sobota, 3 września 2016

Leniwy dzień

   Leniwa sobota, ciepło, ptaszki śpiewają, Ruda, która wpadła na tydzień zajmuje się Zu, my z M pracujemy w ogrodzie. Nitka i Dede pojechali do Starszego Brata bawić się z jego dziećmi. Cisza, spokój, sielanka. Pijemy kawę, śmiejemy się. Dzisiaj Ruda wraca do Dublina, ale nie śpieszymy się, bo nie ma takiej potrzeby, na lotnisku musi być po godzinie 20, wyjedziemy za piętnaście. Na spokojnie. Jest już spakowana, zostały tylko drobne rzeczy do dopakowania, czyli krzaczki polskich truskawek do zasadzenia w dalekiej Irlandii, makijaż i włosy do ułożenia. Wszystko zaplanowane. Luzik. Dalej się relaksujemy. Trochę po godzinie 18 dzwoni Moja Bratowa:
- "Wiesz, dzieci bawiły się nieopodal na stogach siana i Dede spadł, trochę boli go ręka, przyłożyłam altacet, ale mówi, że boli go tylko trochę, nic się nie stało, ale może będziecie chcieli sprawdzić tę rękę"
M wyruszył po niego natychmiast. Kiedy wraca z Dede, patrzę na rękę i mówię - "Jedź z nim do szpitala, bo moim zdaniem złamana". W minutę ich nie było. Do wyjazdu na lotnisko 40 minut. Ruda zaczyna się denerwować, biega po domu zbierając drobne rzeczy do dopakowania, Nitka płacze, bo Dede pojechał do szpitala, Zu patrzy na siostrę i również płacze dla towarzystwa. Zaczyna robić się duszno. Ruda biega po czym stwierdza, że jest jej zdecydowanie za gorąco i w biegu przebiera się w coś lżejszego, walizki leżą porozwalane, Nitka nadal wyje, ja biegam po domu z Zu na ręku. Nagle przypominam sobie o krzaczkach truskawek szczęśliwie wykopanych wcześniej. Biegnę z uczepioną Zu, wyciągam je z wody, zawijam w jakieś flanelki żeby w czasie lotu nie wyschły, potem jeden worek i jeszcze drugi dla pewności, wszystko jedną ręką, bo na drugiej siedzi 10 kilogramowy kloc. Ruda biega nadal, 30 minut do wyjścia orientujemy się, że przecież ja nie dam rady jej zawieźć, bo Zu już zaraz układa się do snu. Dzwonię jak na alarm do Teściowej, nic z tego, są daleko, nie wrócą. Ruda dzwoni do siostry i wyciąga ją ze spotkania, całe szczęście, że może przyjechać. Mamy 20 minut. Ruda wpada do łazienki, maluje się, a Zu postanawia wdrapać się na ręce ukochanej cioci w czasie kiedy ta ma w ręku gorące urządzenie do włosów. Biorę Zu na ręce i próbuję zabawić. Nitka nadal płacze. Nagle moja przyjaciółka przypomina sobie, że kartę pokładową ma w telefonie, a telefon ma tylko 20%, szybkie ładowanie. Nadal biegamy. Czy wszystko spakowane? Wyliczamy kolejne rzeczy, do wyjścia 5 minut, muszę ją podwieźć w umówione miejsce, bo siostra Rudej jako świeży kierowca może do mnie nie trafić. Biegnę z dziewczynkami do samochodu, Zu cieszy się, że będzie brum brum i próbuje wyrwać kluczyki. Jakoś się pakujemy i jedziemy. W umówionym miejscu następuje przekazanie Rudej...ufff udało się. Spokojnie wracamy do domu. Nitka nadal płacze. Kładę Zu spać, uspokajam Nitkę, chociaż ta jeszcze długo nie przestanie. Wracają chłopcy. Dede wchodzi z gipsem. Złamanie dwóch kości. Prawa ręka, co jest dobrą wiadomością, bo on jest leworęczny. Na szczęście bez większych komplikacji. A tak się cieszyłam, że już koniec wakacji i trochę sobie odpocznę...:)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz