niektórzy mówią, że Nitka to mój
klon. Ale ale...mam jeszcze jednego. Otóż mój Klon istnieje 400km
ode mnie i ma te geny co ja. Z Klonem znamy się od początku
istnienia, tylko jako dzieci bardzo się różniłyśmy – Klon była
wiecznie brudna i nie potrafiła jeść łyżką, tzn. jej się
wydawało, że je, ale tak naprawdę wszystko z powrotem trafiało do
talerza. Ja natomiast byłam zawsze czysta, uczesana i łyżkę
trzymałam prosto, śmiejąc się Klonowi prosto w twarz. Ale Klon i
tak mnie kochała, a ja kochałam Klona :) Klon nadal dobrze się ma
i jakiś czas temu pokazała zdjęcie, że zrobiła czekoladę, taką
co się w dawnych czasach robiło samemu. No i ja pozazdrościłam
Klonowi, że zrobił czekoladę, jak to w dawnych czasach się
robiło, więc zrobiłam i ja. Znaczy Dede z Nitką zrobili a ja
patrzyłam. Zu trochę za mała, więc dostała prawo do siedzenia w
foteliku i patrzenia, podczas kiedy starszeństwo gotowało. Dede z
racji poważnego wieku 10 lat był tym operującym przy gazie (bo tam
mleko trzeba zagotować), robił to z miną bardzo poważną, mieszał
powoli i dostojnie, stojąc na podstawce, pewnie żeby wydawać się
wyższym. Nitka patrzyła na niego z podziwem (ach jak on pięknie
miesza na tym gazie) i czekała aż będzie mogła dodawać
składniki. Składniki zostały dodane, cała kuchnia elegancko
zachlapana, bo jakoś im się wiertła od miksera wyjęły w czasie
mieszania :) Nitka dała nam się namówić na napchanie buzi mlekiem
w proszku (no kto tego nie robił, kto?) i potem nie mogła odkleić
zębów :) śmialiśmy się z tego z M, ale za jej plecami, natomiast
w twarz współczuliśmy :) Czekolada została przelana do pojemników
i trafiła do lodówki. Dzisiaj rano została pożarta, prawie cała
w błyskawicznym tempie. I wcale nie jestem pewna, że dzieci zjadły
najwięcej :) Niestety zdjęcia nie mam, nie zdążyłam zrobić :(
pyszne
OdpowiedzUsuń