Zrobiło się ciepło i tak już mamy i lubimy, że jak ciepło, to chodzimy sobie czasem na obiad na Starówkę.
- Czy jesteś pewna, że Zu jest gotowa na siedzenie w knajpie? - zapytał nieco zaniepokojony M.
- Oczywiście, że jest. Ma już prawie rok.
No dobra, szykujemy się. Normalnym ludziom zajmuje to niewiele czasu, u Nas trwa to trochę dłużej, bo przecież kiedy już po całym ubieraniu siedzimy w samochodzie, okazuje się, że a). Nitka właśnie koniecznie musi pójść do toalety, b). pielucha Zu wymaga natychmiastowej zmiany, c). Dede nagle przypomina sobie, że świeci słońce i bardzo potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, które znajdują się w bliżej nieokreślonym miejscu w jego pokoju, d). ja orientuję się, że przecież trzeba jeszcze zabrać jakieś grzechotki i wygonić kota na dwór. To chyba rodzinne, jedna z moich sióstr przed wyjściem, kiedy już wszyscy są gotowi, zawsze podlewa kwiatki. No więc wpadamy we czworo do domu i załatwiamy wszystkie bardzo pilne sprawy, podczas gdy M siedzi w samochodzie i stara się nie stracić cierpliwości i dobrego humoru, słucha sobie w tym celu jakiegoś jazzu czy innej poezji śpiewanej. A my jak w ukropie biegamy tam i z powrotem, następnie wpadamy do samochodu, żeby zobaczyć M z marsową miną, mruczącego pod nosem, że jest jak zwykle, że to się nigdy nie zmieni, że bez sensu i jakieś takie straszne bzdury, które, aby nie zepsuć sobie popołudnia, należy puścić mimo uszu. Jedziemy. Wszyscy w doskonałych humorach. Dzieci z tyłu cały czas trajkoczą. Na okrągło. Ja wyłapuję tylko "mamooo tratatatata, mamooooo tartatatataa mamomaomamomamo tratatatatatatatata". Zazwyczaj odpowiadam "hmmmm", albo "tak", albo uśmiecham się zagadkowo i jakoś to leci. Wszyscy zadowoleni. Czasami orientują się, że ich wcale nie słucham i wtedy wpadka na całego, ale na szczęście rzadko. :)
Jesteśmy na Starówce. No to wysiadanie, wyciąganie wózka, zamieszanie, gadanie, jakby przyjechał autobus ze szkolną wycieczką. Zabieramy jakieś ubrania, zabawki, butelki itd., no jednym słowem objuczone wielbłądy. Szukamy wolnego stolika. No nie, nie takie to łatwe, wszystko zajęte, a jak wolne, to albo nie tu gdzie chcemy, albo nie da się podjechać wózkiem, albo za mało miejsca. Już zaczyna być nam gorąco i patrzymy z M na siebie z politowaniem, ale nie poddajemy się. Tym bardziej, że dzieci mamy knajpiane. Nitka i Dede uwielbiają jadać w knajpach, sami z powagą czytają menu, chociaż zupełnie nie wiem po co, bo zazwyczaj i tak wybierają frytki z kurczakiem, ostatnio polubili pizzę, więc jest trochę łatwiej. Tak tak, moje dzieci, to takie dziwadła, co nie lubiły pizzy. Zamawiają sami - sok jabłkowy proszę, lub orange juice please - w zależności od miejsca. Światowo, wszak po coś się uczą tych języków :) No a potem jest najgorsze - oczekiwanie na jedzenie. I właśnie ostatnio okazało się, że Zu owszem jest gotowa na wyjścia do knajpy, ale nie na czekanie na jedzenie 1 godzinę i 40 minut!!!! bo tyle właśnie to trwało. Pani zlitowała się nad nami i przyniosła jakieś deski serów, chociaż nie wiem czy to z litości, czy raczej z chęci zatrzymania wściekłego klienta. Przez pierwsze pół godziny Zu była bardzo grzeczna i wesoła, no a potem to już nie było przyjemne biesiadowanie, a telepanie znudzonej Zu na rękach, wychodzenie z nią z knajpy żeby było ciekawiej, zagadywanie i zabawianie. I jedzenie na zmianę i na szybko na zasadzie ty jedz, ja ją potrzymam i na odwrót. W pośpiechu, bez smaku i bez sensu. Z obiadu wyszliśmy najedzeni, ale umęczeni że hoho. Czy ja mówiłam, że to się uda???!!!! W drodze powrotnej Zu dała nam jeszcze tak cudowny koncert, że wysiedliśmy pod domem z wielką ulgą. Następny raz prędko nie nastąpi.
czwartek, 19 maja 2016
wtorek, 19 kwietnia 2016
Ach te Krówki...
Wybraliśmy się z M do sklepu i o dziwo zabraliśmy ze sobą tylko jedno dziecko. Dede. Już na samym początku ciągle przeżywaliśmy jak to cicho w samochodzie, a w sklepie, to już w ogóle byliśmy zachwyceni. Dede nie podbiegał do półek, nie gadał wciąż i wciąż, tylko po cichu pchał wózek. Wszak to już prawie nastolatek (- "Mamooo, jedenaście lat, to już nastolatek, prawda?") i jak na takiego przystało, był bardzo stateczny. Do momentu, aż nie weszliśmy między półki ze słodyczami. Wtedy niestety objawiło się dziecko, o zgrozo (!) również we mnie. Zaczęliśmy biegać obydwoje jak opętani, a w momencie, kiedy odkryliśmy duże opakowania ukochanych krówek, prawie wyliśmy z zachwytu. M wstydząc się okrutnie pokazał nam plecy, a my zaczęliśmy się namawiać, jakby tu przekonać Ojca (w takiej sytuacji stał się również moim Ojcem), żeby pozwolił nam kupić krówki w ilości hurtowej. Kiedy tak się namawialiśmy i jęczałam do Dede
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
czwartek, 14 kwietnia 2016
Nuda raczej mi nie grozi
- Nie nudzisz się na tym macierzyńskim? Co to można robić w domu przez cały dzień?! Chyba nic!
Wstałam o godz. 5.30, bo Zu jest z tych dzieci, które wstają wcześnie. Trochę się z nią bawiłam, a trochę przysypiałam. Potem obudziłam starsze dzieci, zrobiłam śniadanie, kanapki, fryzurę Nitce, nakarmiłam Zu, ubrałam i zawiozłyśmy starszaków do szkoły. Wróciłam ze szkoły, Zu była głodna, więc jedzenie, potem sprzątanie, a w międzyczasie zabawa z Zu. Nastawiłam pralkę, uśpiłam Zu, rozwiesiłam pranie, nastawiłam następne, ugotowałam obiad, dokończyłam sprzątanie. Trochę poprasowałam, obudziła się Zu, no to znowu przewijanie, karmienie, zabawa. W międzyczasie udało mi się wypić kawę, pierwsza połowa była za gorąca, druga zdecydowanie za zimna. Znowu rozwiesiłam pranie, wyszłam z Zu na spacer, wróciłam, nakarmiłam, pojechałyśmy do szkoły po dzieci. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu na szybkie zakupy, zajęły nam 40 minut i wyszliśmy z pełnym koszykiem. W domu dałam dzieciom obiad i zagoniłam do lekcji. Oni odrabiali, ja zajmowałam się Zu. Sprawdziłam lekcje, przepytałam Dede z angielskiego, a Nitkę z wiersza na pamięć. Przyjechał M, zamieniliśmy kilka słów i wyszłam do fitness klubu poćwiczyć. Wróciłam wieczorem, zrobiłam kolację, pogadałam z dziećmi i M, położyłam dzieci spać. Ufff, włączyłam telewizor, przy głupim odmóżdżającym filmie zasiadłam za deską do prasowania. I prasowałam do północy. Poszłam spać. Tak nudzę się, nic nie robię, całymi dniami się relaksuję, bo przecież praca w domu, to nie praca.
Wstałam o godz. 5.30, bo Zu jest z tych dzieci, które wstają wcześnie. Trochę się z nią bawiłam, a trochę przysypiałam. Potem obudziłam starsze dzieci, zrobiłam śniadanie, kanapki, fryzurę Nitce, nakarmiłam Zu, ubrałam i zawiozłyśmy starszaków do szkoły. Wróciłam ze szkoły, Zu była głodna, więc jedzenie, potem sprzątanie, a w międzyczasie zabawa z Zu. Nastawiłam pralkę, uśpiłam Zu, rozwiesiłam pranie, nastawiłam następne, ugotowałam obiad, dokończyłam sprzątanie. Trochę poprasowałam, obudziła się Zu, no to znowu przewijanie, karmienie, zabawa. W międzyczasie udało mi się wypić kawę, pierwsza połowa była za gorąca, druga zdecydowanie za zimna. Znowu rozwiesiłam pranie, wyszłam z Zu na spacer, wróciłam, nakarmiłam, pojechałyśmy do szkoły po dzieci. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu na szybkie zakupy, zajęły nam 40 minut i wyszliśmy z pełnym koszykiem. W domu dałam dzieciom obiad i zagoniłam do lekcji. Oni odrabiali, ja zajmowałam się Zu. Sprawdziłam lekcje, przepytałam Dede z angielskiego, a Nitkę z wiersza na pamięć. Przyjechał M, zamieniliśmy kilka słów i wyszłam do fitness klubu poćwiczyć. Wróciłam wieczorem, zrobiłam kolację, pogadałam z dziećmi i M, położyłam dzieci spać. Ufff, włączyłam telewizor, przy głupim odmóżdżającym filmie zasiadłam za deską do prasowania. I prasowałam do północy. Poszłam spać. Tak nudzę się, nic nie robię, całymi dniami się relaksuję, bo przecież praca w domu, to nie praca.
niedziela, 10 kwietnia 2016
Postanowiłam sie wyspać
Jestem zmęczona. Zu budzi się w nocy raz lub dwa, a na dzień dobry wstaje po 5, czasem ok 6 rano. Ostatnio całą noc przespałam w 2014, to trochę dawno. Staram się chodzić spać wcześniej, ale nie zawsze to się udaje. Są przecież jeszcze inne dzieci i pożyć sama dla siebie też mam ochotę. No ale zmęczenie sięgnęło zenitu i postanowiłam się wyspać. Przynajmniej miałam taki chytry i znakomity plan. Wyszło mi wcześnie czyli godzina 22.30. Ach jak będę sobie spać, a rano wstanę jak skowronek, uśmiechnięta i wypoczęta z pieśnią na ustach "jak dobrze wstać skoro świt". Albo jak mała Ruda (Przyjaciółkaodlat - czas zacząć je rozróżniać), którą mama skoro świt szorowała w wannie, a następnie wiozła autobusem do przedszkola. W autobusie było szaro i ponuro, wszędzie ziewający i przysypiający ludzie i nagle wsiadała Ona - dziewczynka z płomieniem we włosach, która darła się na całe gardło "ooood rana mam dobry humooor". No to właśnie tak sobie wyobraziłam siebie. Wyspaną i radosną. Położyłam się więc zgodnie z planem i spałam. Do 1.30. Potem nagle usłyszałam głos - "mamoooo, zrzygałam się". Z trudem otworzyłam oczy - przy łóżku stała Nitka. Zerwałam się jak poparzona, poszłam do jej pokoju, rzeczywiście, pościel udekorowana w fantazyjne wzory. No cóż. Jak już to wszystko udało mi się okiełznać było po godzinie 2, położyłam się w nadziei, że to może jakaś chwilowa niedyspozycja. Jakże się myliłam. O 3 przy łóżku znowu pojawiła się zjawa - "mamoooo, znowu się zrzygałam". Jakieś 15 minut później kładłam się już bez nadziei i słusznie, bo o 4.20 sytuacja powtórzyła się. A o godzinie 6 wstała Zu. Następnego dnia znowu postanowiłam się wyspać. Położyłam Zu i siebie o 18. Kiedy wstałam na chwilę ok 21, M zapytał - masz zamiar długo jeszcze tak spać? Nawet nie skomentowałam, wróciłam do łóżka i padłam bez życia. I z małymi przerwami spałam 12 godzin.
sobota, 9 kwietnia 2016
Mam przechlapane
Sprzątam, a Nitka towarzyszy mi tańcząc i śpiewając za moimi plecami (zaznaczam, że talentu do śpiewania raczej nie ma). Jedna godzina, druga. W końcu nie wytrzymuję:
- Nitka, możesz przestać już śpiewać?
- Nie mogę, ja tworzę!
Odwróciłam się i mruczę po cichu pod nosem
-Jeeeezu
Na co nagle Nitka
- Słyszałam Twoje "Jeeeezu". CZY TY NIE WIESZ, ŻE SŁUCH TO MÓJ NAJLEPSZY UMYSŁ?!!!! Nie podoba Ci się moje śpiewanie?!
- Podoba, oczywiście, że podoba.
Lalaalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalaaaaaaaaa
Godzinę później przegapiłam w tv bajkę, którą chciała oglądać - był ryk przez pół godziny, chociaż jutro jest powtórka.
No to chcąc jej wynagrodzić moje ZŁE zachowanie, zabrałam ją na rower - uczy się jeździć na dwóch kółkach.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że ją puściłam. Hmmmm
Mam przechlapane na całej linii
Ps. Nie, nie ma tu żadnej pomyłki, powiedziała Umysł, zamiast Zmysł :)
- Nitka, możesz przestać już śpiewać?
- Nie mogę, ja tworzę!
Odwróciłam się i mruczę po cichu pod nosem
-Jeeeezu
Na co nagle Nitka
- Słyszałam Twoje "Jeeeezu". CZY TY NIE WIESZ, ŻE SŁUCH TO MÓJ NAJLEPSZY UMYSŁ?!!!! Nie podoba Ci się moje śpiewanie?!
- Podoba, oczywiście, że podoba.
Lalaalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalaaaaaaaaa
Godzinę później przegapiłam w tv bajkę, którą chciała oglądać - był ryk przez pół godziny, chociaż jutro jest powtórka.
No to chcąc jej wynagrodzić moje ZŁE zachowanie, zabrałam ją na rower - uczy się jeździć na dwóch kółkach.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że ją puściłam. Hmmmm
Mam przechlapane na całej linii
Ps. Nie, nie ma tu żadnej pomyłki, powiedziała Umysł, zamiast Zmysł :)
wtorek, 29 marca 2016
Macierzyństwo jak z bajki?
Przeczytałam gdzieś, że kiedy Martyna Wojciechowska zaszła w ciążę, założyła w komputerze folder "Projekt dziecko" i tam wrzucała różne publikacje naukowe dotyczące wychowania, a kiedy urodziła, nie skorzystała. Przypomniało mi się od razu, że ja myślałam podobnie. Dawno to było, bo Dede w tym roku ma 11 urodziny, ale temat wciąż jak żywy. Skończyłam takie studia o wychowaniu i rozwoju, więc teoretycznie byłam super przygotowana oraz przekonana, że piątki w indeksie spokojnie przełożą się na realne życie. No bo jak to nie! Mało tego, jak wiele bezdzietnych osób, najlepiej wiedziałam jak wychowywać dzieci i miałam na ten temat bardzo dużo do powiedzenia. Spotykam się z tym teraz, co jakiś czas słyszę porady, czasem krytykę, dobrze jeśli w twarz, niestety najczęściej za plecami, o sposobie wychowania, zachowania itd. Mówią to najczęściej Ci, którzy dzieci nie mają, albo mają je tak krótko, że jeszcze nie wyszli z pieluch i przed nimi długa droga odkrywców, na której co chwila będą się potykać o różne kamyki i ze zdziwieniem otwierać oczy. Jeśli wyciągną z tego wnioski, to mogę się tylko cieszyć, jeśli nie, no cóż...
Mam też wrażenie, że jesteśmy karmione wyidealizowanym obrazem macierzyństwa. Teraz trochę się to zmienia, jest internet, fora, blogi, kobiety są bardziej otwarte, nie wstydzą się mówić o tym i owym. Jeszcze 11 lat temu wyglądało to zupełnie inaczej, aż strach pomyśleć jak było jeszcze wcześniej. I mam też wrażenie, że patrząc na macierzyństwo przez pryzmat właśnie tych idealnych obrazów, mamy inne oczekiwania. Ja na przykład byłam bardzo zawiedziona i zrozpaczona, że M nie gadał do brzucha i kompletnie nie czuł związku z dzieckiem nienarodzonym. No jak to możliwe! W filmach tatusiowie gadają, a ten mój M jakiś taki nieczuły! W kolejnych ciążach już nie miałam o to pretensji, bo wiem, że to gadanie czy jego brak nijak się ma do tego co potem. Nie chodziłam więc po łące w białej sukni i wianku z mleczy, a On nie podbiegał do mnie w zwolnionym tempie i nie padał na kolana przed brzuchem, w locie obejmując go rękami i całując w pępek. Nic z tych rzeczy. Mówił otwarcie, że nie czuje kontaktu i że jestem nienormalna jeśli myślę, że on będzie przemawiał do brzucha. Myślałam, że dobrym ojcem to on nie będzie.
Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!!
Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!!
Potem zaczyna zmieniać się ciało, tyjemy, skóra się rozciąga, piersi już nie te, tyłek nie ten, brzuch nie ten i twarz jakby inna, jakieś obrzęki, swędzenie, rozciąganie, naciąganie itp. Dalej jest jeszcze gorzej. W nocy chce się spać, a nie można, bo ciężko się ułożyć, iść szybko się nie da, bo zaraz jakieś skurcze i zadyszka. Raz się zapomniałam i w 7 miesiącu pobiegłam za Negrą, a biegnąc zastanawiałam się dlaczego tak się męczę?, aż w końcu mnie olśniło.
Na imprezach też już inaczej, bo się nie napije i nie zapali. Jak tu żyć? Jeśli do tej pory balowało się jak i kiedy się chciało.
Kolejny mit upadł kiedy poszłam do szpitala rodzić. No przecież w kółko tłucze się, że teraz to rodzić po ludzku, itd. No tak. Zależy od szpitala. Zu rodziłam w takim (PSK 1), co rzeczywiście frontem do pacjenta, tamtych dwoje przyszło na świat w szpitalu (PSK 4), w którym najpierw tak pobrali mi krew, że wyglądałam jak ofiara pobicia, a następnie pani położna darła gębę na środku korytarza, że jak chcę srać w kiblu a nie w basen, to proszę bardzo, ale żebym potem nie wytaczała procesu, jak urodzę dziecko do ścieków. Jak M wszedł na salę żeby uczestniczyć przy porodzie, ta sama przemiła pani krzyknęła - "A ty kurwa co? na telewizję przyszedłeś?! stań za głową żony!". Jakoś na filmach jest inaczej.
Nikt mi też nie mówił, że dziecko wcale niekoniecznie umie ssać pierś i że porobi mi takie rany, że przez kolejny miesiąc będę zwijała paluszki u stóp za każdym razem kiedy będzie jadło. I że będzie budziło się po 14 razy w nocy i wyło na okrągło i że wcale nie da się chodzić z wózkiem na spacery, bo Dedka wózek brzydził od urodzenia i absolutnie nie chciał w nim jeździć.
W filmach i na reklamach ładne panie, zazwyczaj w białych ubraniach są bardzo uśmiechnięte i zadowolone, ja chyba nie byłam. Pamiętam, że miałam bałagan w domu i w życiu. Nie mogłam posprzątać, bo co zaczęłam, to Dede się budził, spędzałam więc całe godziny leżąc obok niego i czytając książki, bo chciałam żeby trochę spał. Prysznic? Oczywiście. Wyglądał tak, że w łazience w foteliku stał Dede i darł się wniebogłosy, natomiast ja w otwartym brodziku, telepiąc się z zimna, myłam się w 15 sekund, śpiewając mu jednocześnie piosenki. W żadnej mądrej gazecie nie wyczytałam tego, że sikanie z dzieckiem na ręku to norma, a potem jak ma się ich więcej, to z całym towarzystwem. Nie ma również zdjęć dzieci zasmarkanych, wyjących, czerwonych od płaczu. Są dzieci uśmiechnięte i wypoczęte mamy. I potem takiego obrazu oczekujemy w swoim domu. A dostajemy coś zupełnie innego. Jedzenie? hmmm, no tak czasem coś się udało zjeść w miarę normalnie, ale najczęściej było to na szybko połykane byle co, śniadanie na obiad, obiad na kolację. Podobno niektóre przy karmieniu chudną, ja niestety nie. Chudłam dopiero kiedy kończyłam karmić, a tak to się toczyłam. Słyszałam, że młodsza znajoma niedawno za moimi plecami skrytykowała moją figurę. Cóż, mam ochotę powiedzieć - Porozmawiamy za kilka lat, zdziro. Jak dorośniesz.
W filmach rodzice razem nachylają się nad kołyską i patrzą na dziecko, a potem sobie w oczy i za ręce w poczuciu szczęścia oddalają się do sypialni. Rzeczywistość? Kiedy M wracał z pracy, ja dyndałam Dede już którąś godzinę i wcale nie miałam ochoty na rozmowy, wspólne posiłki i uśmiechy. A wieczorem padałam bez życia przy dziecku w sypialni, podczas kiedy M padał na kanapie w salonie, z psem.
Można też dużo wyczytać o aktywnych rodzicach, przecież podróżowanie z dziećmi jest bardzo modne. Dziecko w niczym nie przeszkadza. Moja odpowiedź - owszem, ale zależy to od dziecka i jego humoru. Nie chcieliśmy przecież rezygnować ze swojego życia - pierwsze były Mazury ze S-kimi, 7-miesięczny Dede przez cały kilkudniowy wyjazd miał gorączkę. Potem było morze z 10-miesięcznym Dede - miał gorączkę tylko przez pół wyjazdu. Rok później były Włochy - gorączka tylko przez jakieś 5 dni, a Panteon wtedy zapamiętałam tak, że niewygodnie się przed nim zmienia pieluchę. Nie poddawaliśmy się jednak, Szkocja z Dede wypadła już całkiem dobrze i potem było coraz lepiej. W wieku 3 lat Dede w samolocie wkładał słuchawki w uszy i oglądał Boba Budowniczego, jak stary podróżnik, ale tylko my wiemy ile nas to kosztowało.
Wcale też nie trzeba rezygnować z imprez. Można na nie chodzić z dzieckiem. Wyglądały one tak, że M się bawił, a ja w pokoju obok leżałam z Dede, ale poczucie, że wyszłam miałam. Zupełnie bez sensu. Dlatego teraz prawie całkowicie zrezygnowałam z wyjść i wcale nie żałuję.
Kiedy Dede poszedł do przedszkola, myślałam, że teraz to już luzik. Przecież na filmach dziecko idzie do przedszkola, macha na pożegnanie rączką, a zadowoleni rodzice idą do pracy. No i wtedy dopiero się zaczęło. Dede do przedszkola chodził chętnie i ładnie się tam zachowywał, ale....już po miesiącu musieliśmy mu kupić rękawice bokserskie i uczyliśmy w domu agresji, żeby mógł się obronić przed niejakim Aleksem, który to próbował terroryzować grupę, włącznie z Paniami. Dziecko nagle zostało spuszczone z Naszych oczu i zaczęło swoje własne życie. To dopiero dramat dla rodziców. A im starsze, tym gorzej. Zaczęło się wożenie na urodziny kolegów i koleżanek, zebrania z rodzicami o godzinie 15, czyli pęd z pracy, żeby zdążyć jak Pani mówi, że dzieci pojadą obejrzeć kozy itp. Albo przedstawienia, na które też trzeba zdążyć. Ten kolega jest fajny, a ten mówi brzydko. Mamo, chcę chodzić na karate, na basen, na coś tam. Dziecko chce? proszę bardzo. Woziłam, no bo co, nie pozwolę? nie dam rady? Wracałam z pracy, jadłam w biegu i zasuwałam dalej, a wieczorem kąpiele, czytanie, opowieści, zabawy itd. Najkrótszą drogą do łóżka i padałam na pysk, obok przesuwał się cień i też padał.
A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane.
A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane.
Teraz z Zu jako numerem trzy mamy najlepiej. Chociaż Zu bardziej w zachowaniu przypomina Dede niż Nitkę. Tylko my jesteśmy bardziej doświadczeni, nie musimy niczego udowadniać, niczego się nie boimy (może poza chorobami), starsze dzieci pomagają, a my potrafimy spotkać się gdzieś po drodze, chyba nawet bardziej, niż przy jednym dziecku. Potrafimy śmiać się z tych problemów z niemowlętami, bo wiemy co przyjdzie później. Jest wesoło i jest lepiej. Zdecydowanie lepiej. Jak sobie pomyślę o pierwszym dziecku, mam tiki nerwowe. Coś co miało być wielką zmianą na lepsze, wcale nią nie było. Wyobrażenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Dopiero teraz, patrząc z perspektywy czasu, widzę to inaczej i naprawdę szczerze współczuję tym, którzy są na początku. Nie chciałabym się zamienić, chociaż byłabym o te 11 lat młodsza. Doświadczenie sprawiło, że przestaliśmy być nowocześni i przestaliśmy wierzyć w te wszystkie pierdoły. Czego i Wam życzę :)
.
wtorek, 22 marca 2016
Ja do porad się nie nadaję
- masz troje dzieci, to mogłabyś jakieś porady na tym blogu pisać.
-jakie porady? takie o tym czy szczepić i co robić jak dziecko zrobi zieloną kupę?
- no tak
- i że buty jakieśtam są super, a kurtka, to tylko firmy jakiejśtam?
- no tak i pieniądze byś na tym zarobiła, a nie tylko tak piszesz dla sportu
I tak sobie pomyślałam, że ja lubię tak dla sportu i cieszy mnie to, że czyta ten, kto lubi się pośmiać, trochę ze mnie, a trochę tak ogólnie, bo zdaję sobie sprawę, że te sytuacje to takie życiowe i każdy w nich się odnajdzie. A co do porad, to tak sobie myślę, że wcale nie chcę ich udzielać. Owszem, jak ktoś zapyta o to i owo, to chętnie odpowiadam, bo czemu miałabym nie podzielić się swoim doświadczeniem, ale żeby tak koniecznie i specjalnie? Oooo, to absolutnie nie. Każdy ma swoje sposoby pielęgnowania i wychowywania. Są Mamy Idealne, które gotują codziennie obiady z dwóch dań, bo musi być zupa i mięso i kartofel, codziennie karmią jogurtem, owocem, kładą spać o tej samej porze w tym samym miejscu i niech przypadkiem nic nie zaburzy ich rytmu, bo ich życie nagle traci sens. Wieczorami zamiast usiąść z mężem przy filmie, prasują i sprzątają, a w nocy noszą swoje dzieciątka od ściany do ściany, zamiast położyć się z wywalonym cyckiem i zasnąć choć na chwilę. Jak tak lubią, to proszę bardzo. Ja nie polecam, ale to nie moja sprawa. Ja jestem nieporządna. Ja ciągle sprzątam, ale szarańcza zamieszkująca ten sam dom bałagani w kółko, więc efekt jest mizerny. Moje dzieci czasem wracają do domu głodne, a tu nie ma obiadu, dlaczego? bo nie. W szkole macie, a jak nie zjedliście, to wasza strata, kabanosy sobie weźcie i oddalcie się, bo jestem zmęczona. I czasami jak Nitka mówi i mówi i nie przestaje, to nie mówię jej z uśmiechem - "Nitko, kochanie, cichutko, bo mamusię głowa boli", tylko walę z grubej rury - "Nitka przestań kłapać, bo już dłużej nie wytrzymam!!" I krzyczę czasami, rzadko, ale zdarza się. I męża nie wychowuję. w ogóle nie mam pojecia co to znaczy. Uważam, że tekst - "męża sobie wychowałam" to jakiś absurd. A co to ja jego rodzice jestem, że mam go wychowywać? poznałam gotowy produkt, zakochałam się i za mąż wyszłam, ale żeby go wychowywać? a cóż to za dziwy? Mało tego, w mojej głowie mieści się zostawienie dzieci na kilka dni beze mnie. Nawet mi się to zdarzyło, jakiś czas temu zabrałam się i oddaliłam w kierunku Rzymu w celu spędzenia przyjemnie czasu z Przyjaciółkąodlat, a niedługo wybieram się w tym samym celu do Dublina. W dodatku, żeby dobić już całkiem spięte mamuśki, nie rozpiszę diety dzieci na kartce na lodówce, nie przygotuję ubrań na każdy dzień i nie zawekuję pulpetów. M jako ten wychowany nie przeze mnie, a przez własnych rodziców, radzi sobie świetnie i wie, gdzie leżą pieluchy, ubrania też, a gotuje lepiej ode mnie. I nie sądzę żeby wzywał pomocy, bo mój M to nie mebel ani wór na piwo, ale facet z krwi i kości. Jak to mówią - "widziały gały co brały". To ja nie wiem, czy do porad się nadaje. Chyba nie, bo moja jedyna rada, jaką mogę komukolwiek dać, to taka, żeby słuchał mniej teorii, a więcej zdrowego rozsądku i żeby kochał swoje dzieci, życie z nimi, sam siebie też kochał i bardziej wyluzował oraz żeby robił tak, żeby być szczęśliwym i żeby dzieci były roześmiane i szczęśliwe. I wcale nie chodzi o to, żeby na podłodze nie znaleźć ani jednego paprocha i że dziecko zawsze musi mieć czystą buzię, a wiecznie musztrowany chłop kołek w tyłku.
Na poprawę humoru - Nitka trzyma Zu kucharkę :)
-jakie porady? takie o tym czy szczepić i co robić jak dziecko zrobi zieloną kupę?
- no tak
- i że buty jakieśtam są super, a kurtka, to tylko firmy jakiejśtam?
- no tak i pieniądze byś na tym zarobiła, a nie tylko tak piszesz dla sportu
I tak sobie pomyślałam, że ja lubię tak dla sportu i cieszy mnie to, że czyta ten, kto lubi się pośmiać, trochę ze mnie, a trochę tak ogólnie, bo zdaję sobie sprawę, że te sytuacje to takie życiowe i każdy w nich się odnajdzie. A co do porad, to tak sobie myślę, że wcale nie chcę ich udzielać. Owszem, jak ktoś zapyta o to i owo, to chętnie odpowiadam, bo czemu miałabym nie podzielić się swoim doświadczeniem, ale żeby tak koniecznie i specjalnie? Oooo, to absolutnie nie. Każdy ma swoje sposoby pielęgnowania i wychowywania. Są Mamy Idealne, które gotują codziennie obiady z dwóch dań, bo musi być zupa i mięso i kartofel, codziennie karmią jogurtem, owocem, kładą spać o tej samej porze w tym samym miejscu i niech przypadkiem nic nie zaburzy ich rytmu, bo ich życie nagle traci sens. Wieczorami zamiast usiąść z mężem przy filmie, prasują i sprzątają, a w nocy noszą swoje dzieciątka od ściany do ściany, zamiast położyć się z wywalonym cyckiem i zasnąć choć na chwilę. Jak tak lubią, to proszę bardzo. Ja nie polecam, ale to nie moja sprawa. Ja jestem nieporządna. Ja ciągle sprzątam, ale szarańcza zamieszkująca ten sam dom bałagani w kółko, więc efekt jest mizerny. Moje dzieci czasem wracają do domu głodne, a tu nie ma obiadu, dlaczego? bo nie. W szkole macie, a jak nie zjedliście, to wasza strata, kabanosy sobie weźcie i oddalcie się, bo jestem zmęczona. I czasami jak Nitka mówi i mówi i nie przestaje, to nie mówię jej z uśmiechem - "Nitko, kochanie, cichutko, bo mamusię głowa boli", tylko walę z grubej rury - "Nitka przestań kłapać, bo już dłużej nie wytrzymam!!" I krzyczę czasami, rzadko, ale zdarza się. I męża nie wychowuję. w ogóle nie mam pojecia co to znaczy. Uważam, że tekst - "męża sobie wychowałam" to jakiś absurd. A co to ja jego rodzice jestem, że mam go wychowywać? poznałam gotowy produkt, zakochałam się i za mąż wyszłam, ale żeby go wychowywać? a cóż to za dziwy? Mało tego, w mojej głowie mieści się zostawienie dzieci na kilka dni beze mnie. Nawet mi się to zdarzyło, jakiś czas temu zabrałam się i oddaliłam w kierunku Rzymu w celu spędzenia przyjemnie czasu z Przyjaciółkąodlat, a niedługo wybieram się w tym samym celu do Dublina. W dodatku, żeby dobić już całkiem spięte mamuśki, nie rozpiszę diety dzieci na kartce na lodówce, nie przygotuję ubrań na każdy dzień i nie zawekuję pulpetów. M jako ten wychowany nie przeze mnie, a przez własnych rodziców, radzi sobie świetnie i wie, gdzie leżą pieluchy, ubrania też, a gotuje lepiej ode mnie. I nie sądzę żeby wzywał pomocy, bo mój M to nie mebel ani wór na piwo, ale facet z krwi i kości. Jak to mówią - "widziały gały co brały". To ja nie wiem, czy do porad się nadaje. Chyba nie, bo moja jedyna rada, jaką mogę komukolwiek dać, to taka, żeby słuchał mniej teorii, a więcej zdrowego rozsądku i żeby kochał swoje dzieci, życie z nimi, sam siebie też kochał i bardziej wyluzował oraz żeby robił tak, żeby być szczęśliwym i żeby dzieci były roześmiane i szczęśliwe. I wcale nie chodzi o to, żeby na podłodze nie znaleźć ani jednego paprocha i że dziecko zawsze musi mieć czystą buzię, a wiecznie musztrowany chłop kołek w tyłku.
Na poprawę humoru - Nitka trzyma Zu kucharkę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)