niedziela, 15 listopada 2015

Czekolada

niektórzy mówią, że Nitka to mój klon. Ale ale...mam jeszcze jednego. Otóż mój Klon istnieje 400km ode mnie i ma te geny co ja. Z Klonem znamy się od początku istnienia, tylko jako dzieci bardzo się różniłyśmy – Klon była wiecznie brudna i nie potrafiła jeść łyżką, tzn. jej się wydawało, że je, ale tak naprawdę wszystko z powrotem trafiało do talerza. Ja natomiast byłam zawsze czysta, uczesana i łyżkę trzymałam prosto, śmiejąc się Klonowi prosto w twarz. Ale Klon i tak mnie kochała, a ja kochałam Klona :) Klon nadal dobrze się ma i jakiś czas temu pokazała zdjęcie, że zrobiła czekoladę, taką co się w dawnych czasach robiło samemu. No i ja pozazdrościłam Klonowi, że zrobił czekoladę, jak to w dawnych czasach się robiło, więc zrobiłam i ja. Znaczy Dede z Nitką zrobili a ja patrzyłam. Zu trochę za mała, więc dostała prawo do siedzenia w foteliku i patrzenia, podczas kiedy starszeństwo gotowało. Dede z racji poważnego wieku 10 lat był tym operującym przy gazie (bo tam mleko trzeba zagotować), robił to z miną bardzo poważną, mieszał powoli i dostojnie, stojąc na podstawce, pewnie żeby wydawać się wyższym. Nitka patrzyła na niego z podziwem (ach jak on pięknie miesza na tym gazie) i czekała aż będzie mogła dodawać składniki. Składniki zostały dodane, cała kuchnia elegancko zachlapana, bo jakoś im się wiertła od miksera wyjęły w czasie mieszania :) Nitka dała nam się namówić na napchanie buzi mlekiem w proszku (no kto tego nie robił, kto?) i potem nie mogła odkleić zębów :) śmialiśmy się z tego z M, ale za jej plecami, natomiast w twarz współczuliśmy :) Czekolada została przelana do pojemników i trafiła do lodówki. Dzisiaj rano została pożarta, prawie cała w błyskawicznym tempie. I wcale nie jestem pewna, że dzieci zjadły najwięcej :) Niestety zdjęcia nie mam, nie zdążyłam zrobić :( 

1 komentarz: