wtorek, 17 listopada 2015

Zdążyć na samolot


Rok 2010. Lotnisko gdzieś w Szkocji, wracamy z ferii świątecznych (lubimy ogólnie Wyspy Brytyjskie, taka fanaberia). Jesteśmy obładowani walizami (tam są bardzo dobre wyprzedaże i jakoś się zapomniałam), do tego dochodzą dzieci – Dede lat 5, Nitka 1,5 roku. Dede dzielnie ciągnie za sobą swój podręczny, my oczywiście swoje, w których spróbowałam upchnąć kolanem co się tylko dało. Dzieci trzymają swoje miśki, jaśki i inne akcesoria do podróży, niekoniecznie potrzebne, ważne, że dużo. Wyglądamy jak objuczone wielbłądy. M chyba się już trochę wstydzi, bo marudzi od dłuższego czasu, a kiedy stojąc w kolejce do ostatecznej odprawy przed wejściem do samolotu mówię mu, że muszę jeszcze pójść z Nitką do toalety, prawie wytacza pianę. No ale byliśmy ostatni w kolejce, więc uznałam, że zdążymy. No więc szybko toaleta i wracamy z Nitką do kolejki. Kolejki nie ma. Nikogo nie ma. Pusto. No przecież nie było nas tylko małą chwilkę. Biegnę w inną stronę,popychając wózek z Nitką przed sobą. Czyżbym pomyliła wejścia? Nie, nie pomyliłam! Podbiegam do drzwi, zamknięte! Szarpię za klamkę. Wychodzi Pani, niezbyt miła i mówi, że wszyscy już są w samolocie. Zbladłam. Jak to? Tak szybko?! Ja też chcę.Ja też do samolotu. Prowadzić mnie tam!!!! Pani obejrzała mnie od stóp do głów i z bardzo zblazowaną miną otworzyła drzwi. Podła Szkotka jedna. Puścili mnie na płytę i kazali iść do samolotu. No więc pędzę popychając przed sobą wózek, drugą ręką trzymam swój podręczny, na wózku uwieszony podręczny Nitki, Nitka trzyma w ręku maskotkę kotka i lalkę dzidziusia, ja pod pachą mam swoją kurtkę, czapkę i szalik plus ubranie Nitki. Dobiegam do samolotu w momencie kiedy schodki odjezdżają - ja nie wiem kto do tego w ogóle dopuścił, że ja tak po płycie latałam. Panowie w wielkich słuchawkach na uszach zdziwieni na mnie patrzą a ja się drę, że.przecież jeszcze ja, że mój syn w środku (męża pominęłam dla większego dramatyzmu), że jak to możliwe. W momencie kiedy próbuję przekrzyczeć hałas na płycie, zaczynają wypadać mi rzeczy, które trzymam pod pachą – kurtka, czapka, szalik. Drę się na biednego chłopaka – co tak stoisz, pomóż mi!!! trzymaj to!! daję mu co tam trzymam, on patrzy z rozbawieniem, a ja wyciągam Nitkę, szybko składam wózek, oddaję innemu panu, zbieram z ziemi porozrzucane rzeczy, zabieram od zdziwionego chłopaka resztę i obładowana jak wariatka, trzymając Nitkę na jednym ręku, strzelając złym wzrokiem wdrapuje się po przystawionych już schodkach. Wpadam do samolotu. I te oczy wlepione we mnie. Wszystkich pasażerów. Bezcenne. M prawie zapadł się pod ziemię. Bąknęłam niemrawo "przepraszam" i wyminęłam miłą stewardesę, która juz pokazywała wyjścia awaryjne....przed chwilą pytam M – "pamiętasz tą sytuację?" Na co on – "byłem na Ciebie tak zły, że nie pamiętam".


Zdjęcia z lotniska nie mam, ale znalazłam coś lepszego. Oto nasza szkocka wigilia zmontowana na szybko z tego, co dało się kupić w polskim sklepie. Była jeszcze sałatka jarzynowa :)


A wprawne oko dojrzy Dede w tych cudownych wirujących filiżankach w centrum Edynburga :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz