Moja mama wychodziła za mąż mając
25 lat i do tej pory po rodzinie krążą opowieści jak to nie
umiała zagotować nawet wody na herbatę. No więc ja postanowiłam,
że będę lepsza, a że byłam dzieckiem raczej samodzielnym, to
wodę na herbatę gotowałam już dość wcześnie, poza tym robiłam
jajecznicę, frytki, kanapki, świetnie odgrzewałam każdy obiad, a
mając lat 18 nauczyłam się robić schabowe. Uważałam, że to
wystarczy. Wyszłam za mąż i coś tam umiałam. Nie
mogłam tylko zrozumieć jak można ugotować dobrą zupę, a
największą trudność sprawiał mi rosół! Szkoliłam się więc w
gotowaniu zup i teraz nawet potrafię zrobić ze cztery. Więcej nie
potrzebuję, bo dzieci i tak jedzą tylko wybrane dania (dziecko jak
ty ich wychowujesz, dzieci twojej bratowej jedzą wszystko). Przez 10
lat gotowałam te cztery zupy, robiłam kotlety, pulpety, piekłam
mięsa, smażyłam ryby i co tam jeszcze mi przyszło do głowy.
Wydawało mi się, że wszystkim smakuje i że zjadają z chęcią.
Tak było do momentu, w którym odeszła na zawsze nasza
Negra, a warto wspomnieć, że była to cudowna biszkoptowa
labradorka i że labradory kochają jeść. No i po jej śmierci
okazało się, że nagle musiałam zacząć wyrzucać jedzenie, które
gotuję!!! Jakoś dziwnie dużo zostawało i słyszałam coraz mniej
pochwał w stylu „och mamo, jakie to pyszne”. Teraz bardzo cieszy się lis oraz inne dzikie zwierzaki mieszkające w pobliżu. No cóż, wyszło
szydło z worka. Parę ładnych lat mnie oszukiwali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz