Zu dostała gorączki. Wysokiej, takiej co nie chce spaść przez 3 dni albo i dłużej, kaszel i katar, że krople niewiele pomagają. Dwa dni później ja również mam katar i kaszel. O! jest i gorączka, której nie mogę się pozbyć przez 3 dni. Kiedy wszystko mija i już uśmiech wypływa na moją twarz, dotykam czoła Dede. No tak, gorączka. Kolejne 3 dni, katar i kaszel też już są. Lekarze, leki, siedzenie przez tydzień w domu i wyciąganie na prostą. Za dwa dni wylot. Czeka Rzym, Neapol, musimy być zdrowi. Ufff udało się, wszystko minęło, spokojnie pakuję walizki. Noc przed wylotem Zu dostaje 40 stopniowej gorączki, która trwa i trwa...i to uczucie, kiedy wiesz, że właśnie Twój samolot startuje i już nie zjesz czekającej na Ciebie lasanii...
Żenia zrobiła mi zdjęcie mojej wczorajszej kolacji. Mogę sobie na nią jedynie popatrzeć...
niedziela, 22 stycznia 2017
środa, 18 stycznia 2017
Mogłam lepiej
Zu wywlekła jakieś małe plastikowe potworki sztuk siedem i pojedynczo mi je podaje mówiąc "posie", ja muszę je pojedynczo odbierać i przy każdym powiedzieć "dziękuję" i potem na odwrót, ja podaję i mówię "proszę", ona za każdym "kuję" i ustawia na stoliczku. I tak w kółko. Mija pół godziny. Ciągle to samo. Powinnam posprzątać i ugotować obiad, ale nie mogę się oderwać, Zu wyraźnie nie ma zamiaru robić przerwy. Zaczynam sobie przypominać siebie sprzed 11 lat, kiedy to Dede, moje pierwsze dziecko, a ja młoda i niedoświadczona, również raczył mnie takimi zabawami. Jak ja wtedy się niecierpliwiłam, jak nie chciałam, jak rozmyślałam, że marnuję swój cenny czas, że mogłabym więcej, lepiej blablabla. Wiecznie porównywałam się do innych lepszych mam.
- Ja chodzę z moim dzieckiem na spacery, codziennie 3 godziny - mówiła jedna. No to ja zestresowana, że też powinnam, tylko jak, kiedy Dede drze się w wózku wniebogłosy?! Zła matka, nie umiem dziecka wyprowadzić na spacer.
- Ja gotuję codziennie dziecku obiad z dwóch dań - prawiła druga. A ja? Czułam wyrzuty sumienia otwierając kolejny słoiczek. Zła matka, nie gotuję dziecku obiadków.
- Ja zawsze i wszystko dziecku prasuję. Ty nie?! - dziwiła się inna. Ja prasowałam albo nie, bywało różnie. Zła matka, powinnam prasować.
- Moje budzi się raz w nocy i śpi do 10 rano - chwaliła się następna. Ja od 6 rano na nogach, rozczochrana, niewyspana, liczyłam na palcach ile razy tej nocy obudził się Dede. Zła matka, nie potrafię zrobić tak żeby dziecko spało.
I tak w kółko. Wiecznie coś, wieczne porównania, z których ciągle wychodziłam na minus. Poczucie winy spychało mnie coraz niżej i niżej. Uważałam się za beznadziejną matkę, żonę, bo nie byłam jak te inne.
Teraz, kiedy jestem o te 11 lat starsza i mądrzejsza, odpowiedziałabym tym wszystkim, które czuły się takie lepsze, mądrzejsze - A JA NIE! Bez stresu. Czego Wam wszystkim Młode Mamy życzę. Nie dajcie się. Wasze dzieci, Wasze życie. Każde jest inne. I nie czujcie się gorsze, bo jeśli dajecie swoim dzieciom miłość, radość i opiekę, to mają wszystko czego potrzebują. Idę dalej marnotrawić czas, oglądając rysunki Nitki, słuchając opowieści Dede i stawiając już 68 raz wieżę z klocków dla Zu. O!
- Ja chodzę z moim dzieckiem na spacery, codziennie 3 godziny - mówiła jedna. No to ja zestresowana, że też powinnam, tylko jak, kiedy Dede drze się w wózku wniebogłosy?! Zła matka, nie umiem dziecka wyprowadzić na spacer.
- Ja gotuję codziennie dziecku obiad z dwóch dań - prawiła druga. A ja? Czułam wyrzuty sumienia otwierając kolejny słoiczek. Zła matka, nie gotuję dziecku obiadków.
- Ja zawsze i wszystko dziecku prasuję. Ty nie?! - dziwiła się inna. Ja prasowałam albo nie, bywało różnie. Zła matka, powinnam prasować.
- Moje budzi się raz w nocy i śpi do 10 rano - chwaliła się następna. Ja od 6 rano na nogach, rozczochrana, niewyspana, liczyłam na palcach ile razy tej nocy obudził się Dede. Zła matka, nie potrafię zrobić tak żeby dziecko spało.
I tak w kółko. Wiecznie coś, wieczne porównania, z których ciągle wychodziłam na minus. Poczucie winy spychało mnie coraz niżej i niżej. Uważałam się za beznadziejną matkę, żonę, bo nie byłam jak te inne.
Teraz, kiedy jestem o te 11 lat starsza i mądrzejsza, odpowiedziałabym tym wszystkim, które czuły się takie lepsze, mądrzejsze - A JA NIE! Bez stresu. Czego Wam wszystkim Młode Mamy życzę. Nie dajcie się. Wasze dzieci, Wasze życie. Każde jest inne. I nie czujcie się gorsze, bo jeśli dajecie swoim dzieciom miłość, radość i opiekę, to mają wszystko czego potrzebują. Idę dalej marnotrawić czas, oglądając rysunki Nitki, słuchając opowieści Dede i stawiając już 68 raz wieżę z klocków dla Zu. O!
niedziela, 15 stycznia 2017
Babski wyjazd
M i Dede raz w roku jeżdżą na męski wypad w góry. Dlatego Nitka mówi
- Mamooo, może i my byśmy gdzieś razem pojechały, na przykład do cioci Żeni, do Rzymu na babski wypad?
Hmmm, tak ładnie prosi, zbliżają się ferie, może by tak rzeczywiście. Pytam Żenię co ona na to? Wpadajcie, a jakże. No to komunikuję pozostałym domownikom, że się wybieramy. Na to odzywa się Dede
- A ja? Co ze mną? Tak dawno byłem u cioci, już nic nie pamiętam. Ja też chcę do Rzymu!
No dobra. Myślę sobie, babski wyjazd, ale niech ma. Za chwilę odzywa się M
- A co zrobisz z Zu? - pyta przebiegle
- Yyyyy, myślałam, że zostanie z Tobą...- uśmiecham się najpiękniej jak mogę, ale M nie taki głupi, widzi jak z mojej kieszeni wystaje głowa żmii
- No to jedźmy razem - odpowiada M - ja też dawno nie byłem w Rzymie
No i z babskiego dwuosobowego wyjazdu zrobiła się rodzinna wyprawa.. Ja myślicie? Wypocznę? Na tym "babskim" wyjeździe? Hę?
- Mamooo, może i my byśmy gdzieś razem pojechały, na przykład do cioci Żeni, do Rzymu na babski wypad?
Hmmm, tak ładnie prosi, zbliżają się ferie, może by tak rzeczywiście. Pytam Żenię co ona na to? Wpadajcie, a jakże. No to komunikuję pozostałym domownikom, że się wybieramy. Na to odzywa się Dede
- A ja? Co ze mną? Tak dawno byłem u cioci, już nic nie pamiętam. Ja też chcę do Rzymu!
No dobra. Myślę sobie, babski wyjazd, ale niech ma. Za chwilę odzywa się M
- A co zrobisz z Zu? - pyta przebiegle
- Yyyyy, myślałam, że zostanie z Tobą...- uśmiecham się najpiękniej jak mogę, ale M nie taki głupi, widzi jak z mojej kieszeni wystaje głowa żmii
- No to jedźmy razem - odpowiada M - ja też dawno nie byłem w Rzymie
No i z babskiego dwuosobowego wyjazdu zrobiła się rodzinna wyprawa.. Ja myślicie? Wypocznę? Na tym "babskim" wyjeździe? Hę?
środa, 11 stycznia 2017
Zu ma wysoką gorączkę
Od rana jestem w pracy. Potem jadę do szkoły dzieci na zebrania. Zu jest w domu z moją mamą. Nagle dzwoni mama.
- Zu ma gorączkę i płacze - oznajmia
- O rany, wysoką? źle się czuje? Co z nią? - pytam, podpinając się jednocześnie do zestawu głośnomówiącego. Już się denerwuję, bo zamiast być z chorym dzieckiem, muszę jechać na te zebrania
- No wysoką, cała gorąca, czerwona, rozpalona, kicha, strasznie kaszle, płacze - straszy mnie mama
No ładnie. Pewnie jakieś zapalenie oskrzeli albo coś gorszego. Słyszę wrzaski, piski, podniesiony głos mamy. Już zaczynam rozmyślać jak tu się zorganizować z chorym dzieckiem.
- A dałaś jej lekarstwo na gorączkę? - pytam
- Nieee, nie dawałam, a gdzie jest?
- Na komodzie w sypialni. Weź i jej daj.
Słyszę jak mama próbuje oderwać od siebie Zu, ale ta się nie daje. Płacz, pisk. No nieźle, myślę sobie, chore dziecko, marudne, moja mama z trójką. Słabo. Współczuję jej.
- Wyślij po lekarstwo Dede, on Ci przyniesie - krzyczę w słuchawkę
Słyszę duże zamieszanie po drugiej stronie i nagle odzywa się mama, krzycząc w słuchawkę jakby dzwoniła z sąsiedniej wsi bez telefonu - Noooo już maaaam.
- Dobra, to tam z tyłu jest taka naklejka z rozpiską ile trzeba dać - mówię - przeczytaj
- Yhy, yhy - odpowiada
Cisza. Mama sprawdza myślę sobie. Zaraz przeczyta. Cisza trwa nadal.
- Mamoooo - drę się w słuchawkę - jesteś tam
- Yhy, yhy - odpowiada
- Przeczytałaś? ile masz dać?
- Co? co przeczytałam? - pyta rezolutnie mama - Ja nie mam okularów - krzyczy - Ja nic nie widzę
Przewracam oczami i słodziutkim głosem przemawiam - Daj mi Dede do telefonu.
Słuchawkę przejmuje Dede - Halo - przemawia podekscytowany. W tle słyszę płacz Zu i krzyki mojej zaaferowanej mamy.
- Dede sprawdź ile trzeba dać Zu leku, na etykiecie z tyłu butelki. Czytaj na głos, a ja będę kontrolować czy dobrze. - Dede czyta, dochodzimy do odpowiedniej dawki. - Ok. Teraz poproś Nitkę żeby znalazła strzykawkę do leku, ona wie gdzie jest. Znowu słyszę trzaski, stukanie, krzyki. Co tam się dzieje? Cholera ta Zu musi być naprawdę chora. Może by do lekarza już dziś na nocny dyżur? Mama odbiera słuchawkę i krzyczy do mnie - Ona ma katar! Ona ma gorączkę! O jejku! Jaka rozpalona! No nie wiem nie wiem! i rozłącza się.
Ja ciągle jadę, ale nerwowa atmosfera już mi się udzieliła. Obgryzam paznokcie i rozmyślam co zrobić. Zebrania czy chore dziecko? Kurcze, dlaczego akurat dzisiaj? Biedna Zu, płacze, mamusi nie ma. Mamusia z wyrzutami sumienia mknie ulicami miasta. Znowu telefon.
- Gdzie termometr - krzyczy na mnie - Nie moge znaleźć.
Tłumaczę gdzie. Znowu wygrywa spokojny Dede, znajduje termometr w minutę. Spodziewam się wysokiej gorączki. Jestem mocno przejęta.
Cisza. Mama coś mierzy a w międzyczasie znowu do mnie krzyczy, że Zu chora, że o jejku o jejku i histeryzuje i panikuje. Przez to co słyszę sama nie wiem co mam zrobić. No dziecko ewidentnie jest całkiem chore i powinnam być w domu. Chyba jednak zrezygnuję z tych zebrań. Pojadę do domu.
- No i co z tą temperaturą? - pytam - Ile ma?
- Oj przez te krzyki to ja nic nie słyszę - krzyczy do mnie mama - 35,7 - nagle mówi jak gdyby nigdy nic. Nieee wiesz co, ona czoło to ma całkiem chłodne, tylko policzki jakieś takie czerwone. Pewnie się zgrzała.
Ręce mi opadły. Grzecznie się pożegnałam i rozłączyłam się. A potem bez słowa pojechałam do szkoły na zebranie. W ciszy.
- Zu ma gorączkę i płacze - oznajmia
- O rany, wysoką? źle się czuje? Co z nią? - pytam, podpinając się jednocześnie do zestawu głośnomówiącego. Już się denerwuję, bo zamiast być z chorym dzieckiem, muszę jechać na te zebrania
- No wysoką, cała gorąca, czerwona, rozpalona, kicha, strasznie kaszle, płacze - straszy mnie mama
No ładnie. Pewnie jakieś zapalenie oskrzeli albo coś gorszego. Słyszę wrzaski, piski, podniesiony głos mamy. Już zaczynam rozmyślać jak tu się zorganizować z chorym dzieckiem.
- A dałaś jej lekarstwo na gorączkę? - pytam
- Nieee, nie dawałam, a gdzie jest?
- Na komodzie w sypialni. Weź i jej daj.
Słyszę jak mama próbuje oderwać od siebie Zu, ale ta się nie daje. Płacz, pisk. No nieźle, myślę sobie, chore dziecko, marudne, moja mama z trójką. Słabo. Współczuję jej.
- Wyślij po lekarstwo Dede, on Ci przyniesie - krzyczę w słuchawkę
Słyszę duże zamieszanie po drugiej stronie i nagle odzywa się mama, krzycząc w słuchawkę jakby dzwoniła z sąsiedniej wsi bez telefonu - Noooo już maaaam.
- Dobra, to tam z tyłu jest taka naklejka z rozpiską ile trzeba dać - mówię - przeczytaj
- Yhy, yhy - odpowiada
Cisza. Mama sprawdza myślę sobie. Zaraz przeczyta. Cisza trwa nadal.
- Mamoooo - drę się w słuchawkę - jesteś tam
- Yhy, yhy - odpowiada
- Przeczytałaś? ile masz dać?
- Co? co przeczytałam? - pyta rezolutnie mama - Ja nie mam okularów - krzyczy - Ja nic nie widzę
Przewracam oczami i słodziutkim głosem przemawiam - Daj mi Dede do telefonu.
Słuchawkę przejmuje Dede - Halo - przemawia podekscytowany. W tle słyszę płacz Zu i krzyki mojej zaaferowanej mamy.
- Dede sprawdź ile trzeba dać Zu leku, na etykiecie z tyłu butelki. Czytaj na głos, a ja będę kontrolować czy dobrze. - Dede czyta, dochodzimy do odpowiedniej dawki. - Ok. Teraz poproś Nitkę żeby znalazła strzykawkę do leku, ona wie gdzie jest. Znowu słyszę trzaski, stukanie, krzyki. Co tam się dzieje? Cholera ta Zu musi być naprawdę chora. Może by do lekarza już dziś na nocny dyżur? Mama odbiera słuchawkę i krzyczy do mnie - Ona ma katar! Ona ma gorączkę! O jejku! Jaka rozpalona! No nie wiem nie wiem! i rozłącza się.
Ja ciągle jadę, ale nerwowa atmosfera już mi się udzieliła. Obgryzam paznokcie i rozmyślam co zrobić. Zebrania czy chore dziecko? Kurcze, dlaczego akurat dzisiaj? Biedna Zu, płacze, mamusi nie ma. Mamusia z wyrzutami sumienia mknie ulicami miasta. Znowu telefon.
- Gdzie termometr - krzyczy na mnie - Nie moge znaleźć.
Tłumaczę gdzie. Znowu wygrywa spokojny Dede, znajduje termometr w minutę. Spodziewam się wysokiej gorączki. Jestem mocno przejęta.
Cisza. Mama coś mierzy a w międzyczasie znowu do mnie krzyczy, że Zu chora, że o jejku o jejku i histeryzuje i panikuje. Przez to co słyszę sama nie wiem co mam zrobić. No dziecko ewidentnie jest całkiem chore i powinnam być w domu. Chyba jednak zrezygnuję z tych zebrań. Pojadę do domu.
- No i co z tą temperaturą? - pytam - Ile ma?
- Oj przez te krzyki to ja nic nie słyszę - krzyczy do mnie mama - 35,7 - nagle mówi jak gdyby nigdy nic. Nieee wiesz co, ona czoło to ma całkiem chłodne, tylko policzki jakieś takie czerwone. Pewnie się zgrzała.
Ręce mi opadły. Grzecznie się pożegnałam i rozłączyłam się. A potem bez słowa pojechałam do szkoły na zebranie. W ciszy.
Taka drobna pomyłka
- Nitka, jak poszło Ci dzisiejsze dyktando?
- Dooobrze - odpowiada Nitka - zrobiłam tylko jeden błąd
- Jaki? - pytam zainteresowana
- Napisałam skrzat przez "sz" - odpowiada smutna i przejęta. Rozmyśla załamana, prawie płacze.
Dla Nitki straszna tragedia. Ciągle powtarza, że jak mogła napisac skrzat przez "sz". Zupełnie nie wiem jak ją pocieszyć
- No dobra, poczekamy na ocenę, może nie będzie tak źle - próbuję jak mogę
Następny dzień. Przeglądam zeszyt do dyktand, a tam żadnego błędu.
- Gdzie ten skSZat? - pytam
- Oj pomyliło mi się, to nie był skrzat tylko krasnoludek....
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
