Historia jest stara bo z 2004 roku, czasów, kiedy byliśmy młodym bezdzietnym małżeństwem. Pewnego dnia, gdy byłam w pracy, zadzwonił do mnie Brat Rozważny (wraz ze swoją żoną mieszka w innym mieście) - "będziemy na imprezie w Waszym Mieście, czy przenocowanie Nas nie byłoby dla Was kłopotem? " - Och nie, oczywiście, że nie!" - ucieszyłam się bardzo, bo lubię Brata Rozważnego oraz jego żonę. " - No to będziemy na imprezie tak do godz. 22 a potem nas oczekujcie. "- Ok, super, świetnie i ekstra." Po odłożeniu słuchawki zorientowałam się, że mój dom jest w takim stanie, że absolutnie, ale to absolutnie nie nadaje się do przyjęcia gości. Zadzwoniłam więc do M i poinformowałam o planach na wieczór. Następnie zaraz po pracy puściłam się pędem do domu. Po drodze zrobiłam odpowiednie zakupy bo przecież goście, więc i kolacja i śniadanie, trzeba wszystko przygotować, zakupić, mieć. Wiadomo. Samochodu wtedy nie miałam. Z siatami ciężkimi jak nieszczęście dotarłam do domu. Zaraz po wejściu rzuciłam się do sprzątania, bo było naprawdę nieciekawie. Po jakichś dwóch godzinach mogłam odsapnąć. No cóż, sami byliśmy sobie winni, gdyby w domu był porządek i cokolwiek do jedzenia, przygotowania nie wyglądałyby jak zawody olimpijskie i wyścig z czasem. Był już wieczór. Tak ok godziny 22 czekamy, ale gości nie widać. Ponieważ byliśmy trochę zmęczeni, zaczęliśmy przysypiać " - ale ale M daj spokój nie możemy, przecież goście, no musimy wytrzymać, pewnie niedługo przyjdą, wtedy się ożywimy, dawno się nie widzieliśmy, będzie fajnie, pogadamy do późna bla bla bla."
Ok 23 zadzwonił Brat Rozważny i powiedział, że bardzo przeprasza ale jeszcze trochę zostaną i czy nie byłoby kłopotem gdyby byli tak za godzinkę. " - No oczywiście, że to nie kłopot, czekamy na Was przecież, więc bawcie się i widzimy się za godzinę." Za godzinę również się nie pojawili, a my staraliśmy się trzymać twardo, choć kolejny film lekko nas usypiał. Tak mniej więcej około północy znowu zadzwonił Brat Rozważny i zapytał czy nie zrobią kłopotu, jeśli pojawią się jeszcze godzinę później. " - No nie, nie zrobicie kłopotu, zaczekamy." Po godzinie zadzwonił i powiedział, że jednak nie przyjdą w ogóle, zostaną na tej imprezie dłużej i od razu na noc, ale za to wpadną do Nas na śniadanie. " - No dobra, trudno...o której będziecie na to śniadanie?" " - Tak ok 9, bo wiesz, wyśpimy się, wstaniemy i od razu będziemy." Rano wstaliśmy wcześniej, bo przecież goście i należałoby wszystko przygotować. No to do sklepu po świeże pieczywo i szykujemy śniadanie, bo przecież będą głodni. Stół pełen i gotowy, głodni jesteśmy jak cholera, ale nie jemy bo czekamy, zaraz przyjadą, zjemy razem. Przyjechali. A jakże. Długo po umówionej godzinie 9, a gdy weszli do domu, powiedzieli "- ale my tylko na chwilę, nie zostaniemy na śniadanie, już jedliśmy." I tak się spieszyli do babci żony Brata Rozważnego, że weszli tylko do przedpokoju! A na koniec tej krótkiej, ale jakże wyczerpującej wizyty usłyszeliśmy - "wiecie, nie chcemy Wam robić kłopotu." I poszli. Śniadanie zjedliśmy z M sami.
Teraz, kiedy przypominam sobie tę historię, dochodzę do wniosku, że lubię jak ktoś przyjedzie, zawróci Nam głowę na kilka dni, zje wszystko co mamy, nabałagani i nabrudzi, naniesie furę błota, złamie deseczkę w podłodze, zniszczy blat w kuchni, itd itd - zdarzały się różne przypadki, ale nie znoszę jak ktoś tak właśnie nie chce Nam sprawiać kłopotu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz