niedziela, 29 listopada 2015

Obżarstwo

Słyszę jak co niektórzy mówią - napisz coś, napisz o tym i o tamtym i żeby koniecznie było śmiesznie i lekko bo ty tak umiesz i każą mi przypominać sobie jakieś śmieszne historie z mojego albo ich życia i opisywać opisywać. A czy zawsze musi być śmiesznie, a nie może być po prostu lekko i przyjemnie? I miło? Myślę, że może, a nawet powinno. Wszak ja nie podpisywałam żadnego cyrografu na śmieszność i zabawne historie, może nawet kiedyś trafić się coś całkiem smutnego :) W ten weekend odwiedziły mnie moje ukochane siostry - Klon oraz SiostraniecoMłodsza, obie z mężami i przychówkiem. Pełna chata. Cudowny czas, pełen gadania, śmiechu, picia, jedzenia i fajnego towarzystwa. I korzystanie z talentów Szwagra, który potrafi zrobić każdego drinka świata, a nawet więcej, bo wymyśla własne. Z odchudzania kolejny raz nici, bo obżeraliśmy się zawodowo i pełnymi garściami, teraz to chyba jakieś oczyszczanie organizmu potrzebne. Wznosiłam się na wyżyny kulinarne. Kurczak i schabowe też były, ale obiecałam ucztę sushi własnoręcznie przygotowaną i słowa dotrzymałam. Tak, to ja sama przygotowałam, sama kupiłam produkty, sama ukręciłam i sama ułożyłam. I nie, nie był to mój pierwszy raz :)

było i awokado i ogórek i oshinko 
było i z pieczonym łososiem



i z surowym łososiem i surowym tuńczykiem

i kwiatki były i sezam i paluszki surimi

i różne inne i było dużo i zjedliśmy wszystko i potem nie mogliśmy się ruszać :)

sobota, 28 listopada 2015

Hammam, S-ka i ja

Kilka lat temu wybraliśmy się ze S-kimi na wakacje do Turcji. O pięknej pogodzie, wszelkich wygodach, wspaniałym nastroju i dobrej zabawie nie ma co mówić, bo to dla większości nudne. Pewnego dnia leżąc i robiąc nic, stwierdziłyśmy ze S-ką, że może warto by pójść do łaźni tureckiej tzw. Hammamu. No bo skoro jesteśmy w Turcji, to czemu by nie. Udałyśmy się więc w stosowane miejsce. Warunek był jeden, że chcemy razem, a nie pojedyńczo. Kiedy stawiłyśmy sie na umówioną godzinę, miły Pan z długimi ciemnymi włosami (mało przystojny) i mocno śmierdzący papierosami zaprosił nas do przebieralni, gdzie kazał się rozebrać. Całkowicie. Trochę się zdziwiłyśmy, bo byłyśmy przekonane, że będziemy w strojach kąpielowych. No ale stwierdziłyśmy, że przecież spoko, co tam, wszak było to parę kilogramów temu i wyglądałyśmy całkiem całkiem, a na golasa przecież tam latać nie będziemy. Pan zaprowadził nas do cudownej pieczary, nagrzanej i naparowanej, gdzie czekał jeszcze jeden Pan (prezentujący się dużo lepiej od poprzedniego). Drugi Pan trafił się S-kiej, mi niestety ten pierwszy. Położyłyśmy się na rozgrzanych płytach, dla mnie wyglądających jak nagrobki i panowie zaczęli nas peelingować, masować pianą, potem polewać wodą, potem znowu masować. Było nam jak w raju. Gorąco, przyjemnie ach i och. Rozmawiałyśmy sobie beztrosko i bez skrępowania przy Panach, bo przecież to Turcy i nic nie rozumieją. Śmiałyśmy się, że my tu takie gołe i dwóch Panów z nami i głupie żarty sobie robiłyśmy i mówiłyśmy o śmierdzeniu papierosami i który lepszy a który gorszy, takie tam głupie gadanie gołych bab, leżących na kamieniach. Potem posadzili nas w jakichś szlafrokach, nałożyli maski na twarz i dali do picia jakieś uzdrawiające soki. Następnie znowu kazali wyłazić z tych szlafroków i masowali całe ciało, łącznie z twarzą. Było mi cudownie, tylko papierosowy smród lekko mnie powalał. No ale dobra, trzeba zrozumieć człowieka. Po skończonych zabiegach byłyśmy rozanielone, wniebowzięte i w ogóle ekstra. Później siedząc przy basenie opowiadałam jednej miłej pani z Pruszkowa jak to tam cudownie i super, a po skończonej opowieści Pani mówi do mnie – "tak tak, ja wiem, byłam, tylko ja ciągle w stroju, chciałam zdjąć, ale mi powiedział, że nie trzeba, a wie Pani, że ten przystojniejszy w październiku bierze ślub z Polką i świetnie mówi po polsku?" Taaaaaa


Tu spędziliśmy leniwe 2 tygodnie, czytając, gadając, śmiejąc się i robiąc nic.

środa, 25 listopada 2015

3 minutowe zakupy

Kiedy jest się bezdzietnym, albo z dziećmi dużymi, wyjście do sklepu jest rzeczą prostą, szybką i nieskomplikowaną. Kiedy ma się małe dzieci, wyjście to jest trochę utrudnione. Otóż okazało się, że zabrakło mi ziemniaków, a że dzieci zażyczyły sobie kopytek, nie dało się bez tego. Zapytałam więc dzieci, czy zostaną same w domu na 10 minut, podczas kiedy ja wyskoczę z Zu na zakupy. "Tak oczywiście mamo, zostaniemy", powiedział Dede i natychmiast włączył swój telefon do ładowania żeby być zabezpieczonym i móc się ze mną natychmiast skontaktować. Zaczęłam więc żmudne przygotowania do wyjścia, czyli przewijanie i ubieranie Zu. Kiedy byłyśmy gotowe do wyjścia, Nitka nagle stwierdziła, że ona nie zostaje i idzie z nami. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to tylko na chwilę, że nie ma sensu, ale była nieugięta. Nie będę dziecka stresować, niech idzie, w końcu to tylko na chwilę. Nitka rozpoczęła przygotowania – ubieranie, czesanie, dobrze, że się jeszczce nie maluje. Siedziałam z Zu na schodkach i patrzyłyśmy obie. Kiedy Nitka była ubrana, przyszedł Dede i jakoś tak dziwnie zaczął się koło nas kręcić. W końcu wydusił z siebie, że on może też by poszedł, bo przecież co on tak będzie sam tu siedział. Dede zaczął się ubierać. Ja w międzyczasie rozbierałam Zu, bo ta już się zgrzała. Po kolejnych dłuuuuugich minutach w końcu byli gotowi, więc od początku zaczęłam ubierać Zu. Poszliśmy do samochodu. Zaczeli się kłócić o to, gdzie kto będzie siedział (do sklepu jest 800 metrów). Udało się ich jakoś upchnąć. Miałam pójść tylko po ziemniaki, zakupy trwałyby dosłownie 3 minuty. Z całą trójką zajęło to 40 minut, przy półkach ze słodyczami i chipsami doszły jeszcze negocjacje. Pani kasjerka uprzejmie i z uśmiechem zauważyła – "a Pani jak zwykle po jedną rzecz?". Smętnie przytaknęłam. Wyszłam ze sklepu obładowana siatami z żarciem na następnych kilka dni i z kwadratową głową. Ale kopytka wyszły dobre, pożarli wszystkie w ciągu 10 minut :)  





poniedziałek, 23 listopada 2015

Odchudzanie odc.4587

Znowu postanowiłam się odchudzać. No normalne przecież i każda kobieta mnie zrozumie. A ponieważ trochę na odchudzaniu się znam i w teorii jestem całkiem dobra, to ustaliłam sobie zdrową dietę oraz godziny, o których powinnam spożywać. Pierwszego dnia trzymałam się dzielnie i elegancko, zjadłam tylko to co było w diecie, czułam się lekko i przyjemnie i z dumą myślałam o tym jak to cudownie tak się odchudzać i jaka to ja jestem ekstra. Już nawet wyobrażałam sobie jak idę na zakupy i jak szałowo wyglądam w przymierzalni w każdym z mierzonych ciuchów. Drugiego dnia zjadłam śniadanie równie elegancko jak pierwszego i drugie śniadanie też. Niestety po drugim śniadaniu odkryłam opakowanie ptasiego mleczka (kto je położył na moich oczach tzn. w kącie szafki na górnej półce??!!), po spróbowaniu czy się przypadkiem nie zepsuło, a dokładny obraz mogło dać tylko jakieś 10 sztuk, odkryłam nagle, że obok leży czekolada…hmmmm, co to za czekolada? Ach mleczna z bakaliami, no tak tak, a jak ona smakuje? Zeżarłam szybko całą żeby dzieci nie zobaczyły (nie wiem czy czekolady czy mnie), a następnie fałszywym głosem zapytałam ich – „dzieci, chcecie czekoladę?” dzieci chciały, więc bezkarnie mogłam odpakować następną nadziewaną i już przy nich wciągnąć kilka kostek, bo przecież kilka mi nie zaszkodzi. No i mam postanowienie, że od jutra znowu będę się pilnować.



A dziś nocowała u mnie Przyjaciółkaodlat i doszłam do wniosku, że takie śniadanie jest jak najbardziej na miejscu. Ona może, bo jest anorektycznie chuda, ja nie mogę, bo jestem chuda rubensowsko, ale i tak było przyjemnie opychać się takimi pysznościami. Nawet M się złamał. Coś tam marudził o zbyt wysokim cukrze, ale kto by go słuchał, zresztą jak spróbował, to okazało się, że ten cukier to chyba nie jest taki wysoki i coś tam było o ogólnym dobrym prowadzeniu się i że raz na jakiś czas można i jakieś takie nudy :) Dla dzieci nie zostało, ale one będąc w szkole nie wiedziały co się tu wyprawia :) Pączki były grzeszne, pyszne i znowu od jutra postanowienie :) hahahaahhaha 

sobota, 21 listopada 2015

Samotność z Pink i rowerkiem


Postanowiłam, że będę jeździć na rowerku. Mam w piwnicy tzw. Pokój Ryśka (nazwa wzięła się od kota, który bardzo lubił tam spać) i jest to idealne miejsce do ukrycia się przed wszystkimi. Zniosłam więc tam sprzęt grający, rowerek stacjonarny, matę i hantle. Zaniosłam tam też buty do ćwiczenia, ręcznik i wodę, żeby być profesjonalnie przygotowaną i żeby stamtąd nie wychodzić w czasie ćwiczeń. No i przede wszystkim żeby mnie tam nikt nie odnalazł. Ja lubię spokój, a w czasie ćwiczeń ostatnią rzeczą jakiej chcę słuchać jest gadanie Nitki mamo tratatatataatatta mamo tratatatatatatatatata mamo tratatatatatata....i tak w kółko. Często nawet nie wiem co ona do mnie mówi, za to wiem, że bardzo dużo i bardzo głośno. W to gdzie jestem był wtajemniczony tylko M. No i udało mi się kilka razy zejść na dół niepostrzeżenie, włączyć muzykę (dla mnie Pink jest idealna do ćwiczeń) i oddać się samotnemu, ale bardzo przyjemnemu ćwiczeniu :). Nikt nie gada, nikt nic nie chce, ach jak mi cudownie. Niestety, po kilku dniach Nitka szukała mnie po całym domu i przypomniała sobie, że jest jeszcze piwnica. Była przekonana, że nastawiam pranie, więc jakie było jej zdziwienie, kiedy odkryła co robię naprawdę. Kiedy powiedziała – "mamusiuuuu, dlaczego nie powiedziałaś, że tu sobie tak fajnie ćwiczysz?", ścisnęło mnie w środku tylko trochę i fałszywie odpowiedziałam – "nie sądziłam, że będziesz chciała". Na co ona – "chcę, chcę". I już za 5 minut przebrana, w sportowych butach, trajkotała mi nad uchem kiedy robiłam brzuszki, kazała ustawiać rowerek na swój wzrost, rozłożyć drugą matę, a na koniec jeszcze tańczyć. I cały czas gadała. Samotność z Pink i rowerkiem szlag trafił.

czwartek, 19 listopada 2015

Różowy polarek

Gdzie ten różowy polarek???!!! Zu już gotowa do wyjścia, przewinięta, nakarmiona, czapa na głowę wciśnięta, drze się bo jej gorąco i chce spać a nigdzie nie ma polarka…gdzie on jest???!!! GDZIE RÓŻOWY POLAREK????!!! Latam po całym domu z Zu uczepioną na ręku, drze się, góra – wszystkie pokoje – nie ma, dół jeszcze raz – nie ma, no to jeszcze raz góra, Zu drze się jeszcze głośniej już cała czerwona i spocona, znowu dół, GDZIE TEN POLAREK???!!! Nitka patrzy spode łba, ale nic nie mówi, też gotowa do wyjścia czeka. Nagle mój wzrok pada na misia Nitki i na misu co? Różowy polarek!!! – „Mamo, ale nie budź go, bo on śpi, a jak się obudzi, będę miała przechlapane”. Padłam.




No od razu widać, że śpi. No przecież :) 

wtorek, 17 listopada 2015

Zdążyć na samolot


Rok 2010. Lotnisko gdzieś w Szkocji, wracamy z ferii świątecznych (lubimy ogólnie Wyspy Brytyjskie, taka fanaberia). Jesteśmy obładowani walizami (tam są bardzo dobre wyprzedaże i jakoś się zapomniałam), do tego dochodzą dzieci – Dede lat 5, Nitka 1,5 roku. Dede dzielnie ciągnie za sobą swój podręczny, my oczywiście swoje, w których spróbowałam upchnąć kolanem co się tylko dało. Dzieci trzymają swoje miśki, jaśki i inne akcesoria do podróży, niekoniecznie potrzebne, ważne, że dużo. Wyglądamy jak objuczone wielbłądy. M chyba się już trochę wstydzi, bo marudzi od dłuższego czasu, a kiedy stojąc w kolejce do ostatecznej odprawy przed wejściem do samolotu mówię mu, że muszę jeszcze pójść z Nitką do toalety, prawie wytacza pianę. No ale byliśmy ostatni w kolejce, więc uznałam, że zdążymy. No więc szybko toaleta i wracamy z Nitką do kolejki. Kolejki nie ma. Nikogo nie ma. Pusto. No przecież nie było nas tylko małą chwilkę. Biegnę w inną stronę,popychając wózek z Nitką przed sobą. Czyżbym pomyliła wejścia? Nie, nie pomyliłam! Podbiegam do drzwi, zamknięte! Szarpię za klamkę. Wychodzi Pani, niezbyt miła i mówi, że wszyscy już są w samolocie. Zbladłam. Jak to? Tak szybko?! Ja też chcę.Ja też do samolotu. Prowadzić mnie tam!!!! Pani obejrzała mnie od stóp do głów i z bardzo zblazowaną miną otworzyła drzwi. Podła Szkotka jedna. Puścili mnie na płytę i kazali iść do samolotu. No więc pędzę popychając przed sobą wózek, drugą ręką trzymam swój podręczny, na wózku uwieszony podręczny Nitki, Nitka trzyma w ręku maskotkę kotka i lalkę dzidziusia, ja pod pachą mam swoją kurtkę, czapkę i szalik plus ubranie Nitki. Dobiegam do samolotu w momencie kiedy schodki odjezdżają - ja nie wiem kto do tego w ogóle dopuścił, że ja tak po płycie latałam. Panowie w wielkich słuchawkach na uszach zdziwieni na mnie patrzą a ja się drę, że.przecież jeszcze ja, że mój syn w środku (męża pominęłam dla większego dramatyzmu), że jak to możliwe. W momencie kiedy próbuję przekrzyczeć hałas na płycie, zaczynają wypadać mi rzeczy, które trzymam pod pachą – kurtka, czapka, szalik. Drę się na biednego chłopaka – co tak stoisz, pomóż mi!!! trzymaj to!! daję mu co tam trzymam, on patrzy z rozbawieniem, a ja wyciągam Nitkę, szybko składam wózek, oddaję innemu panu, zbieram z ziemi porozrzucane rzeczy, zabieram od zdziwionego chłopaka resztę i obładowana jak wariatka, trzymając Nitkę na jednym ręku, strzelając złym wzrokiem wdrapuje się po przystawionych już schodkach. Wpadam do samolotu. I te oczy wlepione we mnie. Wszystkich pasażerów. Bezcenne. M prawie zapadł się pod ziemię. Bąknęłam niemrawo "przepraszam" i wyminęłam miłą stewardesę, która juz pokazywała wyjścia awaryjne....przed chwilą pytam M – "pamiętasz tą sytuację?" Na co on – "byłem na Ciebie tak zły, że nie pamiętam".


Zdjęcia z lotniska nie mam, ale znalazłam coś lepszego. Oto nasza szkocka wigilia zmontowana na szybko z tego, co dało się kupić w polskim sklepie. Była jeszcze sałatka jarzynowa :)


A wprawne oko dojrzy Dede w tych cudownych wirujących filiżankach w centrum Edynburga :)