środa, 30 grudnia 2015

Nie chcemy robić kłopotu

Historia jest stara bo z 2004 roku, czasów, kiedy byliśmy młodym bezdzietnym małżeństwem. Pewnego dnia, gdy byłam w pracy, zadzwonił do mnie Brat Rozważny (wraz ze swoją żoną mieszka w innym mieście) - "będziemy na imprezie w Waszym Mieście, czy przenocowanie Nas nie byłoby dla Was kłopotem? " - Och nie, oczywiście, że nie!" - ucieszyłam się bardzo, bo lubię Brata Rozważnego oraz jego żonę. " - No to będziemy na imprezie tak do godz. 22 a potem nas oczekujcie. "- Ok, super, świetnie i ekstra."  Po odłożeniu słuchawki zorientowałam się, że mój dom jest w takim stanie, że absolutnie, ale to absolutnie nie nadaje się do przyjęcia gości. Zadzwoniłam więc do M i poinformowałam o planach na wieczór. Następnie zaraz po pracy puściłam się pędem do domu. Po drodze zrobiłam odpowiednie zakupy bo przecież goście, więc i kolacja i śniadanie, trzeba wszystko przygotować, zakupić, mieć. Wiadomo. Samochodu wtedy nie miałam. Z siatami ciężkimi jak nieszczęście dotarłam do domu. Zaraz po wejściu rzuciłam się do sprzątania, bo było naprawdę nieciekawie. Po jakichś dwóch godzinach mogłam odsapnąć. No cóż, sami byliśmy sobie winni, gdyby w domu był porządek i cokolwiek do jedzenia, przygotowania nie wyglądałyby jak zawody olimpijskie i wyścig z czasem. Był już wieczór. Tak ok godziny 22 czekamy, ale gości nie widać. Ponieważ byliśmy trochę zmęczeni, zaczęliśmy przysypiać " - ale ale M daj spokój nie możemy, przecież goście, no musimy wytrzymać, pewnie niedługo przyjdą, wtedy się ożywimy, dawno się nie widzieliśmy, będzie fajnie, pogadamy do późna bla bla bla."
 Ok 23 zadzwonił Brat Rozważny i powiedział, że bardzo przeprasza ale jeszcze trochę zostaną i czy nie byłoby kłopotem gdyby byli tak za godzinkę. " - No oczywiście, że to nie kłopot, czekamy na Was przecież, więc bawcie się i widzimy się za godzinę." Za godzinę również się nie pojawili, a my staraliśmy się trzymać twardo, choć kolejny film lekko nas usypiał. Tak mniej więcej około północy znowu zadzwonił Brat Rozważny i zapytał czy nie zrobią kłopotu, jeśli pojawią się jeszcze godzinę później. " - No nie, nie zrobicie kłopotu, zaczekamy." Po godzinie zadzwonił i powiedział, że jednak nie przyjdą w ogóle, zostaną na tej imprezie dłużej i od razu na noc, ale za to wpadną do Nas na śniadanie. " - No dobra, trudno...o której będziecie na to śniadanie?" " - Tak ok 9, bo wiesz, wyśpimy się, wstaniemy i od razu będziemy." Rano wstaliśmy wcześniej, bo przecież goście i należałoby wszystko przygotować. No to do sklepu po świeże pieczywo i szykujemy śniadanie, bo przecież będą głodni. Stół pełen i gotowy, głodni jesteśmy jak cholera, ale nie jemy bo czekamy, zaraz przyjadą, zjemy razem. Przyjechali. A jakże. Długo po umówionej godzinie 9, a gdy weszli do domu, powiedzieli "- ale my tylko na chwilę, nie zostaniemy na śniadanie, już jedliśmy." I tak się spieszyli do babci żony Brata Rozważnego, że weszli tylko do przedpokoju! A na koniec tej krótkiej, ale jakże wyczerpującej wizyty usłyszeliśmy - "wiecie, nie chcemy Wam robić kłopotu." I poszli. Śniadanie zjedliśmy z M sami.
Teraz, kiedy przypominam sobie tę historię, dochodzę do wniosku, że lubię jak ktoś przyjedzie, zawróci Nam głowę na kilka dni, zje wszystko co mamy, nabałagani i nabrudzi, naniesie furę błota, złamie deseczkę w podłodze, zniszczy blat w kuchni,  itd itd - zdarzały się różne przypadki, ale nie znoszę jak ktoś tak właśnie nie chce Nam sprawiać kłopotu...

środa, 23 grudnia 2015

Postanowienia


O Boże nie mam prezentów!!!! 2 dni do Wigilii, a ja nie mam prezentów dla dzieci. Jak to się stało???!!! Przecież obiecałam sobie, że w tym roku już na pewno, ale to na pewno kupię je wcześniej, tak gdzieś w listopadzie. I będę patrzeć na tych co biegają w ostatniej chwili i kupują byle co, bo na zastanawianie się i wybrzydzanie nie ma czasu. No tak przecież miało być. Miałam śmiać się innym w twarz, myśląc jaka to ja jestem przebiegła i zapobiegliwa i moje prezenty leżą sobie ładnie popakowane i ukryte. Dlatego nie wiem jak to się stało, że do Dużego Sklepu z Zabawkami trafiłam dopiero teraz!!! Dzieci do obkupienia - sztuk 6. Planu żadnego. Zaraz zaraz, były jakieś listy do św. Mikołaja...tak tak...co tam było na tych listach? zaczęłam sobie gorączkowo przypominać Barbie brokatowe włosy, domek Emmy, Star Wars Battlefront, Twister, seria książek....itd itd......o matko. Dziarsko ruszyłam w poszukiwaniu pożądanych rzeczy. Ceny niektórych sprawiły, że zaczęłam coś tam nerwowo mamrotać pod nosem, ale postanowiłam się nie poddawać. Kilka rzeczy znalazłam, ale ciągle czegoś brak, odliczam w głowie kolejne dzieci, jeszcze troje bez prezentu. Podchodzę do Miłej i Zabieganej Pani i pytam o to i tamto, Pani patrzy na mnie  z politowaniem i mówi - "no w zeszłym tygodniu jeszcze to było, ale po weekendzie już nie ma, wszystko sprzedaliśmy". Spuściłam tylko głowę, rozłożyłam ręce w geście rozpaczy i mówię do Pani - "no sama jestem sobie winna". Pani nawet nie próbowała zaprzeczać, przytaknęła ze współczuciem. Chyba dobrze mi z oczu patrzyło, bo pomogła i wyszłam z prezentami. Może niekoniecznie dokładnie tymi z list wywieszonych na oknie dla pracowitych elfów, ale myślę, że radocha i tak będzie. Wróciłam do domu, popakowałam i czekam do jutra. A na przyszły rok oczywiście znowu mam postanowienie, że na pewno, ale to na pewno, już tak na 100 procent, prezenty kupię wcześniej :)
I wszystkim życzę Wesołych Świąt i Zdrowia w przyszłym roku, Radości i Szczęścia. I objadajcie się bez opamiętania, bo taka nasza tradycja, odchudzać będziemy się od stycznia. W końcu trzeba mieć jakieś postanowienia :):):)

niedziela, 20 grudnia 2015

Płonne nadzieje

Postanowiłam zachorować, a ponieważ nie lubię się rozdrabniać, to od razu z grubej rury na anginę. No przecież nie będę się przeziębiać ot tak tylko z katarem, to byłoby za mało. Oczywiście jak normalny człowiek zachoruje na anginę, to włazi do łóżka,wygrzewa się tam kilka dni, ładnie przyjmując wszystkie leki. Dzięki temu po tygodniu jest zdrów jak ryba. W dodatku jeżeli jest to facet,  nie rusza ręką ani nogą, jęczy "dobij mnie" lub dramatycznie stwierdza, że tym razem, to już na pewno koniec i spisuje testament. Niestety, jeśli jest się mamą, nie jest to takie proste. Mamy zwolnienia nie biorą. I nie chorują. Wiadomo. No i z tą cholerną anginą leżałam, a jakże, całe 5 godzin, a następnie zmuszona byłam zacząć prowadzić normalne życie. Dlatego też choruję już trzeci tydzień i końca nie widać, a każdemu przełknięciu śliny towarzyszy grymas bólu. Ale nie o tym chciałam.... ale o tym, że udałam się do lekarza, okazał się młody i przystojny i już się ucieszyłam na ten widok, a on...zajrzał mi tylko do gardła!!! nie chciał mnie badać (!), czym strasznie zepsuł mi humor. Jakoś ciągle wydawało mi się, że jestem piękna i młoda, a tu taki afront. Młody chłop nie chce mnie badać! A tak się cieszyłam....Nie wiem co mnie bardziej załamało, jego nieprofesjonalna ;) postawa, czy diagnoza. Leki zaordynował, lekarzem jest, ale muszę przyznać, że kompletnie bez serca.

czwartek, 17 grudnia 2015

Najazd ;)

Odwiedzili mnie rodzice – Mama – dziecko poprasuję Ci a ty sobie poskładasz i Tata – dziecko weź się do roboty. Ledwo weszli rzucili wprawnym okiem po domu – o matko! Nieposprzątane, nieuprane i niepoprasowane!!! Jest sobota rano, a dzieci chodzą w pidżamach, są nieuczesane, Dede weź się do lekcji z komputera nic nie będziesz miał!!! (ich syn, a mój brat jest programistą), Nitka dlaczego ty tak łazisz, posprzątaj swój pokój!!! Teraz na tapetę M – dlaczego on siedzi przed komputerem? powinien kosić trawę, nosić drzewo, sprzątać garaż i co tam jeszcze się da, ważne, żeby było ciężko i żeby się zmęczył. Biedny M starał się przemknąć niepostrzeżenie bo nie dość, że siedział przed komputerem, czytając nowinki sportowe, to jeszcze w dodatku w gaciach! no i Ja – śliwki, które przywieźliśmy kilka dni temu ciągle niezjedzone, meszki je jedzą, Tobie to nic nie warto dawać!!! (no ale we czworo nie daliśmy rady kilku kilogramom śliwek plus gruszek plus jabłek, no nie dało się za nic w świecie). Dlaczego koty są w domu? Ciepło jest, to jest dom dla zwierząt! Jak Ty tu żyjesz!!! Jedynie Zu się upiekło, ale może dlatego, że spała, chociaż nie jestem pewna czy w pozycji satysfakcjonującej dziadków. Jestem beznadziejna, nic nie umiem, nie potrafię. Nie ma to jak rodzice tak podniosą człowieka na duchu :) 

niedziela, 13 grudnia 2015

Lepsze dzieciństwo?

W internecie co chwila trafiam na post w stylu "my siedzieliśmy na trzepaku, to było dzieciństwo", "bez komputera telefonu - to było dzieciństwo", "jeśli pamiętasz to i to (tu odpowiednie zdjęcia) - to znaczy, że miałeś prawdziwe dzieciństwo". Można by mnie zlinczować za to co teraz powiem, ale - lekko rzygać mi się od tego chce, a czasem nawet bardziej niż lekko. A kto dał nam receptę na jedyną prawdę? Czy to, że wychowałam się bez komputera i telefonu komórkowego czyni mnie lepszą i mądrzejszą? Czy siedzenie na trzepaku było takie ekstra, że nic tego nie przebije? Czy ludzie, którzy urodzili się później i mają dostęp do wszelkiego dobra, mają dzieciństwo sztuczne? Nieprawdziwe? Na niby? Mam dzieci i wiem, że to jak spędzają swój wolny czas zależy w dużej mierze ode mnie. Oczywiście, też grają, ale nie tylko na komputerze, bo ja i M gramy też z nimi w gry planszowe. Spędzają czas na dworze, mają kolegów i koleżanki i spotkania z nimi może nie odbywają się na trzepaku, ale też nie zawsze przed komputerem. W sąsiedztwie pełno dzieci, które również potrafią biegać, skakać, a nawet jeździć na rowerze, zupełnie jak dzieci sprzed lat. Cała duża grupa dzieciaków na urodzinach Dede bardzo chętnie bawiła się przez 2 godziny w podchody, potem wygłupiali się i śmiali. I wcale nie włączyli żadnych technologicznych cudów. Można? Jasne, że można. Trzeba dzieciom pokazywać inne formy spędzania wolnego czasu, zachęcić je, ba! czasem nawet zrobić coś z nimi. I tu pojawia się problem, bo przecież o wiele łatwiej jest posadzić dziecko przed komuterem lub telewizorem, żeby dało nam święty spokój, a potem mówić, że ono tak lubi i chce. A może przestań Matko oglądać paradokumentalne seriale  dla paranormalnych i pokaż córce jak uszyć ubranko dla lalek, albo zrobić widoczek ze szkła i kwiatków. Albo ty Tato nie leż przed telewizorem, oglądając kolejny meczyk, tylko weź piłkę lub rakietki do badmintona i wyjdź z synem przed blok. I ucz swoje dzieci świata, wychowuj, wpajaj wartości, zamiast zamieszczać debilne posty o tym jak to kiedyś było świetnie, a dziś jest beznadziejnie.

czwartek, 10 grudnia 2015

Mazury

Z M i grupą przyjaciół uwielbiamy Mazury. Kiedyś spędzaliśmy tam część każdych wakacji, mieszkając w namiotach, pływając w jeziorze, czasem kajakami i pontonem, łowiąc ryby i śpiewając piosenki przy ognisku. Cudowne beztroskie czasy, kiedy pieniędzy było tyle co nic, więc żywiliśmy się tym co kto miał plus co kto złowił. Zawsze musiało wystarczyć na piwo "Żagiel" oraz papierosy. W dużych ilościach. Bo przy ognisku to schodzi. Trzy lata temu stwierdziliśmy, że już czas zabrać tam nasze dzieci i zarazić ich miłością do Mazur. Dzieci się zaraziły, a jakże. Dede i Nitka z radością korzystali ze wszystkich uroków, zwiedzaliśmy, pokazywaliśmy, opowiadaliśmy. Dzieciom się podobało. Chodziły też z nami na ryby. Któregoś razu poszedł ze mną tylko Dede. Wzięłam wszystko co potrzebne i piwo, bo bez tego podczas łowienia ryb, to jakoś tak pusto :). Kiedy złowiliśmy już kilka sztuk, zobaczyłam, że biedne ryby bardzo chcą się uwolnić z siatki zanurzonej w wodzie, więc postanowiłam skrócić ich męki. Powiedziałam do Dede – "idź synku na chwilę na koniec pomostu, bo ja będę zabijać ryby i nie chcę żebyś patrzył". Dede posłusznie poszedł i zajął się grzebaniem w piasku. Wtedy zorientowałam się, że nie mam żadnego narzędzia do zabijania ryb, ale pusta już butelka po piwie świetnie się nada. No więc wyjmowałam po kolei ryby z siatki i zapamiętale waliłam w łby, no niestety, brutalne, wiem, ale uderzenie mam ok, więc obyło się bez męczarni. W końcu trafiłam na jakąś oporną, którą musiałam walnąć kilka razy, mówiąc przy tym - "cholera jasna, nie mogę jej zabić". Wydawało mi się, że Dede nic nie widział ani nie słyszał. Do czasu, aż wróciliśmy z wakacji i dzieci kąpiąc się w wannie, bawiły się w łowienie ryb. Wszystko robili jak należy, zdrętwiałam tylko, jak usłyszałam z łazienki głos Dede – "cholera nie mogę jej zabić", szybko weszłam, a tam moja córka trzymała plastikową rybę a syn uderzał w łeb tej ryby jakąś plastikową butelką. Chyba jednak coś słyszał i widział z tego końca pomostu.




Oto na tym pomoście odbywały się te straszne sceny z życia ryb, które wpadły w moje ręce !!! 
W oddali M z dziećmi. 

niedziela, 6 grudnia 2015

A może relaks w wannie?

A propos relaksowania się, a raczej chęci, przypomniała mi się jeszcze jedna zabawna historia. To było kilka lat temu 3, może 4. Postanowiłam odpocząć w wannie, był wczesny wieczór, dzieci bawiły się, M coś oglądał, pełen luz. Napuściłam więc wody, narobiłam piany i wlazłam. Warto tu dodać, że w tej łazience nie można się zamknąć Emotikon smile Po kilku minutach przyszła (mała jeszcze wtedy) Nitka i jak zobaczyła, że się kąpię – "mamoooo, mogę do Ciebie?" - "no pewnie, właź". Za chwilę pojawił się Dede – "o kąpiemy się!" - zauważył rezolutnie, szybko, bez zbędnego pytania rozebrał się i już siedział w wannie. Wanna nie jest niestety tak duża, więc już nie mogłam sobie wygodnie leżeć, tylko musiałam siedzieć zwinięta w kulkę i zajadać się zupami i innymi daniami z piany, którymi częstowały mnie dzieci. Jakby tego było mało po kilku minutach wszedł kot Rysiek usiadł na brzegu wanny i patrzył co robimy!!!! To jeszcze nie koniec!!! Zaraz wszedł M zdziwiony, że w domu jakoś cicho i pyta –"a co Wy wszyscy tu robicie?" Za nim weszła jeszcze Negra machając ogonem na wszystkie strony i ciesząc się, ze w końcu nas znalazła. "Relaksuję się w samotności" - odpowiedziałam smętnie.
I tak mamy cały czas. Dom jest naprawdę duży, a my zazwyczaj siedzimy razem na kilku metrach kwadratowych Emotikon smile i z przerażeniem myślę o dniu, w którym moje dzieci przypomną sobie, że mają swoje pokoje i zaczną się w nich zamykać.

sobota, 5 grudnia 2015

Relaks?

Posprzątałam (ja ciągle sprzątam, a najgorsze, że efektów nie widać), poprałam, poprasowałam, posprawdzałam lekcje i ogólnie narobiłam się po same łokcie, pachy czy uszy. Zu poszła spać, mam chwilę dla siebie. Zrobiłam sobie kawę, siadłam na kanapie, włączyłam muzykę i….po 15 sekundach pojawiło się któreś z nich, już nie wiem które, to bez znaczenia. To włączyło telewizor, zaraz przyszło następne i zaczęło gadać. Najpierw kłócili się o pilota, potem o miejsce na kanapie (podobno jest miejsce pierwsze i drugie), wszystko bardzo głośno, potem zaczęli biegać dookoła mnie, potem Nitka zaczęła skarżyć, Dede zaczął się tłumaczyć (jakby mnie obok nie było i jakbym nic nie słyszała), darli się jeszcze głośniej, siedząc jedno po mojej lewej, drugie po prawej stronie. Ja w środku patrzyłam tylko przed siebie, bez reakcji. Miałam prawdziwie mordercze myśli, ale zaraz mi przeszły, bo Zu się obudziła i też zaczęła się drzeć. I już zapomniałam, że właśnie miałam chwilę dla siebie. Ale i tak wcale nie chcę żeby dorośli :)



To rozwalone futro, to niejaki Lolek, ten to potrafi się relaksować. W sumie zimą nie zajmuje się niczym innym :)

 Emotikon smile

czwartek, 3 grudnia 2015

Polisa? ale co to?

Nie jestem asertywna. Mój M twierdzi, że jeśli chodzi o niego, to mam aż za dużo asertywności, ale ogólnie raczej nie. Dlatego padam często ofiarą różnych ludzi - wykorzystywaczy. Coś zrobić, coś podwieźć, w czymś pomóc, nie ma problemu. Zazwyczaj nie patrzę na to, że robię coś własnym kosztem, ale na to, że robię dobrze komuś, bo go lubię. Wzajemności zazwyczaj nie zauważam. No taka jestem, ale walczę z tym jak mogę, bo w końcu z wiekiem człowiek mądrzeje. Dzisiaj miałam spotkanie z Panem z firmy, która zajmuje się ubezpieczeniami na życie itp. Już ponad 10 lat temu coś tam wykupiłam, 5 lat temu z tego rezygnowałam i oczywiście wtedy Pan namówił mnie na kolejne ubezpieczenie. Z tamtego starego zrezygnowałam, ale uwikłałam się w nastepne 10-letnie i tak w kółko, Kręcą mnie jak mogą, bo głupia jestem i nie potrafię odmówić. No i dzisiaj znowu rezygnowałam zadowolona, że w końcu się uwolnię od tych wszystkich ubezpieczeń i polis, ale oczywiście nie mogło być łatwo. Rezygnacja owszem przebiegła sprawnie, ale Pan potem powiedział - "mam dla Pani propozycję". Zmroziło mnie, bo wiedziałam jak to się skończy - wyjdę z kolejną polisą. Tym razem jednak postanowiłam się nie dać. Pan zawzięcie tłumaczył zawiłości nowej polisy czy czegoś tam (nie wiem, udawałam, że słucham), aż w koncu zadał pytanie - jaki Vat Pani płaci? No to ja - "yyyyy, ale że o co chodzi, o podatek?" . Tak - mówi Pan - "jaki Pit, w jakim progu podatkowym Pani jest?" - "yyy, wie Pan co, ja nie wiem, mój mąż to rozlicza, ja to taka żona przy mężu, ale duży, wysoki ten próg, oj wysoki no mówię panu i pieprzę jakieś trzy po trzy, a polisy takie ważne blablabla, patrząc przy tym jak idiotka. Pan dziwnie spojrzał i pyta - "no ale jaki numer Pit-u?"- "yyyyy ja nie wiem, Panie, ja nic nie wiem, ja się tam tylko podpisuję". Chłop załamał ręce. Autentycznie! zobaczył, że nie ma z kim rozmawiać, zwinął papiery i powiedział żebym porozmawiała z mężem czy jestem zainteresowana. Bąknęłam coś tam pod nosem, że ja taka niezorientowana i zaśmiałam się głupkowato hihihi oraz ładnie podziękowałam. Pan, żegnając się ze mną był jakby mniej wylewny, niż witając. A jak wyszłam z firmy zauważyłam, że wylazł za mną żeby zobaczyć jak idę do samochodu, tachając ze sobą oczywiście Zu :) Idiotka etatowa, ale polisy mi nie wcisnął.

wtorek, 1 grudnia 2015

Poranek z Nitką


Ktoś mi mówił, że wychowywanie dziewczynek jest trudniejsze i muszę przyznać, że z każdym dniem przekonuję się, że ten ktoś miał rację :) Nitka jest grzeczną dziewczynką i nie mogę powiedzieć żebym miała z nią dużo problemów, ale niektóre zachowania powalają. Ponieważ moim pierwszym dzieckiem był chłopiec, zaskoczyło mnie to, że w wieku 3 lat mała dziewczynka może się awanturować o to w czym pójdzie do przedszkola. Nagle okazało się, że teksty w stylu - "to do tego nie pasuje", bądź "ja w tych rajstopach nie wyjdę" itp. są na porządku dziennym. Przekonałam się również, że rzeczywiście z gumkami i spinkami jest tak, że ile by się ich nie kupiło, to nigdy ich nie ma. Zawsze dostają cudownych maleńkich nóżek lub skrzydełek i bezpowrotnie opuszczają dom. Nitka jest też bardziej skomplikowana, częściej niż Dede próbuje załatwić coś płaczem bądź robić jakieś dziwne podchody, nie mówiąc wprost o co jej chodzi i trudniej coś od niej wyegzekwować. Myślę, że małe kobietki od małego mają manipulację we krwi.
Dzisiaj rano Nitka robiła wszystko by się spóźnić do szkoły. Najpierw nie chciała się umyć i ubrać (jak zwykle), potem wymyślała co chce na śniadanie (jak zwykle), potem tańczyła przed lustrem, jednocześnie patrząc i podziwiając się jaka ona piękna i śpiewała do mikrofonu piosenki w j.angielskim, używając przy tym tak trudnych słów, że sam Anglik by nie zrozumiał. Kiedy powiedziałam jej, żeby już skończyła i się szykowała, krzyknęła - "nie widzisz, że jestem zajęta, KOBIETO??!!!" Następnie wzięła do ręki 20 złotowy banknot i machała nim, jednocześnie udając, że pali papierosa (ode mnie tego nie wzięła, nie macham pieniędzmi, ani nie palę). Do akcji wkroczył Dede szybciej niż ja i zaczął ją "prostować", wtedy Nitka zaczęła się tłumaczyć, że ona tak powiedziała do Zu, a nie do mnie, tylko nie wiem dlaczego po kilku minatach zaczęła przepraszać mnie a nie ją :) Zanim wyszliśmy z domu, zdążyła zrobić jeszcze zamieszanie wokół zapinania butów i koloru rękawiczek - bo nie mogła się zdecydować, na które ma dzisiaj ochotę. Następnie prawie się rozpłakała, że nie czekamy na nią i chcemy pojechać bez niej - należy zauważyć fakt, że właśnie JĄ odwoziłam do szkoły - bez niej pewnie byłoby szybciej, tylko w tej sytuacji jakoś bez sensu, ale tego nie zauważyła. Była zajęta lamentowaniem, że chcieliśmy zawieźć ją do szkoły bez niej!!! Jak się okazuje, zawsze można znaleźć powód do awantury. Kiedy patrzę na uśmiechającą się Zu, skóra mi cierpnie na myśl o tym, co czeka mnie za kilka lat.




Oto rzeczy wykorzystane dzisiaj do zabawy przed szkołą - lekcje oczywiście na rano i trzeba się spieszyć :)


Nitka - cudowna dziewczynka, która sprawia, że macierzyństwo staje się wyzwaniem :)