie tu taki pucharek szklany, żeby było ładnie. Sam banan w pucharku? Pusto i bez sensu. No to może na spód trochę bitej śmietany. Nooo i od razu lepiej. Śmietany oczywiście niewiele, bo jestem na diecie. Na to smażony banan. No to może jeszcze sosu czekoladowego, tak dla ładnego wyglądu. Niewiele, bo wciąż jestem na diecie. Hmmm, zostało trochę miejsca, zdaje się, że mam jakieś lody. No to gałka śmietankowych i jeszcze trochę śmietany i banana i sosu, ale niewiele, bo wiadomo - dieta! Odkrywam jeszcze jedne lody - czekoladowe, no pasują idealnie, jakże z nich zrezygnować. A na wierzch dodam, choć wcale nie mam ochoty, jeszcze trochę śmietany i sosu, tak dla wyglądu. Ta dieta kiedyś mnie wykończy.