poniedziałek, 26 września 2016

Pomaluję włosy- będę lepiej wyglądała

Pewnego dnia udałam się do Pani Fryzjerki, u której nie byłam nigdy, ale uznałam, że pomalowanie włosów na jeden kolor, a w dodatku ciemny brąz to żadna sztuka. Po wybraniu przez Panią farby zapytałam z lekką obawą
- A nie będzie przypadkiem za ciemna? to wydaje się czarne...
- Ależ skąd, nie czarne tylko ciemnobrązowe, takie jak naturalne, będzie dobrze
Zaufałam, bo ludziom trzeba ufać, szczególnie jeśli oni znają się na rzeczy. Ja się nie znam.
Farba została nałożona oraz zmyta ruchami szarpanymi i drapiącymi. Coś mi podpowiedziało, żeby na słodkie pytanie "czy podcinamy?" odpowiedzieć stanowcze "Nie". No więc suszenie. A potem efekt. Czarny łeb. Jak heban. Albo raczej jak czarny plastik. No nie wierzę...
- Wyszły czarne - mówię do Pani
- Nieee, to taka gorzka czekolada - odpowiada ona
Jak zwykle zrobiłam głupkowatą minę, pouśmiechałam się i pożartowałam, zapłaciłam i już mnie nie było. Myślałam, że jakoś to będzie, włosy to nie ręka, nie ma co robić zbędnego szumu. 
Następnego dnia do efektu nienaturalnie czarnych włosów doszedł jeszcze jeden. Swędzenie głowy, okropne i nieustanne. W dzień i w nocy. Myśląc, że mam wszy katowałam biednego M żeby szukał. Nie znalazł. To nie były niestety wszy, te wytłukłabym od razu. To było uczulenie na farbę. Ulżyło mi dopiero po miesiącu jak włosy odrosły od głowy.
Przez dwa miesiące byłam pośmiewiskiem wszędzie gdzie się dało. Miałam propozycję różowych tipsów oraz białych kozaków. W fitness klubie w czasie robienia brzuszków dokładnie omawiałyśmy moją gorzką czekoladę. Nazwa ta zyskała nowe znaczenie, nowy gorzki wymiar. Każdy na ulicy witał mnie słowami - "ojejku coś ty taka czarna" i takie tam. Kiedy opaliłam się nad morzem, to już w ogóle brakowało mi tylko powiększonych ust i mocnych brwi z szablonu. W końcu poszłam do mojej Fryzjerki, w salonie wszyscy pracownicy i klienci rżeli ze śmiechu jak im opowiadałam swoją historię. Korzyść obopólna, oni mieli poprawiony humor, ja powróciłam do normalnego wyglądu i nauczyłam się, że jednak ufać to nie zawsze i dobrego nie zmieniać.

wtorek, 20 września 2016

Wdżr

Dede zaczął V klasę i oto dowiedzieliśmy się, że istnieje taki przedmiot jak "wdżr". Po rozszyfrowaniu przy pomocy internetu tajemniczego skrótu, pytamy go
- Dede, a ty będziesz na to chodził?
- nie wiem... nie wiem nawet co to jest, o co tam chodzi?
Na co my, wspaniali rodzice objęliśmy się, pocałowaliśmy i popatrzyliśmy na niego z przesłodzonymi uśmiechami, po czym M powiedział słodziutkim głosikiem
- będziesz się uczył jak się kochać i tworzyć szczęśliwą rodzinę
Dla wzmocnienia efektu pokiwałam głową i pogładziłam tors mego M.
Na co Dede odpowiedział
- o nie, to ja tam nie idę, wypiszcie mnie z tego od razu!
No i masz! Teraz muszę sama nauczyć dziecko miłości, szacunku, tradycji, planowania rodziny i takich tam niepotrzebnych w życiu pierdół. A już myślałam, że mnie ktoś wyręczy...

piątek, 16 września 2016

Mój pierwszy dzień na siłowni

Jestem po pierwszym treningu na siłowni. Takim z trenerem, który stoi nad człowiekiem i przed którym nic się nie ukryje. O matko!!!! Jedyne o czym teraz marzę, to położyć się i spać. Nie chcę żeby ktokolwiek coś do mnie mówił. Nie mam siły żyć. Okazuje się, że fitness czy basen przy tym to jakiś żart. A ja wcale nie miałam trudnych ćwiczeń. Raczej banalne, proste i bez dużego obciążenia. Przez pierwsze 10 minut treningu nie było źle, spokojnie dawałam radę i cieszyłam się. A potem....potem to najpierw bolały mnie uda, następnie przestały boleć, bo miałam wrażenie, że je straciłam bezpowrotnie, a coś czego nie ma przecież nie boli. Trener Maciek był jednak nieugięty, odpuścił mi tylko jedno ćwiczenie z jednej serii i tyle. A potem to już nie tylko ud, ale również ramion nie miałam. I tak godzinę. Po skończonym treningu ustawił mi jeszcze rowerek na 20 minut. Po 7 minucie myślałam sobie o tym, że ja bardzo ale to bardzo chcę się położyć. Gdziekolwiek. W 8 minucie resztkami sił zeszłam z rowerka. I dobrze, bo po 20 minutach musieliby mnie zdjąć. W samochodzie kolejna tragedia, najpierw z powodu drżenia rąk nie mogłam włożyć kluczyka do stacyjki a potem nie mogłam opanować drżenia nóg i ciągle wciskałam pedały lekko pulsacyjnie. Do domu dowlokłam się resztkami sił i kiedy zobaczyłam Zu radośnie próbującą wspiąć się na mnie, wyrwało mi się rozpaczliwe "nieeee". Zu jednak ma w nosie moje wszelkie bolączki...Wyć mi się chce...ale na siedząco. Boję się tego co będzie jutro.



To zdjęcie kawałka ściany w pokoju, w którym często pracuję. Moje motto, które po spotkaniu z trenerem Maćkiem nabiera nowego znaczenia :)

piątek, 9 września 2016

Frontem do pacjenta

- Dzień dobry, chciałabym umówić syna na wizytę kontrolną po złamaniu ręki....
- Oczywiście, na czwartek, proszę być między 9 a 12, zapraszamy srutututu
Jest czwartek rano. Dede oczywiście nie idzie do szkoły, bo wizyta. Teść zmienia plany i zawozi Nitkę do szkoły, bo wizyta. Moi rodzice zmieniają swoje plany, przyjeżdżają pilnować Zu, bo wizyta. Cała machina organizacyjna ruszyła. Idziemy do przychodni w centrum miasta, do której zostaliśmy skierowani. Na korytarzu podejrzanie mało ludzi. Jestem zdziwiona, ale też zachwycona. Myślę sobie jaka to wspaniała organizacja, jak wiele się zmieniło, żadnych kolejek, czekania, tłumów. No cudownie. Podchodzę do okienka rejestracji, na co z końca sali biegnie dziewczyna lat około 30 i krzyczy na mnie
 - "Kolejka jest!".
Odsuwam się i z uśmiechem mówię
-"Proszę, tak sobie tylko tutaj podeszłam, oczywiście, że widziałam Panią stojącą w kolejce na drugim końcu sali"
Zatkana dziewczyna załatwia swoją sprawę. Teraz moja kolej. Mówię co i jak, a pani rejestratorka z cudownie słodkim uśmiechem odpowiada
- Ale pana doktora dzisiaj nie ma. Wziął sobie wolne. - tu jeszcze szerszy uśmiech.
W stresie przechodzę na nauczycielski ton i grzecznie żądam wyjaśnień. Pani widzi, że nie odpuszczę, więc zaczyna się tłumaczyć i kłamać, że do mnie dzwoniła osobiście wczoraj przed 18, ale nie odbierałam telefonu. Zamiast pani zaczynam widzieć uśmiechniętą krowę. Już nawet nie mówię jej, że nie mam żadnych nieodebranych połączeń, ani że istnieje coś takiego jak poczta głosowa, na którą można nagrać wiadomość. Wwiercam w krowę swój wzrok i pytam dużymi literami na kiedy może mnie zapisać.
- Oczywiście zapisuję syna natychmiast na jutro muuuuuuuu, pani nie odbierała muuuuuu. Wwiercam w nią swój wzrok jeszcze bardziej, bo przez te rogi i łaty staram się zobaczyć człowieka i pytam nadal dobitnie wielkimi literami
- Rozumiem, że jak jutro przyjdę, nie dowiem się, że pan doktor znowu ma wolne, albo że nie przyjmie mojego dziecka? Miejsce jest na pewno?
- muuuuuu odpowiada ona.
Pewne rzeczy jednak się nie zmieniają.




poniedziałek, 5 września 2016

Powinnaś...

   Normalne już jest, że gdy moi rodzice wpadają do mnie, natychmiast zauważają, że trawa nieskoszona, albo bałagan, albo że dzieci za długo siedzą przed komputerem, albo nie tak chodzą, jedzą również nie to co trzeba, bo dzieci mojego Starszego Brata to wszystko....(Już raz o tym pisałam https://calkiemniezwyklamama.blogspot.com/2015/12/najazd.html). Za każdym razem coś, dużo krytyki, mało pochwał i wieczne "powinnaś...". Dzisiaj wiedząc, że przyjadą posiedzieć z Zu podczas mojej nieobecności, posprzątałam, poprasowałam i porobiłam różne inne "po...", byłam zadowolona z siebie jak nigdy, bo według  mnie nie było się do czego przyczepić. Taka byłam sprytna. Ha! Jednak kiedy wróciłam po kilku godzinach do domu dowiedziałam się jak bardzo się myliłam. Na temat sprzątania, czy innych koniecznych poprawek w domu nie padło nawet słowo, a jakże. Za to dowiedziałam się, że jestem za gruba i powinnam się odchudzić pracując w ogrodzie tak intensywnie, że będzie się ze mnie lał pot - oto cenna uwaga mojego Taty. Zrobiłam więc sobie pyszną kawę ("po co kupujesz ten ekspres, pewnie będzie stał bezużytecznie!!!") wyjęłam z lodówki deser z malinami i mascarpone zrobiony dzień wcześniej, usiadłam przy stole i zeżarłam to na ich oczach. Dobre rady zawsze w cenie jak mówili w reklamie jakiegoś gówna na papierze dla pań domu.

sobota, 3 września 2016

Leniwy dzień

   Leniwa sobota, ciepło, ptaszki śpiewają, Ruda, która wpadła na tydzień zajmuje się Zu, my z M pracujemy w ogrodzie. Nitka i Dede pojechali do Starszego Brata bawić się z jego dziećmi. Cisza, spokój, sielanka. Pijemy kawę, śmiejemy się. Dzisiaj Ruda wraca do Dublina, ale nie śpieszymy się, bo nie ma takiej potrzeby, na lotnisku musi być po godzinie 20, wyjedziemy za piętnaście. Na spokojnie. Jest już spakowana, zostały tylko drobne rzeczy do dopakowania, czyli krzaczki polskich truskawek do zasadzenia w dalekiej Irlandii, makijaż i włosy do ułożenia. Wszystko zaplanowane. Luzik. Dalej się relaksujemy. Trochę po godzinie 18 dzwoni Moja Bratowa:
- "Wiesz, dzieci bawiły się nieopodal na stogach siana i Dede spadł, trochę boli go ręka, przyłożyłam altacet, ale mówi, że boli go tylko trochę, nic się nie stało, ale może będziecie chcieli sprawdzić tę rękę"
M wyruszył po niego natychmiast. Kiedy wraca z Dede, patrzę na rękę i mówię - "Jedź z nim do szpitala, bo moim zdaniem złamana". W minutę ich nie było. Do wyjazdu na lotnisko 40 minut. Ruda zaczyna się denerwować, biega po domu zbierając drobne rzeczy do dopakowania, Nitka płacze, bo Dede pojechał do szpitala, Zu patrzy na siostrę i również płacze dla towarzystwa. Zaczyna robić się duszno. Ruda biega po czym stwierdza, że jest jej zdecydowanie za gorąco i w biegu przebiera się w coś lżejszego, walizki leżą porozwalane, Nitka nadal wyje, ja biegam po domu z Zu na ręku. Nagle przypominam sobie o krzaczkach truskawek szczęśliwie wykopanych wcześniej. Biegnę z uczepioną Zu, wyciągam je z wody, zawijam w jakieś flanelki żeby w czasie lotu nie wyschły, potem jeden worek i jeszcze drugi dla pewności, wszystko jedną ręką, bo na drugiej siedzi 10 kilogramowy kloc. Ruda biega nadal, 30 minut do wyjścia orientujemy się, że przecież ja nie dam rady jej zawieźć, bo Zu już zaraz układa się do snu. Dzwonię jak na alarm do Teściowej, nic z tego, są daleko, nie wrócą. Ruda dzwoni do siostry i wyciąga ją ze spotkania, całe szczęście, że może przyjechać. Mamy 20 minut. Ruda wpada do łazienki, maluje się, a Zu postanawia wdrapać się na ręce ukochanej cioci w czasie kiedy ta ma w ręku gorące urządzenie do włosów. Biorę Zu na ręce i próbuję zabawić. Nitka nadal płacze. Nagle moja przyjaciółka przypomina sobie, że kartę pokładową ma w telefonie, a telefon ma tylko 20%, szybkie ładowanie. Nadal biegamy. Czy wszystko spakowane? Wyliczamy kolejne rzeczy, do wyjścia 5 minut, muszę ją podwieźć w umówione miejsce, bo siostra Rudej jako świeży kierowca może do mnie nie trafić. Biegnę z dziewczynkami do samochodu, Zu cieszy się, że będzie brum brum i próbuje wyrwać kluczyki. Jakoś się pakujemy i jedziemy. W umówionym miejscu następuje przekazanie Rudej...ufff udało się. Spokojnie wracamy do domu. Nitka nadal płacze. Kładę Zu spać, uspokajam Nitkę, chociaż ta jeszcze długo nie przestanie. Wracają chłopcy. Dede wchodzi z gipsem. Złamanie dwóch kości. Prawa ręka, co jest dobrą wiadomością, bo on jest leworęczny. Na szczęście bez większych komplikacji. A tak się cieszyłam, że już koniec wakacji i trochę sobie odpocznę...:)