Rok 2010. Lotnisko gdzieś w
Szkocji, wracamy z ferii świątecznych (lubimy ogólnie Wyspy
Brytyjskie, taka fanaberia). Jesteśmy obładowani walizami (tam są
bardzo dobre wyprzedaże i jakoś się zapomniałam), do tego
dochodzą dzieci – Dede lat 5, Nitka 1,5 roku. Dede dzielnie
ciągnie za sobą swój podręczny, my oczywiście swoje, w których
spróbowałam upchnąć kolanem co się tylko dało. Dzieci trzymają swoje miśki, jaśki i inne akcesoria do podróży, niekoniecznie potrzebne, ważne, że dużo. Wyglądamy jak objuczone wielbłądy. M chyba się już trochę
wstydzi, bo marudzi od dłuższego czasu, a kiedy stojąc w kolejce
do ostatecznej odprawy przed wejściem do samolotu mówię mu, że
muszę jeszcze pójść z Nitką do toalety, prawie wytacza pianę.
No ale byliśmy ostatni w kolejce, więc uznałam, że zdążymy. No
więc szybko toaleta i wracamy z Nitką do kolejki. Kolejki nie ma.
Nikogo nie ma. Pusto. No przecież nie było nas tylko małą
chwilkę. Biegnę w inną stronę,popychając wózek z Nitką przed
sobą. Czyżbym pomyliła wejścia? Nie, nie pomyliłam! Podbiegam do
drzwi, zamknięte! Szarpię za klamkę. Wychodzi Pani, niezbyt miła
i mówi, że wszyscy już są w samolocie. Zbladłam. Jak to? Tak
szybko?! Ja też chcę.Ja też do samolotu. Prowadzić mnie tam!!!! Pani
obejrzała mnie od stóp do głów i z bardzo zblazowaną miną
otworzyła drzwi. Podła Szkotka jedna. Puścili mnie na płytę i
kazali iść do samolotu. No więc pędzę popychając przed sobą
wózek, drugą ręką trzymam swój podręczny, na wózku uwieszony
podręczny Nitki, Nitka trzyma w ręku maskotkę kotka i lalkę
dzidziusia, ja pod pachą mam swoją kurtkę, czapkę i szalik plus ubranie Nitki. Dobiegam do samolotu w momencie kiedy schodki odjezdżają - ja nie
wiem kto do tego w ogóle dopuścił, że ja tak po płycie latałam.
Panowie w wielkich słuchawkach na uszach zdziwieni na mnie patrzą a
ja się drę, że.przecież jeszcze ja, że mój syn w środku (męża
pominęłam dla większego dramatyzmu), że jak to możliwe. W
momencie kiedy próbuję przekrzyczeć hałas na płycie, zaczynają
wypadać mi rzeczy, które trzymam pod pachą – kurtka, czapka,
szalik. Drę się na biednego chłopaka – co tak stoisz, pomóż
mi!!! trzymaj to!! daję mu co tam trzymam, on patrzy z rozbawieniem,
a ja wyciągam Nitkę, szybko składam wózek, oddaję innemu panu,
zbieram z ziemi porozrzucane rzeczy, zabieram od zdziwionego chłopaka
resztę i obładowana jak wariatka, trzymając Nitkę na jednym ręku,
strzelając złym wzrokiem wdrapuje się po przystawionych już
schodkach. Wpadam do samolotu. I te oczy wlepione we mnie. Wszystkich
pasażerów. Bezcenne. M prawie zapadł się pod ziemię. Bąknęłam
niemrawo "przepraszam" i wyminęłam miłą stewardesę,
która juz pokazywała wyjścia awaryjne....przed chwilą pytam M –
"pamiętasz tą sytuację?" Na co on – "byłem na
Ciebie tak zły, że nie pamiętam".
A wprawne oko dojrzy Dede w tych cudownych wirujących filiżankach w centrum Edynburga :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz