- Moi sąsiedzi mają psy. Psy łagodne chodzą sobie czasami puszczone wolno, ale te groźniejsze są zamknięte na posesjach. Poza dwoma. To sąsiedzi niereformowalni, którzy pomimo próśb i gróźb, nadal mają najczęściej otwartą bramę, a ich dwa psy biegają wolno po drodze, którą każdy musi przejść. Psy nie są bardzo duże, ale są brzydkie i agresywne. Mają nawet na koncie pogryzienia innych psów oraz ludzi, podejrzewam, że mogły się znacząco przyczynić do zaginięcia mojego kota Gutka, ale dowodów nie mam. Dzisiaj wybrałam się na spacer z Zu w wózku. Wszystko było super, dopóki nie pojawiły się owe dwa przemiłe psy. W dodatku nie tylko szczekały, ale pokazując pełen komplet zębów, biegły w moją stronę. Gorączkowo zaczęłam rozglądać się za jakimś kijem, ale znalazłam tylko jakieś stare szyszki, a psy były coraz bliżej. Byłam tak przerażona, że serce czułam w gardle. I tak się bałam o Zu, że chyba obudziła się we mnie lwica. Słyszałam o tym, że matka w chwili zagrożenia, potrafi wiele. No i ja, nie wiedząc co robić, zaczęłam biec na te psy z rozłożonymi rękami i drzeć się tak strasznie, że sama się zdziwiłam, że tak potrafię. Mniejszy pies od razu podkulił ogon i uciekł, a drugi najpierw się posrał (sorry za wyrażenie) i też z podkulonym ogonem zwiał. Ma się ten głos! Kocham zwierzęta, naprawdę, jestem dla nich dobra, miałam ich wiele, ale poważnie zastanawiam się, czy nie zrobić sobie na spacery takiego kijaszka najeżonego gwoździami, tylko nie wiem, czy zastosować go na te psy, czy raczej na właścicieli.
wtorek, 26 stycznia 2016
Noszszszsz k...mać
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz