poniedziałek, 24 października 2016

Taka sytuacja

   Niedziela w pracy od rana. Prawie cała. Już niedługo zacznie się ściemniać. Kończę i wychodzę. Przy okazji kupuję wiązanki na groby. Otwieram samochód, wrzucam do środka torbę, otwieram bagażnik, wkładam wiązanki. Zamykam. Podchodzę do drzwi kierowcy i w momencie, kiedy chwytam za klamkę, samochód się blokuje. Jak na filmach. Dobrze, że chociaż kurtkę mam na sobie. W środku samochodu oczywiście zatrzaśnięte wszystkie klucze, dokumenty, pieniądze i telefon. Tadaaaam!

środa, 19 października 2016

Mój pierwszy raz ;)

Mknę ulicami miasta. Tak mi się płynnie jedzie tralala śpiewam sobie. Jedno żółte, zaraz drugie, przecież zdążę. Jadę dalej. Widzę kątem oka niebieskie światełka. Oooo, jakie ładne, wieczorem to jednak ładnie tak świeci na niebiesko. Ładne, światełka są już za mną i słyszę dźwięk. O żesz....to dla mnie one tak świecą. Zjeżdżam do zatoczki. Młoda blondyneczka, starająca się grać bardzo męskiego pana policjanta pyta zasadniczym tonem
- Czy pani wie dlaczego zatrzymaliśmy?
- A wiem - odpowiadam rezolutnie - przejechałam na żółtym
- Na czerwonym pani przejechała
- Ja naprawdę widziałam żółte
- To widocznie zamknęła pani oczy - odpowiada ona bezczelnie - Mamy film - straszy, próbuje mnie namówić do obejrzenia i myśli, że ja się będę kłócić. Wyraźnie ma ochotę na małe starcie. 
Ha! Nie zna mnie. Wcale nie mam zamiaru. Tym bardziej, że obok siedzi sparaliżowana strachem Nitka. To jej pierwsze bliskie spotkanie z policją. W szkole będą pewnie opowieści mrożące krew w żyłach.
- Skoro pani twierdzi, że przejechałam na czerwonym, to pewnie tak było, wcale nie mam zamiaru z panią dyskutować. Ja po prostu naprawdę myślałam, że zdążyłam. I uśmiecham się do niej. 
Ładna aczkolwiek męska pani jest zawiedziona i zdziwiona, wyraźnie traci rezon. Chwilę rozmawiamy, na koniec uśmiecham się i mówię
- Pozwoli pani, że nie powiem "do widzenia"?
- A ja się nie polecam na przyszłość - zaczyna się śmiać
Po 16 latach za kółkiem zostałam rozdziewiczona, mój pierwszy mandat i punkty :) 

piątek, 7 października 2016

A miało być tak miło

   W piątki po pracy chodzę na siłownię. Dlatego wczoraj wieczorem przygotowałam się, spakowałam i wszystko ustaliłam co do minuty. Kiedy coś jest zaplanowane, na pewno się uda i nie ma prawa się sypnąć. Po skończonej pracy radośnie pędziłam na złamanie karku żeby zdążyć na umówioną godzinę, bo jeśli nie zdążę, przedłuży mi się trening, wtedy padnie cały misternie stworzony plan. Spóźnię się po dzieci do szkoły, przez to mój tata opiekujący się Zu wyjdzie ode mnie później, a przez to mój mały bratanek spóźni się do szkoły muzycznej na zajęcia. Przy takich transakcjach wiązanych pośpiech jest wskazany. Wpadam na siłownię, pani z recepcji wie jak jest, więc bez zbędnych ceregieli podaje kluczyk do szafki. Wpadam do szatni, już zaraz sobie poćwiczę ach ach, jak się cieszę, jak mi cudownie na samą myśl, czekałam na tę chwilę od wtorku, a na wycisk byłam gotowa od rana. Raz dwa! nie ma czasu do stracenia! W błyskawicznym tempie przebieram się, coś zdejmuję coś tam zakładam. I nagle z moich ust wyrywa mi się głośne "oooo nieee!!!! jasna dupa!!!! Pani w szatni patrzy zdziwiona. Tak się śpieszyłam i cieszyłam jak głupia, a ...zapomniałam butów. Na nic mój pośpiech k.....$#@%^&%$##$%*()^%@@@!$ mać. Wściekła na siebie wychodzę z siłowni. No to mam 1,5 wolnej godziny. Jestem taka zła, że muszę coś ze sobą zrobić. Obok jest sklep z gospodarstwem domowym. Po krótkim zastanowieniu stwierdzam, że no dobra może być. Wchodzę do środka, po pół godzinie wychodzę z miseczkami, pokrywkami, sitkiem, łyżką do butów, łapką na muchy, drewnianą łyżeczką do odmierzania mąki oraz blachą do ciasta. Po cholerę mi to wszystko to nie wiem, a szczególnie blacha do ciasta, którego nie piekę. Ze złością rzucam to do bagażnika. Jest lepiej, ale nadal jestem zła. Wchodzę więc do następnego sklepu, tym razem z ubraniami. Tylko jedna rzecz - myślę sobie. Po pół godzinie wychodzę z hurtową ilością skarpet dla dzieci oraz parą spodni na siłownię dla siebie, szkoda, że nie mieli butów. Miało być tak miło, miałam poćwiczyć, spalić zbędne kalorie, odstresować się, a jedyne co się wydarzyło to to, że doszłam do wniosku, że jeśli jeszcze parę razy zapomnę czegoś na siłownię, to będę musiała wyrobić sobie kartę kredytową.



sobota, 1 października 2016

Zalewa mnie bałagan

    Bałagan. Zalewa mnie. Ja już sobie nie radzę. Pamiętam czasy, kiedy byliśmy z M tylko we dwoje. Porządek, czysta podłoga, wszystko poukładane w szafie, 2 talerze, 2 kubki, jedna patelnia. Lata świetlne temu. Teraz zalewa mnie fala ciuchów, kartek, kredek, plasteliny, piłek. Wszędzie gdzie się nie ruszę leży coś. Wchodzę do domu, mam wrażenie, że to sklep z butami, patrzę w bok, nie, jednak z kurtkami, idę dalej - a może z torbami i plecakami? aaaa nieeee,  już wiem! z zabawkami!!!! Na podłodze, kanapach, krzesełkach leżą misie, lalki, klocki, książeczki. Cała masa. Wszystko potrzebne i sprzątnij choć jedną rzecz, a brak zostanie natychmiast zauważony i opłakany rykiem donośnym i rozpaczliwym. Na krzesłach wiszą ubrania. Dlaczego nie w szafie? na półkach? nie wiem, nie mam pojęcia, nie chcę już nawet pytać. Mam taki jeden pokój do pracy. Z biurkiem i książkami. Tam leży odkurzacz i sterta prasowania. Wolę tego nie widzieć, więc unikam wchodzenia. Czyli miałam pokój do pracy. Jedynym azylem staje się łazienka, ale tylko wtedy gdy nie patrzy się na półkę przy wannie, bo na niej leżą plastikowe ryby i gumowe kaczuszki. I codziennie przynajmniej dwa razy słyszę - "nie wiesz gdzie jest moje coś tam?" pytają wszyscy  oprócz kota Lolka. Zu na razie tylko rozrzuca w poszukiwaniu, ale niedługo też zacznie pytać, bo ona z tych szybkich w mówieniu. Ja nie potrafię funkcjonować w bałaganie, dlatego mam czasami wrażenie, że oszaleję. Jejku....jeszcze kilka lat. Wytrzymam wytrzymam wytrzymam....tak sobie powtarzam i obiecuję, przysięgam, że kiedyś w przyszłości z M zrobimy im to samo w ich domach. Mało tego, nie tylko nabałaganimy, ale siądziemy i będziemy nieustannie zadawali głupkowate pytania i trajkotali bez końca, opowiadając niestworzone historie. I zostaniemy na noc, a kiedy zmęczeni będą kładli się spać, powiemy im, że jesteśmy głodni i że napilibyśmy się herbatki. Potem pójdą spać, my odczekamy chwilę aż zasną i rykniemy głośnym śmiechem żeby pobudzić ich dzieci i żeby musieli je usypiać od nowa. Następnie wyjmiemy ubrania z półek i rozrzucimy po całym domu, krusząc przy tym obficie paluszkami i ciasteczkami, a potem powiemy, że jednak nie zostajemy i z chytrym uśmiechem oddalimy się do własnego domu.