wtorek, 29 marca 2016

Macierzyństwo jak z bajki?

 Przeczytałam gdzieś, że kiedy Martyna Wojciechowska zaszła w ciążę, założyła w komputerze folder "Projekt dziecko" i tam wrzucała różne publikacje naukowe dotyczące wychowania, a kiedy urodziła, nie skorzystała. Przypomniało mi się od razu, że ja myślałam podobnie. Dawno to było, bo Dede w tym roku ma 11 urodziny, ale temat wciąż jak żywy. Skończyłam takie studia o wychowaniu i rozwoju, więc teoretycznie byłam super przygotowana oraz przekonana, że piątki w indeksie spokojnie przełożą się na realne życie. No bo jak to nie! Mało tego, jak wiele bezdzietnych osób, najlepiej wiedziałam jak wychowywać dzieci i miałam na ten temat bardzo dużo do powiedzenia. Spotykam się z tym teraz, co jakiś czas słyszę porady, czasem krytykę, dobrze jeśli w twarz, niestety najczęściej za plecami, o sposobie wychowania, zachowania itd. Mówią to najczęściej Ci, którzy dzieci nie mają, albo mają je tak krótko, że jeszcze nie wyszli z pieluch i przed nimi długa droga odkrywców, na której co chwila będą się potykać o różne kamyki i ze zdziwieniem otwierać oczy. Jeśli wyciągną z tego wnioski, to mogę się tylko cieszyć, jeśli nie, no cóż...
 Mam też wrażenie, że jesteśmy karmione wyidealizowanym obrazem macierzyństwa. Teraz trochę się to zmienia, jest internet, fora, blogi, kobiety są bardziej otwarte, nie wstydzą się mówić o tym i owym. Jeszcze 11 lat temu wyglądało to zupełnie inaczej, aż strach pomyśleć jak było jeszcze wcześniej. I mam też wrażenie, że patrząc na macierzyństwo przez pryzmat właśnie tych idealnych obrazów, mamy inne oczekiwania. Ja na przykład byłam bardzo zawiedziona i zrozpaczona, że M nie gadał do brzucha i kompletnie nie czuł związku z dzieckiem nienarodzonym. No jak to możliwe! W filmach tatusiowie gadają, a ten mój M jakiś taki nieczuły! W kolejnych ciążach już nie miałam o to pretensji, bo wiem, że to gadanie czy jego brak nijak się ma do tego co potem. Nie chodziłam więc po łące w białej sukni i wianku z mleczy, a On nie podbiegał do mnie w zwolnionym tempie i nie padał na kolana przed brzuchem, w locie obejmując go rękami i całując w pępek. Nic z tych rzeczy. Mówił otwarcie, że nie czuje kontaktu i że jestem nienormalna jeśli myślę, że on będzie przemawiał do brzucha. Myślałam, że dobrym ojcem to on nie będzie.
 Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!! 
 Potem zaczyna zmieniać się ciało, tyjemy, skóra się rozciąga, piersi już nie te, tyłek nie ten, brzuch nie ten i twarz jakby inna, jakieś obrzęki, swędzenie, rozciąganie, naciąganie itp. Dalej jest jeszcze gorzej. W nocy chce się spać, a nie można, bo ciężko się ułożyć, iść szybko się nie da, bo zaraz jakieś skurcze i zadyszka. Raz się zapomniałam i w 7 miesiącu pobiegłam za Negrą, a biegnąc zastanawiałam się dlaczego tak się męczę?, aż w końcu mnie olśniło. 
 Na imprezach też już inaczej, bo się nie napije i nie zapali. Jak tu żyć? Jeśli do tej pory balowało się jak i kiedy się chciało.
 Kolejny mit upadł kiedy poszłam do szpitala rodzić. No przecież w kółko tłucze się, że teraz to rodzić po ludzku, itd. No tak. Zależy od szpitala. Zu rodziłam w takim (PSK 1), co rzeczywiście frontem do pacjenta, tamtych dwoje przyszło na świat w szpitalu (PSK 4), w którym najpierw tak pobrali mi krew, że wyglądałam jak ofiara pobicia, a następnie pani położna darła gębę na środku korytarza, że jak chcę srać w kiblu a nie w basen, to proszę bardzo, ale żebym potem nie wytaczała procesu, jak urodzę dziecko do ścieków. Jak M wszedł na salę żeby uczestniczyć przy porodzie, ta sama przemiła pani krzyknęła - "A  ty kurwa co? na telewizję przyszedłeś?! stań za głową żony!". Jakoś na filmach jest inaczej.
 Nikt mi też nie mówił, że dziecko wcale niekoniecznie umie ssać pierś i że porobi mi takie rany, że przez kolejny miesiąc będę zwijała paluszki u stóp za każdym razem kiedy będzie jadło. I że będzie budziło się po 14 razy w nocy i wyło na okrągło i że wcale nie da się chodzić z wózkiem na spacery, bo Dedka wózek brzydził od urodzenia i absolutnie nie chciał w nim jeździć. 
 W filmach i na reklamach ładne panie, zazwyczaj w białych ubraniach są bardzo uśmiechnięte i zadowolone, ja chyba nie byłam. Pamiętam, że miałam bałagan w domu i w życiu. Nie mogłam posprzątać, bo co zaczęłam, to Dede się budził, spędzałam więc całe godziny leżąc obok niego i czytając książki, bo chciałam żeby trochę spał. Prysznic? Oczywiście. Wyglądał tak, że w łazience w foteliku stał Dede i darł się wniebogłosy, natomiast ja w otwartym brodziku, telepiąc się z zimna, myłam się w 15 sekund, śpiewając mu jednocześnie piosenki. W żadnej mądrej gazecie nie wyczytałam tego, że sikanie z dzieckiem na ręku to norma, a potem jak ma się ich więcej, to z całym towarzystwem. Nie ma również zdjęć dzieci zasmarkanych, wyjących, czerwonych od płaczu. Są dzieci uśmiechnięte i wypoczęte mamy. I potem takiego obrazu oczekujemy w swoim domu. A dostajemy coś zupełnie innego. Jedzenie? hmmm, no tak czasem coś się udało zjeść w miarę normalnie, ale najczęściej było to na szybko połykane byle co, śniadanie na obiad, obiad na kolację. Podobno niektóre przy karmieniu chudną, ja niestety nie. Chudłam dopiero kiedy kończyłam karmić, a tak to się toczyłam. Słyszałam, że młodsza znajoma niedawno za moimi plecami skrytykowała moją figurę. Cóż, mam ochotę powiedzieć - Porozmawiamy za kilka lat, zdziro. Jak dorośniesz. 
 W filmach rodzice razem nachylają się nad kołyską i patrzą na dziecko, a potem sobie w oczy i za ręce w poczuciu szczęścia oddalają się do sypialni. Rzeczywistość? Kiedy M wracał z pracy, ja dyndałam Dede już którąś godzinę i wcale nie miałam ochoty na rozmowy, wspólne posiłki i uśmiechy. A wieczorem padałam bez życia przy dziecku w sypialni, podczas kiedy M padał na kanapie w salonie, z psem. 
 Można też dużo wyczytać o aktywnych rodzicach, przecież podróżowanie z dziećmi jest bardzo modne. Dziecko w niczym nie przeszkadza. Moja odpowiedź - owszem, ale zależy to od dziecka i jego humoru. Nie chcieliśmy przecież rezygnować ze swojego życia - pierwsze były Mazury ze S-kimi, 7-miesięczny Dede przez cały kilkudniowy wyjazd miał gorączkę. Potem było morze z 10-miesięcznym Dede - miał gorączkę tylko przez pół wyjazdu. Rok później były Włochy - gorączka tylko przez jakieś 5 dni, a Panteon wtedy zapamiętałam tak, że niewygodnie się przed nim zmienia pieluchę. Nie poddawaliśmy się jednak, Szkocja z Dede wypadła już całkiem dobrze i potem było coraz lepiej. W wieku 3 lat Dede w samolocie wkładał słuchawki w uszy i oglądał Boba Budowniczego, jak stary podróżnik, ale tylko my wiemy ile nas to kosztowało.
 Wcale też nie trzeba rezygnować z imprez. Można na nie chodzić z dzieckiem. Wyglądały one tak, że M się bawił, a ja w pokoju obok leżałam z Dede, ale poczucie, że wyszłam miałam. Zupełnie bez sensu. Dlatego teraz prawie całkowicie zrezygnowałam z wyjść i wcale nie żałuję. 
 Kiedy Dede poszedł do przedszkola, myślałam, że teraz to już luzik. Przecież na filmach dziecko idzie do przedszkola, macha na pożegnanie rączką, a zadowoleni rodzice idą do pracy. No i wtedy dopiero się zaczęło. Dede do przedszkola chodził chętnie i ładnie się tam zachowywał, ale....już po miesiącu musieliśmy mu kupić rękawice bokserskie i uczyliśmy w domu agresji, żeby mógł się obronić przed niejakim Aleksem, który to próbował terroryzować grupę, włącznie z Paniami. Dziecko nagle zostało spuszczone z Naszych oczu i zaczęło swoje własne życie. To dopiero dramat dla rodziców. A im starsze, tym gorzej. Zaczęło się wożenie na urodziny kolegów i koleżanek, zebrania z rodzicami o godzinie 15, czyli pęd z pracy, żeby zdążyć jak Pani mówi, że dzieci pojadą obejrzeć kozy itp. Albo przedstawienia, na które też trzeba zdążyć. Ten kolega jest fajny, a ten mówi brzydko. Mamo, chcę chodzić na karate, na basen, na coś tam. Dziecko chce? proszę bardzo. Woziłam, no bo co, nie pozwolę? nie dam rady? Wracałam z pracy, jadłam w biegu i zasuwałam dalej, a wieczorem kąpiele, czytanie, opowieści, zabawy itd. Najkrótszą drogą do łóżka i padałam na pysk, obok przesuwał się cień i też padał.
 A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane. 
 Teraz z Zu jako numerem trzy mamy najlepiej. Chociaż Zu bardziej w zachowaniu przypomina Dede niż Nitkę. Tylko my jesteśmy bardziej doświadczeni, nie musimy niczego udowadniać, niczego się nie boimy (może poza chorobami), starsze dzieci pomagają, a my potrafimy spotkać się gdzieś po drodze, chyba nawet bardziej, niż przy jednym dziecku. Potrafimy śmiać się z tych problemów z niemowlętami, bo wiemy co przyjdzie później. Jest wesoło i jest lepiej. Zdecydowanie lepiej. Jak sobie pomyślę o pierwszym dziecku, mam tiki nerwowe. Coś co miało być wielką zmianą na lepsze, wcale nią nie było. Wyobrażenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Dopiero teraz, patrząc z perspektywy czasu, widzę to inaczej i naprawdę szczerze współczuję tym, którzy są na początku. Nie chciałabym się zamienić, chociaż byłabym o te 11 lat młodsza. Doświadczenie sprawiło, że przestaliśmy być nowocześni i przestaliśmy wierzyć w te wszystkie pierdoły. Czego i Wam życzę :)

wtorek, 22 marca 2016

Ja do porad się nie nadaję

- masz troje dzieci, to mogłabyś jakieś porady na tym blogu pisać.
-jakie porady? takie o tym czy szczepić i co robić jak dziecko zrobi zieloną kupę?
- no tak
- i że buty jakieśtam są super, a kurtka, to tylko firmy jakiejśtam?
- no tak i pieniądze byś na tym zarobiła, a nie tylko tak piszesz dla sportu

I tak sobie pomyślałam, że ja lubię tak dla sportu i cieszy mnie to, że czyta ten, kto lubi się pośmiać, trochę ze mnie, a trochę tak ogólnie, bo zdaję sobie sprawę, że te sytuacje to takie życiowe i każdy w nich się odnajdzie. A co do porad, to tak sobie myślę, że wcale nie chcę ich udzielać. Owszem, jak ktoś zapyta o to i owo, to chętnie odpowiadam, bo czemu miałabym nie podzielić się swoim doświadczeniem, ale żeby tak koniecznie i specjalnie? Oooo, to absolutnie nie. Każdy ma swoje sposoby pielęgnowania i wychowywania. Są Mamy Idealne, które gotują codziennie obiady z dwóch dań, bo musi być zupa i mięso i kartofel, codziennie karmią jogurtem, owocem, kładą spać o tej samej porze w tym samym miejscu i niech przypadkiem nic nie zaburzy ich rytmu, bo ich życie nagle traci sens. Wieczorami zamiast usiąść z mężem przy filmie, prasują i sprzątają, a w nocy noszą swoje dzieciątka od ściany do ściany, zamiast położyć się z wywalonym cyckiem i zasnąć choć na chwilę. Jak tak lubią, to proszę bardzo. Ja nie polecam, ale to nie moja sprawa. Ja jestem nieporządna. Ja ciągle sprzątam, ale szarańcza zamieszkująca ten sam dom bałagani w kółko, więc efekt jest mizerny. Moje dzieci czasem wracają do domu głodne, a tu nie ma obiadu, dlaczego? bo nie. W szkole macie, a jak nie zjedliście, to wasza strata, kabanosy sobie weźcie i oddalcie się, bo jestem zmęczona. I czasami jak Nitka mówi i mówi i nie przestaje, to nie mówię jej z uśmiechem - "Nitko, kochanie, cichutko, bo mamusię głowa boli", tylko walę z grubej rury - "Nitka przestań kłapać, bo już dłużej nie wytrzymam!!" I krzyczę czasami, rzadko, ale zdarza się. I męża nie wychowuję. w ogóle nie mam pojecia co to znaczy. Uważam, że tekst - "męża sobie wychowałam" to jakiś absurd. A co to ja jego rodzice jestem, że mam go wychowywać? poznałam gotowy produkt, zakochałam się i za mąż wyszłam, ale żeby go wychowywać? a cóż to za dziwy? Mało tego, w mojej głowie mieści się zostawienie dzieci na kilka dni beze mnie. Nawet mi się to zdarzyło, jakiś czas temu zabrałam się i oddaliłam w kierunku Rzymu w celu spędzenia przyjemnie czasu z Przyjaciółkąodlat, a niedługo wybieram się w tym samym celu do Dublina. W dodatku, żeby dobić już całkiem spięte mamuśki, nie rozpiszę diety dzieci na kartce na lodówce, nie przygotuję ubrań na każdy dzień i nie zawekuję pulpetów. M jako ten wychowany nie przeze mnie, a przez własnych rodziców, radzi sobie świetnie i wie, gdzie leżą pieluchy, ubrania też, a gotuje lepiej ode mnie. I nie sądzę żeby wzywał pomocy, bo mój M to nie mebel ani wór na piwo, ale facet z krwi i kości. Jak to mówią - "widziały gały co brały". To ja nie wiem, czy do porad się nadaje. Chyba nie, bo moja jedyna rada, jaką mogę komukolwiek dać, to taka, żeby słuchał mniej teorii, a więcej zdrowego rozsądku i żeby kochał swoje dzieci, życie z nimi, sam siebie też kochał i bardziej wyluzował oraz żeby robił tak, żeby być szczęśliwym i żeby dzieci były roześmiane i szczęśliwe. I wcale nie chodzi o to, żeby na podłodze nie znaleźć ani jednego paprocha i że dziecko zawsze musi mieć czystą buzię, a wiecznie musztrowany chłop kołek w tyłku.

Na poprawę humoru - Nitka trzyma Zu kucharkę :)


poniedziałek, 14 marca 2016

Nie przyznam się

O ranyyyy co to będzie!!!! Na dzisiaj mam umówioną wizytę u Pani Dietetyczki!!! To już trzeci raz jak szczupła i przemiła Pani Dietetyczka będzie mnie ważyć, mierzyć zwartość tkanki tłuszczowej, obliczać BMI i sprawdzać obwody tu i ówdzie. O ludzie. Pierwsze spotkanie nie było straszne, bo to dopiero zapoznanie, wprowadzanie diety, pouczanie jak się odżywiać jeszcze bardziej zdrowo i jeszcze lepiej. Drugie spotkanie było po dwóch tygodniach od pierwszego i wtedy już było bardziej stresująco. Jednak w pierwszych dwóch tygodniach bardzo pilnowałam diety, wszystko dokładnie ważyłam i nie zjadłam niczego spoza jadłospisu. Natomiast teraz.....o matko...jak tu pójść. No dobra, mogę trochę zgonić na anginę, która mnie znowu rozłożyła, trochę na tę straszną chorobę o japońskim brzmieniu, co to się do mnie przykleiła już na zawsze, ale dziewczyna nie jest głupia, nie łyknie tak wszystkiego. Do czekolady się nie przyznam, nie ma mowy, do żadnych innych słodyczy też nie, hmmm, może do połowy słoika masła orzechowego? nieeee, też nie, to może do rafaello, albo do kilku chipsów, czy do pudełka pysznych czekoladek? hmmmm też nie bardzo...a do pączka? może do pączka się przyznam? eee nie mogę, glutenu mi przecież nie wolno. Cholera jasna, przecież zastój w wadze i brak efektów nie bierze się znikąd. Do czegoś jednak przyznać się muszę. No ok, przyznam się do kanapki ze zwykłym chlebem razowym, ale nie powiem, że była z majonezem. No i jeszcze powiem, że jadłam słodycze, w sensie, że trochę jadłam. Mam nadzieję, że Nitka, która idzie ze mną jako opiekunka Zu, nie zdradzi mnie. Jejku jejku, dlaczego ja jestem taka głupia?! dlaczego tak się nie pilnowałam, dlaczego objadałam? Dwa tygodnie nie potrafię wytrzymać bez podżerania i teraz wstyd iść do dziewczyny i w oczy spojrzeć. No obiecuję sobie, że teraz to już naprawdę, no nie ma żartów, no muszę wytrzymać. Dobra, biorę to na klatę, przecież nie zabije. A może przełożyć wizytę? powiedzieć, że jeszcze nie wyzdrowiałam? na litość ją wziąć? Nieee, idę, najwyżej ze spuszczoną głową obiecam poprawę, ale do tego co żarłam nie przyznam się choćby mnie przypalała żywcem...

piątek, 11 marca 2016

Małe Kobietki

Świat się kończy. Nitka spotkała się z koleżanką. Przebrały się za księżniczki, założyły buty na obcasach - to normalne, zawsze tak robią. Jednak pojawił się nowy element - Gabi mówi - "wrzuciłabym coś na ząb", Nitka zrobiła więc (sama) po kanapce z żółtym serem i ogórkiem, na stole postawiła dwa kieliszki do wódki, które wypełniła wodą i dwa kieliszki do wina z sokiem wiśniowym. Następnie młode damy stuknęły się kieliszkami  i walnęły shoty z okrzykiem "na zdrowie", potem zagryzły kanapkami, a jeszcze potem długo siedziały przy stole śmiejąc się, gadając i popijając niby wino. Na moje zdziwienie niespełna 7-latki odpowiedziały - jesteśmy kobietami!!!
Teraz zmieniły sukienki na bardziej codzienne i bawią się w coś innego, na szczęście jest to już zabawa bez chlania :)



środa, 2 marca 2016

No i stało się

no i stało się...Zu zaczęła raczkować. Niedoświadczeni rodzice nie mogą doczekać się tego momentu, doświadczeni natomiast wiedzą co to oznacza i z trwogą myślą o czasie, kiedy dziecko zaczyna poznawać świat po swojemu. Teraz trzeba mieć oczy dookoła głowy, aż malutki rozumek wszystko ogarnie. Niestety, koniec z cudownym spokojem gdzie zostawi się dziecko, tam się je znajdzie. Zu, kiedy nikt nie patrzy, przemieszcza się z prędkością światła. W ciągu jednego dnia zdążyła polizać wszystkie meble, wyszarpać kable, które były schowane (tak nam się wydawało), zjeść trochę paprotki, kilkakrotnie włożyć palce do kontaktu, pozbierać wszystkie możliwe śmieci i włożyć je do buzi, rozrzucić i polizać nasze buty, polizać sedes, wyjeść z misek kota Lolka karmę mokrą oraz suchą i wychlapać wodę do picia, wylać wodę z konewki, polizać szmatę do podłogi no i oczywiście pałętać się bez sensu pod nogami. Ma też nową zabawę - włazi pod krzesła i siedzi tam co chwila uderzając się w głowę, co zdaje się jej nie przeszkadzać. Ma już jednego siniaka, a dzisiaj gruchnęła o podłogę i miałam wrażenie, że słyszę trzask kości. Żyje jednak, jest całkiem zadowolona, wszystkie funkcje zachowane, źrenice równe i nie daje oznak, że coś tam mogło się stać, więc puściłam na podłogę znowu i niech sobie radzi. Najwyżej kask kupię. Zaznaczam, że to dopiero jeden dzień i Zu nie czuje się jeszcze zbyt pewnie, założę się, że za kilka dni rozwinie i pokaże więcej możliwości :) Moje motto na najbliższych kilka miesięcy - "Niech moc będzie ze mną" :)


Zdjęcie, na którym Straszna Dziewczynka delikatnie głaszcze swojego kotka. Obrońcom zwierząt od razu zaznaczam - Lolek nie cierpi - to jej najlepszy przyjaciel i pomimo (czasem) brutalnych pieszczot, spędza z nią sporo czasu z miną wielce zadowoloną :)


niedziela, 21 lutego 2016

Mamo kupicie mi biurko?

"Mamoooo, kiedy będę miała biurko? Chodzę do szkoły już tyle miesięcy i nadal nie mam swojego biuuuurkaaaaa, wszystkie dzieci w mojej klasie już maaaają" - to Nitka. Codziennie. Przez miesiąc albo i lepiej. No dobra, zróbmy jej w końcu ten pokój, choć wiemy z doświadczenia, że lekcji i tak nie będzie tam odrabiać, ale trzeba to mieć za sobą. Odważnie więc do tematu, a co. Kupienie "tylko biurka" pociąga za sobą remont całego pokoju. Toż to oczywista oczywistość! Jakby inaczej. Mój Tata zaoferował pomoc, całe szczęście, bo M z braku czasu nigdy w życiu by tego nie zrobił. No to Pracowity Dziadek przeprowadził się do nas na 2 tygodnie, tyle, jak się okazuje, zajmuje wstawienie biurka. Zakrzątnął się odpowiednio, szorował, zdzierał, murował, malował itd, co poskutkowało zupełnie nowym, pięknym pokojem w kolorze różu, magnolii i bieli. Cud, miód i cukierek. Gdybym miała 7 lat i taki pokój, piałabym z zachwytu i nie wychodziłabym z niego wcale. Nitka też prawie nie wychodzi, bo się nie da. Przejść przez przedpokój. Wszystkie graty i zabawki wylądowały właśnie tam i o zgrozo, zaczynają tam swój żywot już trzeci tydzień. Nitka oczywiście jest zachwycona swoim pokojem i bawi się w nim jedną rzeczą wyłowioną spośród morza rupieci i twierdzi, że sama nie da rady tego sprzątnąć. A kto ma dać?!!!! Oczywiście, że ja, aż nerwowych drgawek dostaję na samą myśl. "M pomożesz mi?" - robię tak duże oczy jak potrafię. "-Nie ma mowy, wiesz, że ja tego nie lubię." - twardy jest. No więc już drugi dzień siedzę w tym przedpokoju i przebieram zabawki, książeczki, gumeczki, spineczki i inne pierdołki i końca nie widać. Wiele z tych rzeczy jest bezużyteczna i do wyrzucenia, ale muszę to robić ukradkiem, bo każda rzecz ma sentymentalną wartość i z żadną nie można się rozstać. "No mamooo, proszę Cię, tylko nie to plisss plissss plissss....."Wczoraj na przykład trafiłam na lalkę bez ręki, bez nogi i bez głowy - była potrzebna. Może do jakichś makabrycznych zabaw? Po kryjomu załadowałam już cały 240 litrowy wór na śmieci. No i jeszcze razem ze mną siedzi Zu, która wszystko bierze do rączki, a potem do buzi. Jest szczęśliwa i aż sapie z radości, szczególnie kiedy uda jej się dosięgnąć najmniejsze przedmioty oraz zasuszone biedronki. Nitka uczestniczy chwilę a potem oddala się po cichu żeby bawić się gdzieś w rogu nowo odkrytą zabawką, a ja siedzę jak ta głupia z błędnym wzrokiem i już mam szczerze dość. "Mamoooo, a kiedy dokupicie mi krzesło do biurkaaa? jak mam przy nim siedzieć?". No dobra to do sklepu meblowego. M powiedział, że tego już nie wytrzyma, jedziemy więc we troje - Ja, Nitka i Dede. Ten ostatni z chęcią kupienia sobie jakiegoś wielkiego worka do siedzenia, bo niewygodnie mu się czyta książki na podłodze. Podczas kiedy dzieci wysiadywały wszystkie kanapy (- "Mamo jakie super zakupy, tak to my możemy"), ja latałam jak poparzona, szukając odpowiedniego krzesła oraz worka i lampki. A oni tylko zatwierdzali, bo mamą jestem nie od dziś i wiem, że szybciej, taniej i lepiej jest niepozostawianie zbyt dużego wyboru. Znalazłam wszystko, ale niestety w dwóch różnych sklepach. Kiedy wchodziłam do punktów odbioru, panowie z magazynu dziwnie się patrzyli jak w 12 cm obcasach taszczę do samochodu pudła. Co mnie podkusiło z tymi obcasami? Dobrze, że futra nie posiadam, szyku bym zadała. W końcu wróciliśmy do domu i znowu trafiłam na ten bałagan. O matko!!! chyba otworzę sobie wino...a rupiecie niech leżą i kolejny tydzień. 

Mamo, to wszystko jest mi bardzo, ale to bardzo potrzebne. :):):) 



piątek, 12 lutego 2016

mazurskie pogotowie

Przy okazji przeglądania zdjęć przypomniała mi się pewna zabawna historia. Wspominałam już o tym, że w czasach studenckich jeździliśmy na Mazury. Za pierwszym razem wybraliśmy się tam we troje - Ja, M oraz nasz przyjaciel Bodek. Pojechaliśmy tam maluchem Bodka, który to maluch został odziedziczony po dziadku i w którego spakowaliśmy się we troje razem z namiotem, pontonem, butlą gazową, garnkami, jedzeniem w puszkach oraz wieloma innymi akcesoriami. W dodatku bez górnego bagażnika. Do tej pory nie wiem jak nam się to udało, pamiętam tylko, że wszystkie ubrania leżały porozciągane pomiędzy całą machinerią malucha, w sensie każda koszulka i skarpeta osobno :). Chłopcy kierowali na zmianę, mi przypadło miejsce z tyłu, miałam jakieś nie przesadzając 40 cm siedzenia, ale że ważyłam 46 kg, to miejsca wydawało się całkiem sporo. Jechaliśmy oczywiście z zawrotną prędkością 80 km/h, jarając niesamowite ilości papierosów. Dziwię się, że Bodek widział drogę, bo nie dość, że on ślepawy i w okularach, to jeszcze dym był nie do opisania. Wakacje trwały trzy tygodnie i były naprawdę super. Wspomnień z nich jest mnóstwo, bo nie tylko wylegiwaliśmy się nad jeziorami i łowiliśmy ryby, wypijając przy tym hektolitry piwa Żagiel i wypalając nieprzyzwoite ilości papierosów Caro czerwonych, ale również zwiedzaliśmy. Rewelacja. Pewnego dnia chłopaki zrobili na obiad makaron z kiełbasą i nie wiem, chyba ta kiełbasa była nieświeża, fakt, że ten obiad bardzo mi zaszkodził. A może po prostu za dużo im zrzędziłam i postanowili mnie na chwilę uciszyć? kto wie? W każdym razie wieczorem rzygałam dalej niż widziałam i skręcałam się z bólu żołądka. Chłopcy byli bardzo przejęci, starali się pomóc jak mogli, łącznie z parzeniem bardzo mocnej herbaty oraz masowaniem brzucha na zmianę. Bodek pojechał nawet do budki telefonicznej i zadzwonił do swojej mamy lekarki, jednak przez telefon nie dała rady mnie uleczyć. Nie było wyjścia, Bodek postanowił jechać na pogotowie. To ja zaczęłam wyć, że ja na pogotowie nie chcę, bo mnie zostawią, a ja chcę tu w namiocie, ja nie będę leżała w szpitalu w wakacje!!! No to Bodek pojechał sam. A trzeba koniecznie zaznaczyć, że wieczorem wyjmowaliśmy siedzenia przednie z malucha, bo chłopaki lubili sobie na nich siedzieć wygodnie przy ognisku :) No to Bodek zamontował tylko jedno siedzenie dla siebie i pojechał, a M został ze mną na posterunku. Nie było go z godzinę. Z pogotowia przywiózł w jednym kieliszku do wódki krople żołądkowe, a w drugim białe tabletki. Był w dodatku w doskonałym humorze i śmiał się do rozpuku. Otóż na pogotowiu wyprosił te medykamenty, choć nie było łatwo, bo przecież pacjenta było (jakby) brak i wsiadł do samochodu. Przypominam, że to maluch, nie ma tam półeczek na odłożenie czegokolwiek i trzęsie niemiłosiernie, więc krople postanowił trzymać w ręku. Na trasie zobaczył ludzi próbujących złapać stopa (nieważne, że to była jakaś 22 - to Mazury w latach 90-tych), no to stwierdził, że przecież trzeba ich podwieźć. Chłopak z dziewczyną zadowoleni otworzyli drzwi i pierwsze co zobaczyli, to brak przedniego siedzenia. Bodek do nich - "a nic nic, wsiadajcie, ja tak wyciągam te siedzenia, siedzimy sobie na nich jak w folelach" (miny pary bezcenne), zapakowali się jednak z plecakami i Bodek ruszył. Śpieszył się, bo wiedział, że ja cierpiąca, więc zapierniczał z jakąś zawrotną prędkością aż maluch podskakiwał jak szalony. Nagle autostopowicze zauważyli, że obok Bodka w kieliszku do wódki leżą białe tabletki, nie skomentowali, ale jakie były ich miny kiedy zobaczyli, że kierowca jedną ręką kieruje, a w drugiej trzyma kieliszek wypełniony płynem. I jeszcze się do nich odwrócił z zaparowanymi okularami i powiedział, żeby się nie martwili, bo on ma wszystko pod kontrolą!!! Dokładnie już nie pamiętam, ale coś mi się kołacze po głowie, że chwilę później wysiedli :)