W tamtym roku, będąc w wakacje u
babci, postanowiłyśmy z moją SiostrąniecoMłodszą sprawić
dzieciom frajdę i zabrać ich nad rzekę Pilicę. Owa rzeka jest
oddalona od domu babci kilka kilometrów, które jako dzieci
pokonywaliśmy na piechotę, no ale teraz przecież jesteśmy
dorosłe, mamy samochody i lubimy wygodę, więc jedziemy.
Zapakowałyśmy do dwóch samochodów siebie, czworo dzieci, Negrę
oraz prowiant, bo miało być sielsko anielsko, bosko i pełen luz.
Jednak za namową jednego z Braci, nie pojechałyśmy znaną Nam
drogą (bo tam podobno błoto i nie da się przejechać), ale inną,
taką polną wzdłuż rzeki. Obraz po lewej był piękny, bo pola i
lasy, obraz po prawej również piękny, bo rzeka, no już się
cieszyłyśmy na samą myśl jak to zaraz będziemy się kąpać,
dzieci były podekscytowane, my oczywiście jechałyśmy jedna za
drugą, trajkocząc jednocześnie ze sobą przez telefon. Nagle droga
zaczęła byc bardzo mocno wyboista, więc pytam moją
SiostręniecoMłodszą – czy dasz radę przejechać? - ja
przejeżdżałam spokojnie, bo z racji mieszkania na odludziu, mam
samochód, który sobie w terenie radzi. SiostraniecoMłodsza
odpowiedziała, że oczywiście (no wiadomo, toż to moja krew i gen)
patrzyłam więc z podziwem jak rzeczywiście jej mały samochodzik
dzielnie pokonuje coraz to większe dziury, wertepy i jak czasami
leciutko frunie nad niektórymi z nich. Jechałam za nią (całe
szczęście) i podziwiałam. Dobry humor Nas nie opuszczał. Kiedy
wjechałyśmy w las - taki już z jednej strony las i z drugiej
strony las, a my na wąziutkiej dróżce w środku, nagle przestała
frunąć...tylko zawisła. O cholera. Nie rusza. Widzę, że dzielna
SiostraniecoMłodsza próbuje i próbuje ale nic, zero. Kompletnie
nic się nie rusza. Wysiadamy, debatujemy, próbujemy, chodzimy
dookoła samochodu, podrzucamy gałęzie, próbujemy pchać...nic.
Dzieci zaczynają się niepokoić, więc mogą wysiąść z
samochodu, ale niestety tylko na chwilę, ponieważ zaraz pojawiają
się nie wiadomo skąd ślepaki – takie paskudne podłużne muchy,
które strasznie gryzą i to bardzo puchnie i boli przez kilka dni.
Pojawia się cała chmara, więc dzieci zostają unieruchomione w
samochodzie, gdzie zaczynają płakać, a my debatujemy dalej,
popalając nerwowo papieroski, co to je SiostraniecoMłodsza wyjęła
z jakiejś awaryjnej kryjówki. Samochód stoi w błocie po same
swoje pachy. No ale ale, zaraz zaraz, przecież ja jestem za nią,
mój samochód jest wolny, zaraz ją wyciągnę, przecież mam 4x4 i
silnik mocny. Taaaa....tylko, że nie mam linki....No i co? I
musiałyśmy ściągnąć Brata, co to nam poradził tą drogę a nie
tamtą (czekałyśmy na niego prawie godzinę, a potem coś tam mówił o debilizmie i blond włosach), on musiał kupić nam
linkę, dzięki której samochód został wyciągnięty. Radości
było co niemiara, przybijanie piątek i wielkie święto. Ach jaki
to wielki dół był, no nie wiem, nie wiem kto by tędy przejechał,
chyba tylko traktor!!! Tak sobie stoimy i debatujemy i przeżywamy,
aż nagle obok nas pojawia się starszy Pan starym samochodem typu
Astra hatchback (pamiętam, że czerwonym), mijając nas mówi – a
tu to trzeba uważać, ja na ryby tędy jeżdżę i przejeżdża obok
nas i przez ten dół, lekko tylko dodając gazu. Martwa cisza i
szczęki na ziemi. SiostraniecoMłodsza stwierdziła, że ma dość
kąpieli i wraca do domu, ja moim nie mogłam odmowić tej
przyjemności i jeszcze zabrałam ich na inne kąpielisko :) A potem
do 3 rano na schodkach domu babci pocieszałyśmy się napojami
wyskokowymi, wypalając do reszty awaryjne papieroski. Potem jeszcze
chodziłyśmy po lesie, tak tak w nocy, po ciemku...ale kto by to
dokładnie pamiętał :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz