środa, 11 stycznia 2017

Zu ma wysoką gorączkę

Od rana jestem w pracy. Potem jadę do szkoły dzieci na zebrania. Zu jest w domu z moją mamą. Nagle dzwoni mama.
- Zu ma gorączkę i płacze - oznajmia
- O rany, wysoką? źle się czuje? Co z nią? - pytam, podpinając się jednocześnie do zestawu głośnomówiącego. Już się denerwuję, bo zamiast być z chorym dzieckiem, muszę jechać na te zebrania
- No wysoką, cała gorąca, czerwona, rozpalona, kicha, strasznie kaszle, płacze - straszy mnie mama
No ładnie. Pewnie jakieś zapalenie oskrzeli albo coś gorszego. Słyszę wrzaski, piski, podniesiony głos mamy. Już zaczynam rozmyślać jak tu się zorganizować z chorym dzieckiem.
- A dałaś jej lekarstwo na gorączkę? - pytam
- Nieee, nie dawałam, a gdzie jest?
- Na komodzie w sypialni. Weź i jej daj.
Słyszę jak mama próbuje oderwać od siebie Zu, ale ta się nie daje. Płacz, pisk. No nieźle, myślę sobie, chore dziecko, marudne, moja mama z trójką. Słabo. Współczuję jej.
- Wyślij po lekarstwo Dede, on Ci przyniesie - krzyczę w słuchawkę
Słyszę duże zamieszanie po drugiej stronie i nagle odzywa się mama, krzycząc w słuchawkę jakby dzwoniła z sąsiedniej wsi bez telefonu - Noooo już maaaam.
- Dobra, to tam z tyłu jest taka naklejka z rozpiską ile trzeba dać - mówię - przeczytaj
- Yhy, yhy - odpowiada
Cisza. Mama sprawdza myślę sobie. Zaraz przeczyta. Cisza trwa nadal.
- Mamoooo - drę się w słuchawkę - jesteś tam
- Yhy, yhy - odpowiada
- Przeczytałaś? ile masz dać?
- Co? co przeczytałam? - pyta rezolutnie mama - Ja nie mam okularów - krzyczy - Ja nic nie widzę
Przewracam oczami i słodziutkim głosem przemawiam - Daj mi Dede do telefonu.
Słuchawkę przejmuje Dede - Halo - przemawia podekscytowany. W tle słyszę płacz Zu i krzyki mojej zaaferowanej mamy.
- Dede sprawdź ile trzeba dać Zu leku, na etykiecie z tyłu butelki. Czytaj na głos, a ja będę kontrolować czy dobrze. - Dede czyta, dochodzimy do odpowiedniej dawki. - Ok. Teraz poproś Nitkę żeby znalazła strzykawkę do leku, ona wie gdzie jest. Znowu słyszę trzaski, stukanie, krzyki. Co tam się dzieje? Cholera ta Zu musi być naprawdę chora. Może by do lekarza już dziś na nocny dyżur? Mama odbiera słuchawkę i krzyczy do mnie - Ona ma katar! Ona ma gorączkę! O jejku! Jaka rozpalona! No nie wiem nie wiem! i rozłącza się.
Ja ciągle jadę, ale nerwowa atmosfera już mi się udzieliła. Obgryzam paznokcie i rozmyślam co zrobić. Zebrania czy chore dziecko? Kurcze, dlaczego akurat dzisiaj? Biedna Zu, płacze, mamusi nie ma. Mamusia z wyrzutami sumienia mknie ulicami miasta. Znowu telefon.
- Gdzie termometr - krzyczy na mnie - Nie moge znaleźć.
Tłumaczę gdzie. Znowu wygrywa spokojny Dede, znajduje termometr w minutę. Spodziewam się wysokiej gorączki. Jestem mocno przejęta.
Cisza. Mama coś mierzy a w międzyczasie znowu do mnie krzyczy, że Zu chora, że o jejku o jejku i histeryzuje i panikuje. Przez to co słyszę sama nie wiem co mam zrobić. No dziecko ewidentnie jest całkiem chore i powinnam być w domu. Chyba jednak zrezygnuję z tych zebrań. Pojadę do domu.
- No i co z tą temperaturą? - pytam - Ile ma?
- Oj przez te krzyki to ja nic nie słyszę - krzyczy do mnie mama - 35,7 - nagle mówi jak gdyby nigdy nic. Nieee wiesz co, ona czoło to ma całkiem chłodne, tylko policzki jakieś takie czerwone. Pewnie się zgrzała.
Ręce mi opadły. Grzecznie się pożegnałam i rozłączyłam się. A potem bez słowa pojechałam do szkoły na zebranie. W ciszy.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz