niedziela, 21 lutego 2016

Mamo kupicie mi biurko?

"Mamoooo, kiedy będę miała biurko? Chodzę do szkoły już tyle miesięcy i nadal nie mam swojego biuuuurkaaaaa, wszystkie dzieci w mojej klasie już maaaają" - to Nitka. Codziennie. Przez miesiąc albo i lepiej. No dobra, zróbmy jej w końcu ten pokój, choć wiemy z doświadczenia, że lekcji i tak nie będzie tam odrabiać, ale trzeba to mieć za sobą. Odważnie więc do tematu, a co. Kupienie "tylko biurka" pociąga za sobą remont całego pokoju. Toż to oczywista oczywistość! Jakby inaczej. Mój Tata zaoferował pomoc, całe szczęście, bo M z braku czasu nigdy w życiu by tego nie zrobił. No to Pracowity Dziadek przeprowadził się do nas na 2 tygodnie, tyle, jak się okazuje, zajmuje wstawienie biurka. Zakrzątnął się odpowiednio, szorował, zdzierał, murował, malował itd, co poskutkowało zupełnie nowym, pięknym pokojem w kolorze różu, magnolii i bieli. Cud, miód i cukierek. Gdybym miała 7 lat i taki pokój, piałabym z zachwytu i nie wychodziłabym z niego wcale. Nitka też prawie nie wychodzi, bo się nie da. Przejść przez przedpokój. Wszystkie graty i zabawki wylądowały właśnie tam i o zgrozo, zaczynają tam swój żywot już trzeci tydzień. Nitka oczywiście jest zachwycona swoim pokojem i bawi się w nim jedną rzeczą wyłowioną spośród morza rupieci i twierdzi, że sama nie da rady tego sprzątnąć. A kto ma dać?!!!! Oczywiście, że ja, aż nerwowych drgawek dostaję na samą myśl. "M pomożesz mi?" - robię tak duże oczy jak potrafię. "-Nie ma mowy, wiesz, że ja tego nie lubię." - twardy jest. No więc już drugi dzień siedzę w tym przedpokoju i przebieram zabawki, książeczki, gumeczki, spineczki i inne pierdołki i końca nie widać. Wiele z tych rzeczy jest bezużyteczna i do wyrzucenia, ale muszę to robić ukradkiem, bo każda rzecz ma sentymentalną wartość i z żadną nie można się rozstać. "No mamooo, proszę Cię, tylko nie to plisss plissss plissss....."Wczoraj na przykład trafiłam na lalkę bez ręki, bez nogi i bez głowy - była potrzebna. Może do jakichś makabrycznych zabaw? Po kryjomu załadowałam już cały 240 litrowy wór na śmieci. No i jeszcze razem ze mną siedzi Zu, która wszystko bierze do rączki, a potem do buzi. Jest szczęśliwa i aż sapie z radości, szczególnie kiedy uda jej się dosięgnąć najmniejsze przedmioty oraz zasuszone biedronki. Nitka uczestniczy chwilę a potem oddala się po cichu żeby bawić się gdzieś w rogu nowo odkrytą zabawką, a ja siedzę jak ta głupia z błędnym wzrokiem i już mam szczerze dość. "Mamoooo, a kiedy dokupicie mi krzesło do biurkaaa? jak mam przy nim siedzieć?". No dobra to do sklepu meblowego. M powiedział, że tego już nie wytrzyma, jedziemy więc we troje - Ja, Nitka i Dede. Ten ostatni z chęcią kupienia sobie jakiegoś wielkiego worka do siedzenia, bo niewygodnie mu się czyta książki na podłodze. Podczas kiedy dzieci wysiadywały wszystkie kanapy (- "Mamo jakie super zakupy, tak to my możemy"), ja latałam jak poparzona, szukając odpowiedniego krzesła oraz worka i lampki. A oni tylko zatwierdzali, bo mamą jestem nie od dziś i wiem, że szybciej, taniej i lepiej jest niepozostawianie zbyt dużego wyboru. Znalazłam wszystko, ale niestety w dwóch różnych sklepach. Kiedy wchodziłam do punktów odbioru, panowie z magazynu dziwnie się patrzyli jak w 12 cm obcasach taszczę do samochodu pudła. Co mnie podkusiło z tymi obcasami? Dobrze, że futra nie posiadam, szyku bym zadała. W końcu wróciliśmy do domu i znowu trafiłam na ten bałagan. O matko!!! chyba otworzę sobie wino...a rupiecie niech leżą i kolejny tydzień. 

Mamo, to wszystko jest mi bardzo, ale to bardzo potrzebne. :):):) 



piątek, 12 lutego 2016

mazurskie pogotowie

Przy okazji przeglądania zdjęć przypomniała mi się pewna zabawna historia. Wspominałam już o tym, że w czasach studenckich jeździliśmy na Mazury. Za pierwszym razem wybraliśmy się tam we troje - Ja, M oraz nasz przyjaciel Bodek. Pojechaliśmy tam maluchem Bodka, który to maluch został odziedziczony po dziadku i w którego spakowaliśmy się we troje razem z namiotem, pontonem, butlą gazową, garnkami, jedzeniem w puszkach oraz wieloma innymi akcesoriami. W dodatku bez górnego bagażnika. Do tej pory nie wiem jak nam się to udało, pamiętam tylko, że wszystkie ubrania leżały porozciągane pomiędzy całą machinerią malucha, w sensie każda koszulka i skarpeta osobno :). Chłopcy kierowali na zmianę, mi przypadło miejsce z tyłu, miałam jakieś nie przesadzając 40 cm siedzenia, ale że ważyłam 46 kg, to miejsca wydawało się całkiem sporo. Jechaliśmy oczywiście z zawrotną prędkością 80 km/h, jarając niesamowite ilości papierosów. Dziwię się, że Bodek widział drogę, bo nie dość, że on ślepawy i w okularach, to jeszcze dym był nie do opisania. Wakacje trwały trzy tygodnie i były naprawdę super. Wspomnień z nich jest mnóstwo, bo nie tylko wylegiwaliśmy się nad jeziorami i łowiliśmy ryby, wypijając przy tym hektolitry piwa Żagiel i wypalając nieprzyzwoite ilości papierosów Caro czerwonych, ale również zwiedzaliśmy. Rewelacja. Pewnego dnia chłopaki zrobili na obiad makaron z kiełbasą i nie wiem, chyba ta kiełbasa była nieświeża, fakt, że ten obiad bardzo mi zaszkodził. A może po prostu za dużo im zrzędziłam i postanowili mnie na chwilę uciszyć? kto wie? W każdym razie wieczorem rzygałam dalej niż widziałam i skręcałam się z bólu żołądka. Chłopcy byli bardzo przejęci, starali się pomóc jak mogli, łącznie z parzeniem bardzo mocnej herbaty oraz masowaniem brzucha na zmianę. Bodek pojechał nawet do budki telefonicznej i zadzwonił do swojej mamy lekarki, jednak przez telefon nie dała rady mnie uleczyć. Nie było wyjścia, Bodek postanowił jechać na pogotowie. To ja zaczęłam wyć, że ja na pogotowie nie chcę, bo mnie zostawią, a ja chcę tu w namiocie, ja nie będę leżała w szpitalu w wakacje!!! No to Bodek pojechał sam. A trzeba koniecznie zaznaczyć, że wieczorem wyjmowaliśmy siedzenia przednie z malucha, bo chłopaki lubili sobie na nich siedzieć wygodnie przy ognisku :) No to Bodek zamontował tylko jedno siedzenie dla siebie i pojechał, a M został ze mną na posterunku. Nie było go z godzinę. Z pogotowia przywiózł w jednym kieliszku do wódki krople żołądkowe, a w drugim białe tabletki. Był w dodatku w doskonałym humorze i śmiał się do rozpuku. Otóż na pogotowiu wyprosił te medykamenty, choć nie było łatwo, bo przecież pacjenta było (jakby) brak i wsiadł do samochodu. Przypominam, że to maluch, nie ma tam półeczek na odłożenie czegokolwiek i trzęsie niemiłosiernie, więc krople postanowił trzymać w ręku. Na trasie zobaczył ludzi próbujących złapać stopa (nieważne, że to była jakaś 22 - to Mazury w latach 90-tych), no to stwierdził, że przecież trzeba ich podwieźć. Chłopak z dziewczyną zadowoleni otworzyli drzwi i pierwsze co zobaczyli, to brak przedniego siedzenia. Bodek do nich - "a nic nic, wsiadajcie, ja tak wyciągam te siedzenia, siedzimy sobie na nich jak w folelach" (miny pary bezcenne), zapakowali się jednak z plecakami i Bodek ruszył. Śpieszył się, bo wiedział, że ja cierpiąca, więc zapierniczał z jakąś zawrotną prędkością aż maluch podskakiwał jak szalony. Nagle autostopowicze zauważyli, że obok Bodka w kieliszku do wódki leżą białe tabletki, nie skomentowali, ale jakie były ich miny kiedy zobaczyli, że kierowca jedną ręką kieruje, a w drugiej trzyma kieliszek wypełniony płynem. I jeszcze się do nich odwrócił z zaparowanymi okularami i powiedział, żeby się nie martwili, bo on ma wszystko pod kontrolą!!! Dokładnie już nie pamiętam, ale coś mi się kołacze po głowie, że chwilę później wysiedli :)

piątek, 29 stycznia 2016

Najgrubsza w grupie :(

No i mam za sobą pierwszy dzień ćwiczeń w klubie. Bo w ramach tego odchudzania, co to je zaczęłam, poszłam na zajęcia wzmacniające mięśnie. Zajęcia z takimi dużymi piłkami. Postanowienie było już dawno, ale przez dwa tygodnie nie mogłam tam dojść i ciągle odwoływałam, bo coś mi wypadało. Dzisiaj jednak chciałam iść tak bardzo, że nic nie było w stanie mnie zatrzymać. No prawie nic, bo o mały włos nie zrezygnowałam. Dlaczego? bo nie mogłam trafić do tego klubu. Okazało się, że przejechałam bramę wjazdową, ale wina nie moja - szyldu żadnego nie było. No i jak przejechałam tę bramę, to potem się zagubiłam i trafić nie mogłam, za 10 minut miały się zacząć zajęcia, a ja byłam zupełnie gdzie indziej niż powinnam. W jakiejś ciemnej uliczce między domkami, a nie pod żadnym fitness klubem (!!!), oczywiście wkurzyłam się okrutnie i zaczęłam przeklinać na czym świat stoi (przecież to M źle mi wytłumaczył, na pewno On) i prawie płakać, że nie pojadę, no nie pojadę na te ćwiczenia i w dupie mam to wszystko i całe to ćwiczenie i będę gruba dalej i co za debil nie powiesił żadnego szyldu i jeszcze chwila i zawrócę do domu i koniec!!! No ale zaraz wyobraziłam sobie minę M jak wrócę i powiem, że nie poszłam, bo się zgubiłam. To wyobrażenie było tak silne, że jednak zaryzykowałam, poszukałam jeszcze raz i się udało. Weszłam do sali zaopatrzona w wielką piłkę, chciałam stanąć sobie gdzieś z tyłu ale miłe panie powiedziały mi, że jak jestem pierwszy raz, to mam sobie stanąć z przodu, żeby lepiej widzieć. No to stanęłam. Do sali weszła instruktorka, oczywiście wysoka i z boskim ciałem, na widok której jakoś tak się lekko zgarbiłam. W odbiciu wielkiego lustra zaczęłam przyglądać się grupie. Ha ha, nie jest źle, jestem jedną z młodszych...hurrra! o jasna dupa....!!!! jestem najgrubsza!!! W całej 10 osobowej grupie pań raczej starszych ode mnie, a niektórych to dużo starszych jestem najgrubsza!!!!!!!!!!!! ale dóóół. I w dodatku mam dziurę w koszulce do ćwiczeń!!! o matko, tego już było za wiele. A potem już nie było czasu na patrzenie, bo zaczęła się głośna muzyka oraz akrobacje na piłkach, więc trzeba było skupić się na Instruktorce z Boskim Ciałem i starać się sprostać jakimś takim czasami dziwnym wygibasom. Nie wiedziałam, że tak potrafię :) Radziłam sobie całkiem nieźle, wszystkie ćwiczenia raczej wykonywałam, czasami tylko ta wielka piłka uciekała mi spod tyłka, dwa razy udało mi się z niej spaść, a raz kopnąć niechcący instruktorkę. Przysięgam, że jej boskie ciało wcale mi nie przeszkadza, a kopnięcie było całkowicie przypadkowe. Efekt jest taki, że już teraz boli mnie każdy mięsień, więc drżę ze strachu przed tym, co będzie jutro. A jutro basen i kolejne rekordy na oczach ratowników, Ostatnio było 5 osób pływających i 4 ratowników, więc można sobie wyobrazić jak nas obserwowali!!! Grupa w klubie fitness okazała się bardzo miła i dowcipna, Instruktorka z Boskim Ciałem również, myślę, że się zaszczepiłam i będę chodzić. Tylko dlaczego, do cholery, one wszystkie wyglądają dobrze, a ja jak kwadrat??!!! lub ta piłka, na której ćwiczę!!! w sumie nie wiadomo kto jest kto, bo z tą piłką zlewamy się w jedno. Gdzie kończy się piłka, a gdzie ja? grunt to się nie poddawać.

wtorek, 26 stycznia 2016

Noszszszsz k...mać


  • Moi sąsiedzi mają psy. Psy łagodne chodzą sobie czasami puszczone wolno, ale te groźniejsze są zamknięte na posesjach. Poza dwoma. To sąsiedzi niereformowalni, którzy pomimo próśb i gróźb, nadal mają najczęściej otwartą bramę, a ich dwa psy biegają wolno po drodze, którą każdy musi przejść. Psy nie są bardzo duże, ale są brzydkie i agresywne. Mają nawet na koncie pogryzienia innych psów oraz ludzi, podejrzewam, że mogły się znacząco przyczynić do zaginięcia mojego kota Gutka, ale dowodów nie mam. Dzisiaj wybrałam się na spacer z Zu w wózku. Wszystko było super, dopóki nie pojawiły się owe dwa przemiłe psy. W dodatku nie tylko szczekały, ale pokazując pełen komplet zębów, biegły w moją stronę. Gorączkowo zaczęłam rozglądać się za jakimś kijem, ale znalazłam tylko jakieś stare szyszki, a psy były coraz bliżej. Byłam tak przerażona, że serce czułam w gardle. I tak się bałam o Zu, że chyba obudziła się we mnie lwica. Słyszałam o tym, że matka w chwili zagrożenia, potrafi wiele. No i ja, nie wiedząc co robić, zaczęłam biec na te psy z rozłożonymi rękami i drzeć się tak strasznie, że sama się zdziwiłam, że tak potrafię. Mniejszy pies od razu podkulił ogon i uciekł, a drugi najpierw się posrał (sorry za wyrażenie) i też z podkulonym ogonem zwiał. Ma się ten głos! Kocham zwierzęta, naprawdę, jestem dla nich dobra, miałam ich wiele, ale poważnie zastanawiam się, czy nie zrobić sobie na spacery takiego kijaszka najeżonego gwoździami, tylko nie wiem, czy zastosować go na te psy, czy raczej na właścicieli.

sobota, 23 stycznia 2016

Za górami

Prawie 5 lat temu wyprowadziliśmy się z miasta, aby zamieszkać w domu własnym, umiejscowionym "za górami", jak mówi koleżanka Nitki. Nie jest to daleko od granic miasta, bo jak chcę pójść z koleżankami na piwo, to jadę sobie zwykłym miejskim MPK, tyle że rzeczywiście do domu mam pod górkę. I z górki. I znowu pod górkę. A do garażu znowu z górki. Ma to swoje dobre strony, bo miejsce mocno urokliwe, ale w zimie....przez dwie pierwsze zimy jeździłam zwykłym samochodem, takim normalnym, bez żadnych dodatkowych napędów, ani wysokiego zawieszenia. Uważałam, że przecież nie będę mięczakiem i dam radę. Ktoś chce ponarzekać na skrobanie szyb pod blokiem? Tak oto przez dwie zimy - mocno śniegowe i mroźne musiałam zostawiać samochód przed tymi górami, bo nie dało się wjechać. I nie nie, odśnieżanie nie zawsze coś dało, ani sypanie piaskiem, ani solą :) Wszystko byłoby super, taka górska przygoda. Tylko, wtedy jeszcze małe dzieci, musiały mieć dobre portki i buty na śnieg, bo brnęły przez 100 metrów pod górę, zanurzone po kolana albo i wyżej, a nie daj Boże jak któreś zasnęło w samochodzie, wtedy szło brutalnie wybudzone przez bezlitosną matkę. Rano natomiast zwoziłam je na sankach, wsadzałam do kompletnie zamrożonego samochodu, uruchamiałam silnik, następnie wyciągałam wszystkie akcesoria do odśnieżania - łącznie ze szczotką na kiju i zaczynał się mniej więcej 20-minutowy taniec, mający na celu jako takie umożliwienie jazdy. Zdarzyło się, że tak byliśmy zasypani, że nie wyjechaliśmy wcale, kiedyś M zawisł na śniegu tak, że spędziliśmy dwie godziny na odkopywaniu go, a ponieważ była noc, to pomocy znikąd. To była codzienna walka z żywiołem. :) Z zakupami też było wesoło. Jeść trzeba i czasami robimy duże zakupy. No i częstym zjawiskiem byłam ja ciągnąca zakupy na sankach pod tę górę (jak zakupy były duże, to musiałam obrócić kilka razy), czasami gubiłam po drodze rożne rzeczy, ale kilka godzin po mnie wracał M i zbierał ukryte w śniegu rożne artykuły spożywcze. Po dwóch latach skapitulowałam, mam teraz taki samochód, który wjeżdża pod te górki a tamte zimy są tylko wspomnieniem, poruszonym dziś z zaprzyjaźnioną sąsiadką AgaNaką. A tak a propos terenówek, słyszałam, że są tacy, co ochlapują swoje sztucznym błotem, żeby nie było widać, że stoją na parkingu pod blokiem :)



Zrobiłam rano kilka szybkich zdjęć, żeby zobrazować. Od dłuższego czasu nie pada, więc droga jest przejezdna dla każdego :) Pani listonoszka, Panowie śmieciarze i kurierzy cieszą się, bo w innym wypadku najpierw dużo na dole przeklinają a potem idą na górę :)






wtorek, 19 stycznia 2016

Reagujmy

Dzisiaj będzie trochę poważniej, ale akurat tak nastroiła mnie sytuacja. Otóż wracając z Dede ze szkoły, zauważyłam leżącego na poboczu człowieka. Nie wahając się ani chwili, zatrzymałam się i pobiegłam sprawdzić co się stało. Podchodziłam do niego na drżących nogach, bo bałam się, że nie żyje. Okazało się, że zwyczajnie pijany. Okropnie pijany, widać było, że zaszalał na całego. Musiałam go długo budzić. Próbował mnie przekonywać, że nic mu nie jest i on sobie tak tylko tutaj leży i przecież wcale nie jest zimno. Było sporo na minusie, a Rozrywkowy Pan leżał otulony śniegiem. Stwierdziłam, że sama nie dam rady go dźwignąć, więc zaczęłam zatrzymywać samochody. Na szczęście od razu zatrzymały się dwa, oba z mężczyznami, więc szybko wyjaśniłam o co chodzi i panowie postawili Rozrywkowego do pionu. Ustaliliśmy gdzie mieszka (niedaleko), sprawdziliśmy czy dojdzie do domu o własnych siłach i rozjechaliśmy się. A po co o tym piszę? Bynajmniej nie po to, aby mi bić brawo, ale po to, żeby powiedzieć, że to naprawdę nic nie kosztuje. Taka drobnostka, która zajęła mi nie więcej niż 10 minut, a jestem przekonana, że uratowała temu człowiekowi życie bądź zdrowie, bo mrozy teraz duże a w śniegu to tak nie do końca jak w pierzynce i nie zawsze działa zasada, że pijanemu nic się nie stanie. Ulica, przy której leżał Rozrywkowy bardzo ruchliwa, jedna z wylotówek z miasta, sznur samochodów  jadących najwyżej 60 - 70 km/h i nie wierzę, że nikt go nie zauważył. Nie zawsze trzeba czekać, aż pomoże ten inny, a ja - "będę miał czyste ręce, po co mi to, pewnie zasłużył, pijany, to nie warto..." itp. Pamiętajmy, że pijany to też człowiek, też ktoś. Marzy mi się, żeby ludzie się obudzili trochę wcześniej, niż wtedy, kiedy sami znajdą się w podobnej sytuacji i sami będą czekali na pomocną dłoń...

czwartek, 14 stycznia 2016

no to może poćwiczę?

W ramach odchudzania postanowiłam się uaktywnić. W związku z tym już drugi raz byłam na basenie. Uwielbiam pływać i uznałam, że ta forma jest dla mnie jedną z lepszych. Zu została odstawiona do moich Rodziców, a ja cała w skowronkach popędziłam do niedawno otwartego cudownego obiektu sportowego. W godzinach porannych na szczęście nie ma za dużo ludzi, więc można spokojnie oddać się przyjemności pływania w tą i z powrotem i nie zderzać się co chwila z towarzyszem na torze. Jedyną wadą tego, że jest mało ludzi jest to, że ratownicy mają dużo czasu i PATRZĄ. Od razu przypomniała mi się historia koleżanki, która w czasie szpitalnego obchodu po porodzie nie myślała o tym, że czuje się jak rozjechana przez czołg, a jedynie o tym, czy ma ogolone nogi, bo lekarz był diabelsko przystojny. No i ja będąc pod taką ścisłą obserwacją kilku przystojnych ratowników od razu musiałam się bardziej sprężyć i pływać piękniej. Próbowałam jawić się im jako zgrabne szczupłe dziewczę, które przyszło tu dla poprawy kondycji, a nie gruby wieloryb rozpaczliwie rzucający się w wodzie w celu zrzucenia nadmiernych kilogramów. Dzięki temu bolał mnie każdy mięsień, ta obserwacja wyjdzie chyba na dobre :) Po basenie miałam zjeść jabłuszko, ale rodzice nie mieli. No to musiałam zjeść kurczaka, trochę mi się nie zgadzały kalorie i smak jakby inny od jabłuszkowego. A jak przyszłam do domu, to trzymałam się twardo przez pół godziny, a potem jakoś tak zupełnie niechcący trafiłam na słodycze. I właśnie w końcu dotarło do mnie i zrozumiałam dlaczego nie chudnę. A w moje odchudzanie zaangażowana cała rodzina - "bo przecież Ona musi w końcu schudnąć po tej ciąży". M pojutrze zabiera mnie na siłownię i tam będą katorgi pod okiem trenera - znowu będzie patrzył! i tym razem nie ukryję się w wodzie, więc raczej nie pomyli mnie ze zgrabną i powabną! a Bratowa zapisała mnie na ćwiczenia wzmacniające mięśnie, na których w grupie szczupłych i zgrabnych, cała czerwona z wysiłku będę sobie powtarzała "dam radę dam radę, jeszcze tylko ...dziesiąt powtórzeń", a minuty będą mijały baaardzo powoli".
O matko!!!!