M i Dede raz w roku jeżdżą na męski wypad w góry. Dlatego Nitka mówi
- Mamooo, może i my byśmy gdzieś razem pojechały, na przykład do cioci Żeni, do Rzymu na babski wypad?
Hmmm, tak ładnie prosi, zbliżają się ferie, może by tak rzeczywiście. Pytam Żenię co ona na to? Wpadajcie, a jakże. No to komunikuję pozostałym domownikom, że się wybieramy. Na to odzywa się Dede
- A ja? Co ze mną? Tak dawno byłem u cioci, już nic nie pamiętam. Ja też chcę do Rzymu!
No dobra. Myślę sobie, babski wyjazd, ale niech ma. Za chwilę odzywa się M
- A co zrobisz z Zu? - pyta przebiegle
- Yyyyy, myślałam, że zostanie z Tobą...- uśmiecham się najpiękniej jak mogę, ale M nie taki głupi, widzi jak z mojej kieszeni wystaje głowa żmii
- No to jedźmy razem - odpowiada M - ja też dawno nie byłem w Rzymie
No i z babskiego dwuosobowego wyjazdu zrobiła się rodzinna wyprawa.. Ja myślicie? Wypocznę? Na tym "babskim" wyjeździe? Hę?
niedziela, 15 stycznia 2017
środa, 11 stycznia 2017
Zu ma wysoką gorączkę
Od rana jestem w pracy. Potem jadę do szkoły dzieci na zebrania. Zu jest w domu z moją mamą. Nagle dzwoni mama.
- Zu ma gorączkę i płacze - oznajmia
- O rany, wysoką? źle się czuje? Co z nią? - pytam, podpinając się jednocześnie do zestawu głośnomówiącego. Już się denerwuję, bo zamiast być z chorym dzieckiem, muszę jechać na te zebrania
- No wysoką, cała gorąca, czerwona, rozpalona, kicha, strasznie kaszle, płacze - straszy mnie mama
No ładnie. Pewnie jakieś zapalenie oskrzeli albo coś gorszego. Słyszę wrzaski, piski, podniesiony głos mamy. Już zaczynam rozmyślać jak tu się zorganizować z chorym dzieckiem.
- A dałaś jej lekarstwo na gorączkę? - pytam
- Nieee, nie dawałam, a gdzie jest?
- Na komodzie w sypialni. Weź i jej daj.
Słyszę jak mama próbuje oderwać od siebie Zu, ale ta się nie daje. Płacz, pisk. No nieźle, myślę sobie, chore dziecko, marudne, moja mama z trójką. Słabo. Współczuję jej.
- Wyślij po lekarstwo Dede, on Ci przyniesie - krzyczę w słuchawkę
Słyszę duże zamieszanie po drugiej stronie i nagle odzywa się mama, krzycząc w słuchawkę jakby dzwoniła z sąsiedniej wsi bez telefonu - Noooo już maaaam.
- Dobra, to tam z tyłu jest taka naklejka z rozpiską ile trzeba dać - mówię - przeczytaj
- Yhy, yhy - odpowiada
Cisza. Mama sprawdza myślę sobie. Zaraz przeczyta. Cisza trwa nadal.
- Mamoooo - drę się w słuchawkę - jesteś tam
- Yhy, yhy - odpowiada
- Przeczytałaś? ile masz dać?
- Co? co przeczytałam? - pyta rezolutnie mama - Ja nie mam okularów - krzyczy - Ja nic nie widzę
Przewracam oczami i słodziutkim głosem przemawiam - Daj mi Dede do telefonu.
Słuchawkę przejmuje Dede - Halo - przemawia podekscytowany. W tle słyszę płacz Zu i krzyki mojej zaaferowanej mamy.
- Dede sprawdź ile trzeba dać Zu leku, na etykiecie z tyłu butelki. Czytaj na głos, a ja będę kontrolować czy dobrze. - Dede czyta, dochodzimy do odpowiedniej dawki. - Ok. Teraz poproś Nitkę żeby znalazła strzykawkę do leku, ona wie gdzie jest. Znowu słyszę trzaski, stukanie, krzyki. Co tam się dzieje? Cholera ta Zu musi być naprawdę chora. Może by do lekarza już dziś na nocny dyżur? Mama odbiera słuchawkę i krzyczy do mnie - Ona ma katar! Ona ma gorączkę! O jejku! Jaka rozpalona! No nie wiem nie wiem! i rozłącza się.
Ja ciągle jadę, ale nerwowa atmosfera już mi się udzieliła. Obgryzam paznokcie i rozmyślam co zrobić. Zebrania czy chore dziecko? Kurcze, dlaczego akurat dzisiaj? Biedna Zu, płacze, mamusi nie ma. Mamusia z wyrzutami sumienia mknie ulicami miasta. Znowu telefon.
- Gdzie termometr - krzyczy na mnie - Nie moge znaleźć.
Tłumaczę gdzie. Znowu wygrywa spokojny Dede, znajduje termometr w minutę. Spodziewam się wysokiej gorączki. Jestem mocno przejęta.
Cisza. Mama coś mierzy a w międzyczasie znowu do mnie krzyczy, że Zu chora, że o jejku o jejku i histeryzuje i panikuje. Przez to co słyszę sama nie wiem co mam zrobić. No dziecko ewidentnie jest całkiem chore i powinnam być w domu. Chyba jednak zrezygnuję z tych zebrań. Pojadę do domu.
- No i co z tą temperaturą? - pytam - Ile ma?
- Oj przez te krzyki to ja nic nie słyszę - krzyczy do mnie mama - 35,7 - nagle mówi jak gdyby nigdy nic. Nieee wiesz co, ona czoło to ma całkiem chłodne, tylko policzki jakieś takie czerwone. Pewnie się zgrzała.
Ręce mi opadły. Grzecznie się pożegnałam i rozłączyłam się. A potem bez słowa pojechałam do szkoły na zebranie. W ciszy.
- Zu ma gorączkę i płacze - oznajmia
- O rany, wysoką? źle się czuje? Co z nią? - pytam, podpinając się jednocześnie do zestawu głośnomówiącego. Już się denerwuję, bo zamiast być z chorym dzieckiem, muszę jechać na te zebrania
- No wysoką, cała gorąca, czerwona, rozpalona, kicha, strasznie kaszle, płacze - straszy mnie mama
No ładnie. Pewnie jakieś zapalenie oskrzeli albo coś gorszego. Słyszę wrzaski, piski, podniesiony głos mamy. Już zaczynam rozmyślać jak tu się zorganizować z chorym dzieckiem.
- A dałaś jej lekarstwo na gorączkę? - pytam
- Nieee, nie dawałam, a gdzie jest?
- Na komodzie w sypialni. Weź i jej daj.
Słyszę jak mama próbuje oderwać od siebie Zu, ale ta się nie daje. Płacz, pisk. No nieźle, myślę sobie, chore dziecko, marudne, moja mama z trójką. Słabo. Współczuję jej.
- Wyślij po lekarstwo Dede, on Ci przyniesie - krzyczę w słuchawkę
Słyszę duże zamieszanie po drugiej stronie i nagle odzywa się mama, krzycząc w słuchawkę jakby dzwoniła z sąsiedniej wsi bez telefonu - Noooo już maaaam.
- Dobra, to tam z tyłu jest taka naklejka z rozpiską ile trzeba dać - mówię - przeczytaj
- Yhy, yhy - odpowiada
Cisza. Mama sprawdza myślę sobie. Zaraz przeczyta. Cisza trwa nadal.
- Mamoooo - drę się w słuchawkę - jesteś tam
- Yhy, yhy - odpowiada
- Przeczytałaś? ile masz dać?
- Co? co przeczytałam? - pyta rezolutnie mama - Ja nie mam okularów - krzyczy - Ja nic nie widzę
Przewracam oczami i słodziutkim głosem przemawiam - Daj mi Dede do telefonu.
Słuchawkę przejmuje Dede - Halo - przemawia podekscytowany. W tle słyszę płacz Zu i krzyki mojej zaaferowanej mamy.
- Dede sprawdź ile trzeba dać Zu leku, na etykiecie z tyłu butelki. Czytaj na głos, a ja będę kontrolować czy dobrze. - Dede czyta, dochodzimy do odpowiedniej dawki. - Ok. Teraz poproś Nitkę żeby znalazła strzykawkę do leku, ona wie gdzie jest. Znowu słyszę trzaski, stukanie, krzyki. Co tam się dzieje? Cholera ta Zu musi być naprawdę chora. Może by do lekarza już dziś na nocny dyżur? Mama odbiera słuchawkę i krzyczy do mnie - Ona ma katar! Ona ma gorączkę! O jejku! Jaka rozpalona! No nie wiem nie wiem! i rozłącza się.
Ja ciągle jadę, ale nerwowa atmosfera już mi się udzieliła. Obgryzam paznokcie i rozmyślam co zrobić. Zebrania czy chore dziecko? Kurcze, dlaczego akurat dzisiaj? Biedna Zu, płacze, mamusi nie ma. Mamusia z wyrzutami sumienia mknie ulicami miasta. Znowu telefon.
- Gdzie termometr - krzyczy na mnie - Nie moge znaleźć.
Tłumaczę gdzie. Znowu wygrywa spokojny Dede, znajduje termometr w minutę. Spodziewam się wysokiej gorączki. Jestem mocno przejęta.
Cisza. Mama coś mierzy a w międzyczasie znowu do mnie krzyczy, że Zu chora, że o jejku o jejku i histeryzuje i panikuje. Przez to co słyszę sama nie wiem co mam zrobić. No dziecko ewidentnie jest całkiem chore i powinnam być w domu. Chyba jednak zrezygnuję z tych zebrań. Pojadę do domu.
- No i co z tą temperaturą? - pytam - Ile ma?
- Oj przez te krzyki to ja nic nie słyszę - krzyczy do mnie mama - 35,7 - nagle mówi jak gdyby nigdy nic. Nieee wiesz co, ona czoło to ma całkiem chłodne, tylko policzki jakieś takie czerwone. Pewnie się zgrzała.
Ręce mi opadły. Grzecznie się pożegnałam i rozłączyłam się. A potem bez słowa pojechałam do szkoły na zebranie. W ciszy.
Taka drobna pomyłka
- Nitka, jak poszło Ci dzisiejsze dyktando?
- Dooobrze - odpowiada Nitka - zrobiłam tylko jeden błąd
- Jaki? - pytam zainteresowana
- Napisałam skrzat przez "sz" - odpowiada smutna i przejęta. Rozmyśla załamana, prawie płacze.
Dla Nitki straszna tragedia. Ciągle powtarza, że jak mogła napisac skrzat przez "sz". Zupełnie nie wiem jak ją pocieszyć
- No dobra, poczekamy na ocenę, może nie będzie tak źle - próbuję jak mogę
Następny dzień. Przeglądam zeszyt do dyktand, a tam żadnego błędu.
- Gdzie ten skSZat? - pytam
- Oj pomyliło mi się, to nie był skrzat tylko krasnoludek....
sobota, 24 grudnia 2016
Czuję się wolna
Ciągle to samo...pranie, sprzątanie, gotowanie, dowożenie, podwożenie, przywożenie, kupy, jelitówki i różne inne kaszle. O nie! Czy ja nie mam swojego życia?! Czy ja nie jestem wolnym człowiekiem?! Czy ja się już nie liczę?! A jakże, liczę się...jeszcze jak się liczę. Nie wytrzymałam i zrobiłam awanturę. A co, wolno mi! W końcu jestem tym wolnym człowiekiem. No to jak powiedziałam, tak zrobiłam. Poszłam pod prysznic. Wolny człowiek, o tak. Toż to cała ja. Za chwilę przyszła do łazienki Zu, otworzyła kabinę i próbowała do mnie wejść, mocząc przy tym obficie całe ubranie. Nadal byłam wolna. Potem wycierałam się jedną połową ręcznika, bo drugą trzymała Zu. Nadal czułam się wolna. Następnie suszyłam włosy z Zu na kolanach, och jaka byłam wolna. Potem malowałam paznokcie z Zu na kolanach, to chyba też tak robi każdy wolny człowiek. Następnie całkiem wolna poodkurzałam i rozwiesiłam piąte już tego dnia pranie. Zrobiłam to z uśmiechem na twarzy nadal myśląc o tym jak to jestem tak wspaniale wolna. Na koniec jeszcze przeleciałam okna w salonie i kuchni, bo były strasznie brudne, ale tylko od wewnątrz, nie będę przecież rezygnować ze swojej wolności i wychodzić na mróz! A na koniec te okna udekorowałam sztucznym śniegiem. Niech dzieci się cieszą. Jestem wolna jak ptak. Mam na wszystko czas. Wszystko mogę, tylko dlaczego....dlaczego do cholery ta wolność jest taka męcząca?!
piątek, 11 listopada 2016
Patologia mi się tu szerzy
Wieczór. Wina bym się napiła, ale nie mam.
- Idę do skleeepu po winooo - krzyczę do M - chcesz cos?
- Taaa, piwo mi kup - odpowiada on
- To ja idę z Tobą - przybiega Nitka
O matko! Dziecko ze mną do sklepu, kiedy ja tylko po alkohol.
- Dziecko po co ty?! Mamusia tylko po wino jedzie - przemawiam słodziutkim głosem
- Będziemy mieć gości? - pyta rezolutnie
- Nieee, będę pić sama, albo z tatusiem. Jeszcze się okaże.
Mina Nitki mi wystarczy. No dobra. Niech jedzie. W sklepie dużo ludzi, więc szybko biorę różowe półwytrawne, jakieś piwa, a dla dzieci chipsy, żeby nie było, że zaniedbane, głodne, czy jakieś inne coś. Do kasy i z powrotem do samochodu. Nagle patrzę, że Nitka w rączce trzyma paluszki
- Mamooo, zapomniałyśmy za to zapłacić - patrzy na mnie przestraszona.
Przewracam oczami. Wracamy do sklepu. Składam się tam, przepraszam, uśmiecham. Pani ze zrozumieniem kiwa głową i mówi, że jakbym chciała ukraść, to przecież bym się nie wróciła. Ale ona nie wie, że jak Nitka miała 9 miesięcy, to siedząc niewinnie w wózku w ten sam sposób podprowadziła ketchup z supermarketu.
czwartek, 10 listopada 2016
Dziękuję :)
To już dokładnie rok, jak zamieściłam pierwsze posty...nigdy nie spodziewałam się, że na mojego bloga będzie zaglądać aż tyle osób, bo 10 tysięcy odsłon to dla mnie dużo. I w dodatku w tyyylu miejscach na świecie. Ja wiem, że niektórzy powiedzą - "phi tyle to ja mam w miesiąc"...dla mnie to ogromny sukces
:) i cieszę się, że moja pisanina podoba się i rozśmiesza. Baaaardzo dziękuję, wszystkim Wam.
poniedziałek, 7 listopada 2016
Skutki uboczne ważenia się
Wchodzę do łazienki - O! waga, tak dawno się nie ważyłam....buuuuuuu
Po co ja to zrobiłam???!!!! Od razu dostałam nerwowego szczękościsku. I z takim zaciętym wyrazem twarzy rzuciłam się do sprzątania, bo to mnie relaksuje. Była godzina 21. Na tym wkurzeniu przejechałam miejsca, których nie chciało mi się ruszać od dawna. Nagle dojrzałam w maleńkich zakamarkach maciupeńkie odrobinki kurzu. Wysprzątałam niesprzątane. Odkurzyłam ściany, pająki nie oglądając się za siebie uciekały z prędkością światła, kable przestały plątać się pod nogami, szyby zaczęły prędko lśnić, ubrania powędrowały na półki. Około 23 straciłam zapał, ale weszłam do łazienki jeszcze raz i znowu wlazłam na wagę. Jechałam na szmacie do 1 w nocy. Chyba schowam tę wagę, bo co prawda w domu mam czyściej, ale od tego zaciskania bardzo bolą mnie szczęki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)