Przeczytałam gdzieś, że kiedy Martyna Wojciechowska zaszła w ciążę, założyła w komputerze folder "Projekt dziecko" i tam wrzucała różne publikacje naukowe dotyczące wychowania, a kiedy urodziła, nie skorzystała. Przypomniało mi się od razu, że ja myślałam podobnie. Dawno to było, bo Dede w tym roku ma 11 urodziny, ale temat wciąż jak żywy. Skończyłam takie studia o wychowaniu i rozwoju, więc teoretycznie byłam super przygotowana oraz przekonana, że piątki w indeksie spokojnie przełożą się na realne życie. No bo jak to nie! Mało tego, jak wiele bezdzietnych osób, najlepiej wiedziałam jak wychowywać dzieci i miałam na ten temat bardzo dużo do powiedzenia. Spotykam się z tym teraz, co jakiś czas słyszę porady, czasem krytykę, dobrze jeśli w twarz, niestety najczęściej za plecami, o sposobie wychowania, zachowania itd. Mówią to najczęściej Ci, którzy dzieci nie mają, albo mają je tak krótko, że jeszcze nie wyszli z pieluch i przed nimi długa droga odkrywców, na której co chwila będą się potykać o różne kamyki i ze zdziwieniem otwierać oczy. Jeśli wyciągną z tego wnioski, to mogę się tylko cieszyć, jeśli nie, no cóż...
Mam też wrażenie, że jesteśmy karmione wyidealizowanym obrazem macierzyństwa. Teraz trochę się to zmienia, jest internet, fora, blogi, kobiety są bardziej otwarte, nie wstydzą się mówić o tym i owym. Jeszcze 11 lat temu wyglądało to zupełnie inaczej, aż strach pomyśleć jak było jeszcze wcześniej. I mam też wrażenie, że patrząc na macierzyństwo przez pryzmat właśnie tych idealnych obrazów, mamy inne oczekiwania. Ja na przykład byłam bardzo zawiedziona i zrozpaczona, że M nie gadał do brzucha i kompletnie nie czuł związku z dzieckiem nienarodzonym. No jak to możliwe! W filmach tatusiowie gadają, a ten mój M jakiś taki nieczuły! W kolejnych ciążach już nie miałam o to pretensji, bo wiem, że to gadanie czy jego brak nijak się ma do tego co potem. Nie chodziłam więc po łące w białej sukni i wianku z mleczy, a On nie podbiegał do mnie w zwolnionym tempie i nie padał na kolana przed brzuchem, w locie obejmując go rękami i całując w pępek. Nic z tych rzeczy. Mówił otwarcie, że nie czuje kontaktu i że jestem nienormalna jeśli myślę, że on będzie przemawiał do brzucha. Myślałam, że dobrym ojcem to on nie będzie.
Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!!
Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!!
Potem zaczyna zmieniać się ciało, tyjemy, skóra się rozciąga, piersi już nie te, tyłek nie ten, brzuch nie ten i twarz jakby inna, jakieś obrzęki, swędzenie, rozciąganie, naciąganie itp. Dalej jest jeszcze gorzej. W nocy chce się spać, a nie można, bo ciężko się ułożyć, iść szybko się nie da, bo zaraz jakieś skurcze i zadyszka. Raz się zapomniałam i w 7 miesiącu pobiegłam za Negrą, a biegnąc zastanawiałam się dlaczego tak się męczę?, aż w końcu mnie olśniło.
Na imprezach też już inaczej, bo się nie napije i nie zapali. Jak tu żyć? Jeśli do tej pory balowało się jak i kiedy się chciało.
Kolejny mit upadł kiedy poszłam do szpitala rodzić. No przecież w kółko tłucze się, że teraz to rodzić po ludzku, itd. No tak. Zależy od szpitala. Zu rodziłam w takim (PSK 1), co rzeczywiście frontem do pacjenta, tamtych dwoje przyszło na świat w szpitalu (PSK 4), w którym najpierw tak pobrali mi krew, że wyglądałam jak ofiara pobicia, a następnie pani położna darła gębę na środku korytarza, że jak chcę srać w kiblu a nie w basen, to proszę bardzo, ale żebym potem nie wytaczała procesu, jak urodzę dziecko do ścieków. Jak M wszedł na salę żeby uczestniczyć przy porodzie, ta sama przemiła pani krzyknęła - "A ty kurwa co? na telewizję przyszedłeś?! stań za głową żony!". Jakoś na filmach jest inaczej.
Nikt mi też nie mówił, że dziecko wcale niekoniecznie umie ssać pierś i że porobi mi takie rany, że przez kolejny miesiąc będę zwijała paluszki u stóp za każdym razem kiedy będzie jadło. I że będzie budziło się po 14 razy w nocy i wyło na okrągło i że wcale nie da się chodzić z wózkiem na spacery, bo Dedka wózek brzydził od urodzenia i absolutnie nie chciał w nim jeździć.
W filmach i na reklamach ładne panie, zazwyczaj w białych ubraniach są bardzo uśmiechnięte i zadowolone, ja chyba nie byłam. Pamiętam, że miałam bałagan w domu i w życiu. Nie mogłam posprzątać, bo co zaczęłam, to Dede się budził, spędzałam więc całe godziny leżąc obok niego i czytając książki, bo chciałam żeby trochę spał. Prysznic? Oczywiście. Wyglądał tak, że w łazience w foteliku stał Dede i darł się wniebogłosy, natomiast ja w otwartym brodziku, telepiąc się z zimna, myłam się w 15 sekund, śpiewając mu jednocześnie piosenki. W żadnej mądrej gazecie nie wyczytałam tego, że sikanie z dzieckiem na ręku to norma, a potem jak ma się ich więcej, to z całym towarzystwem. Nie ma również zdjęć dzieci zasmarkanych, wyjących, czerwonych od płaczu. Są dzieci uśmiechnięte i wypoczęte mamy. I potem takiego obrazu oczekujemy w swoim domu. A dostajemy coś zupełnie innego. Jedzenie? hmmm, no tak czasem coś się udało zjeść w miarę normalnie, ale najczęściej było to na szybko połykane byle co, śniadanie na obiad, obiad na kolację. Podobno niektóre przy karmieniu chudną, ja niestety nie. Chudłam dopiero kiedy kończyłam karmić, a tak to się toczyłam. Słyszałam, że młodsza znajoma niedawno za moimi plecami skrytykowała moją figurę. Cóż, mam ochotę powiedzieć - Porozmawiamy za kilka lat, zdziro. Jak dorośniesz.
W filmach rodzice razem nachylają się nad kołyską i patrzą na dziecko, a potem sobie w oczy i za ręce w poczuciu szczęścia oddalają się do sypialni. Rzeczywistość? Kiedy M wracał z pracy, ja dyndałam Dede już którąś godzinę i wcale nie miałam ochoty na rozmowy, wspólne posiłki i uśmiechy. A wieczorem padałam bez życia przy dziecku w sypialni, podczas kiedy M padał na kanapie w salonie, z psem.
Można też dużo wyczytać o aktywnych rodzicach, przecież podróżowanie z dziećmi jest bardzo modne. Dziecko w niczym nie przeszkadza. Moja odpowiedź - owszem, ale zależy to od dziecka i jego humoru. Nie chcieliśmy przecież rezygnować ze swojego życia - pierwsze były Mazury ze S-kimi, 7-miesięczny Dede przez cały kilkudniowy wyjazd miał gorączkę. Potem było morze z 10-miesięcznym Dede - miał gorączkę tylko przez pół wyjazdu. Rok później były Włochy - gorączka tylko przez jakieś 5 dni, a Panteon wtedy zapamiętałam tak, że niewygodnie się przed nim zmienia pieluchę. Nie poddawaliśmy się jednak, Szkocja z Dede wypadła już całkiem dobrze i potem było coraz lepiej. W wieku 3 lat Dede w samolocie wkładał słuchawki w uszy i oglądał Boba Budowniczego, jak stary podróżnik, ale tylko my wiemy ile nas to kosztowało.
Wcale też nie trzeba rezygnować z imprez. Można na nie chodzić z dzieckiem. Wyglądały one tak, że M się bawił, a ja w pokoju obok leżałam z Dede, ale poczucie, że wyszłam miałam. Zupełnie bez sensu. Dlatego teraz prawie całkowicie zrezygnowałam z wyjść i wcale nie żałuję.
Kiedy Dede poszedł do przedszkola, myślałam, że teraz to już luzik. Przecież na filmach dziecko idzie do przedszkola, macha na pożegnanie rączką, a zadowoleni rodzice idą do pracy. No i wtedy dopiero się zaczęło. Dede do przedszkola chodził chętnie i ładnie się tam zachowywał, ale....już po miesiącu musieliśmy mu kupić rękawice bokserskie i uczyliśmy w domu agresji, żeby mógł się obronić przed niejakim Aleksem, który to próbował terroryzować grupę, włącznie z Paniami. Dziecko nagle zostało spuszczone z Naszych oczu i zaczęło swoje własne życie. To dopiero dramat dla rodziców. A im starsze, tym gorzej. Zaczęło się wożenie na urodziny kolegów i koleżanek, zebrania z rodzicami o godzinie 15, czyli pęd z pracy, żeby zdążyć jak Pani mówi, że dzieci pojadą obejrzeć kozy itp. Albo przedstawienia, na które też trzeba zdążyć. Ten kolega jest fajny, a ten mówi brzydko. Mamo, chcę chodzić na karate, na basen, na coś tam. Dziecko chce? proszę bardzo. Woziłam, no bo co, nie pozwolę? nie dam rady? Wracałam z pracy, jadłam w biegu i zasuwałam dalej, a wieczorem kąpiele, czytanie, opowieści, zabawy itd. Najkrótszą drogą do łóżka i padałam na pysk, obok przesuwał się cień i też padał.
A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane.
A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane.
Teraz z Zu jako numerem trzy mamy najlepiej. Chociaż Zu bardziej w zachowaniu przypomina Dede niż Nitkę. Tylko my jesteśmy bardziej doświadczeni, nie musimy niczego udowadniać, niczego się nie boimy (może poza chorobami), starsze dzieci pomagają, a my potrafimy spotkać się gdzieś po drodze, chyba nawet bardziej, niż przy jednym dziecku. Potrafimy śmiać się z tych problemów z niemowlętami, bo wiemy co przyjdzie później. Jest wesoło i jest lepiej. Zdecydowanie lepiej. Jak sobie pomyślę o pierwszym dziecku, mam tiki nerwowe. Coś co miało być wielką zmianą na lepsze, wcale nią nie było. Wyobrażenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Dopiero teraz, patrząc z perspektywy czasu, widzę to inaczej i naprawdę szczerze współczuję tym, którzy są na początku. Nie chciałabym się zamienić, chociaż byłabym o te 11 lat młodsza. Doświadczenie sprawiło, że przestaliśmy być nowocześni i przestaliśmy wierzyć w te wszystkie pierdoły. Czego i Wam życzę :)
.
O jezu to jest świetne!!! Co prawda czytałam ten tekst około godziny bo mój Marcel tak wrzeszczal. A uśmiałam się niesamowicie. Czułam jakbym czytała o sobie i potakiwalam głową "o dokładnie!". Ja jestem na początku tej drogi ale mam nadzieję że będzie z miesiąca na miesiąc coraz lepiej. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńBędzie lepiej :), a jeszcze jak się wyluzuje i tak prawdziwie, głęboko zrozumie, że życie uległo całkowitej zmianie i ten fakt się zaakceptuje, będzie super :) powodzenia
OdpowiedzUsuńSuper!!!! Cala prawda o poczatkach!!! Uwielbiam ten post!
OdpowiedzUsuń