no nie oglądam. Nie oglądam i już. Mój M fascynuje się prawie każdym rodzajem sportu. Od zawsze. Piłka nożna jest dla niego ważna jak nie wiem co i dziwię się, że ze swoją wiedzą nie pracuje jako dziennikarz sportowy. Podobnie jak jego najbliżsi przyjaciele. Próbował mnie zaszczepić wiele razy. Zdarzało się nawet, że bywałam na jakichś meczach futbolowych czy koszykówki. Bardzo lubiłam, darłam się wniebogłosy jak trzeba było, gwizdałam i nawet mówiłam brzydkie słowa kiedy coś mi się nie podobało, ale jakoś nigdy nie wciągnęło mnie to aż tak bardzo. Ba, raz nawet podszywając się pod Włoszkę, niejaką Rossanę, byłam na meczu Romy w Rzymie i wraz z kibicami obok rzymskiej żylety śpiewałam piosenkę "Roma Roma Roma". Natomiast naprawdę skupiałam się na tym czy piłkarze w rzeczywistości są tak przystojni jak w telewizji. Podobnie na stadionie Legii, kiedy grała z Górnikiem Łęczna, ani słowem nie zdradziłam się siedząc wśród zagorzałych kibiców Legii, że jestem za przeciwnikiem. Dziarsko śpiewałam - Legia to jest potęga i jakieś takie, a po cichu cieszyłam się z dobrych akcji Górnika. No cóż. No a teraz mecze mecze i mecze. Chłopaki żyją tymi meczami od świtu do nocy, trzy razy dziennie, kto z kim, kto ile punktów, kto wychodzi z grupy, a kto nie. Dla mnie to zupełnie obojętne. M przyczepił mi flagę do samochodu, bo dzisiaj grają nasi. No dobra, z flagą mogę pojeździć. Oglądanie pierwszego meczu Polaków odbyło się u nas, ale ja to skupiłam się bardziej na tym jaką sałatkę zrobić, czy ciasto rabarbarowe będzie smakowało oraz czy na pewno wystarczy piwa. A potem miłe "plotu plotu" z dziewczynami. Niestety przez lata życia z kibicem nie nauczyłam się co znaczy osławiony spalony i zdarza mi się zapytać - którzy to nasi? Jak padnie jakaś bramka, podnoszę (zazwyczaj znad książki lub komputera) wzrok i patrzę jak jakiś wyfryzowany goguś, cieszy się wraz ze swoimi kompanami. No wspaniale. Gratuluję. Jestem pod wrażeniem, bo ja tak nie potrafię. Szanuję, ale nie podniecam się i nie udaję, że mnie to interesuje. Nie interesuje, nie obchodzi, nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Ja wiem, że teraz Euro, ja wiem, że powinnam, że teraz taka moda żeby oglądać mecze i się interesować, a nawet wystąpić na zdjęciu w jakiejś koszulce, najlepiej w knajpie z tym meczem, z pomalowaną twarzą. Ja wiem, że powinnam dzielnie wspierać swojego mężczyznę w odpowiednim przeżywaniu, czyli zapełniać lodówkę, podawać chłodne piwo i ze zrozumieniem usuwać krzyczące dzieci sprzed telewizora. No tak podobno powinnam, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby On, kiedy oglądam "Co się wydarzyło w Madison County" i Meryl Streep chwyta za klamkę i nie wie czy wysiąść z samochodu męża, a ja wtedy zaczynam wyć i nie przestaję do końcowych napisów, no nie przypominam, żeby on wtedy podawał mi chusteczki i patrzył ze zrozumieniem. Raczej mówi, że jestem zbyt emocjonalną idiotką i przecież to tylko film. No więc ja nie podniecam się tymi meczami za bardzo, nie przeszkadzam, a jak wychodzi oglądać z kolegami, to nawet bardzo się cieszę. Mam wtedy wolny wieczór. I każdy jest zadowolony. Ja nie jestem żona idealna. Po prostu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz