Jestem po pierwszym treningu na siłowni. Takim z trenerem, który stoi nad człowiekiem i przed którym nic się nie ukryje. O matko!!!! Jedyne o czym teraz marzę, to położyć się i spać. Nie chcę żeby ktokolwiek coś do mnie mówił. Nie mam siły żyć. Okazuje się, że fitness czy basen przy tym to jakiś żart. A ja wcale nie miałam trudnych ćwiczeń. Raczej banalne, proste i bez dużego obciążenia. Przez pierwsze 10 minut treningu nie było źle, spokojnie dawałam radę i cieszyłam się. A potem....potem to najpierw bolały mnie uda, następnie przestały boleć, bo miałam wrażenie, że je straciłam bezpowrotnie, a coś czego nie ma przecież nie boli. Trener Maciek był jednak nieugięty, odpuścił mi tylko jedno ćwiczenie z jednej serii i tyle. A potem to już nie tylko ud, ale również ramion nie miałam. I tak godzinę. Po skończonym treningu ustawił mi jeszcze rowerek na 20 minut. Po 7 minucie myślałam sobie o tym, że ja bardzo ale to bardzo chcę się położyć. Gdziekolwiek. W 8 minucie resztkami sił zeszłam z rowerka. I dobrze, bo po 20 minutach musieliby mnie zdjąć. W samochodzie kolejna tragedia, najpierw z powodu drżenia rąk nie mogłam włożyć kluczyka do stacyjki a potem nie mogłam opanować drżenia nóg i ciągle wciskałam pedały lekko pulsacyjnie. Do domu dowlokłam się resztkami sił i kiedy zobaczyłam Zu radośnie próbującą wspiąć się na mnie, wyrwało mi się rozpaczliwe "nieeee". Zu jednak ma w nosie moje wszelkie bolączki...Wyć mi się chce...ale na siedząco. Boję się tego co będzie jutro.
To zdjęcie kawałka ściany w pokoju, w którym często pracuję. Moje motto, które po spotkaniu z trenerem Maćkiem nabiera nowego znaczenia :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz