piątek, 13 listopada 2015

Przypadkowy Off Road

W tamtym roku, będąc w wakacje u babci, postanowiłyśmy z moją SiostrąniecoMłodszą sprawić dzieciom frajdę i zabrać ich nad rzekę Pilicę. Owa rzeka jest oddalona od domu babci kilka kilometrów, które jako dzieci pokonywaliśmy na piechotę, no ale teraz przecież jesteśmy dorosłe, mamy samochody i lubimy wygodę, więc jedziemy. Zapakowałyśmy do dwóch samochodów siebie, czworo dzieci, Negrę oraz prowiant, bo miało być sielsko anielsko, bosko i pełen luz. Jednak za namową jednego z Braci, nie pojechałyśmy znaną Nam drogą (bo tam podobno błoto i nie da się przejechać), ale inną, taką polną wzdłuż rzeki. Obraz po lewej był piękny, bo pola i lasy, obraz po prawej również piękny, bo rzeka, no już się cieszyłyśmy na samą myśl jak to zaraz będziemy się kąpać, dzieci były podekscytowane, my oczywiście jechałyśmy jedna za drugą, trajkocząc jednocześnie ze sobą przez telefon. Nagle droga zaczęła byc bardzo mocno wyboista, więc pytam moją SiostręniecoMłodszą – czy dasz radę przejechać? - ja przejeżdżałam spokojnie, bo z racji mieszkania na odludziu, mam samochód, który sobie w terenie radzi. SiostraniecoMłodsza odpowiedziała, że oczywiście (no wiadomo, toż to moja krew i gen) patrzyłam więc z podziwem jak rzeczywiście jej mały samochodzik dzielnie pokonuje coraz to większe dziury, wertepy i jak czasami leciutko frunie nad niektórymi z nich. Jechałam za nią (całe szczęście) i podziwiałam. Dobry humor Nas nie opuszczał. Kiedy wjechałyśmy w las - taki już z jednej strony las i z drugiej strony las, a my na wąziutkiej dróżce w środku, nagle przestała frunąć...tylko zawisła. O cholera. Nie rusza. Widzę, że dzielna SiostraniecoMłodsza próbuje i próbuje ale nic, zero. Kompletnie nic się nie rusza. Wysiadamy, debatujemy, próbujemy, chodzimy dookoła samochodu, podrzucamy gałęzie, próbujemy pchać...nic. Dzieci zaczynają się niepokoić, więc mogą wysiąść z samochodu, ale niestety tylko na chwilę, ponieważ zaraz pojawiają się nie wiadomo skąd ślepaki – takie paskudne podłużne muchy, które strasznie gryzą i to bardzo puchnie i boli przez kilka dni. Pojawia się cała chmara, więc dzieci zostają unieruchomione w samochodzie, gdzie zaczynają płakać, a my debatujemy dalej, popalając nerwowo papieroski, co to je SiostraniecoMłodsza wyjęła z jakiejś awaryjnej kryjówki. Samochód stoi w błocie po same swoje pachy. No ale ale, zaraz zaraz, przecież ja jestem za nią, mój samochód jest wolny, zaraz ją wyciągnę, przecież mam 4x4 i silnik mocny. Taaaa....tylko, że nie mam linki....No i co? I musiałyśmy ściągnąć Brata, co to nam poradził tą drogę a nie tamtą (czekałyśmy na niego prawie godzinę, a potem coś tam mówił o debilizmie i blond włosach), on musiał kupić nam linkę, dzięki której samochód został wyciągnięty. Radości było co niemiara, przybijanie piątek i wielkie święto. Ach jaki to wielki dół był, no nie wiem, nie wiem kto by tędy przejechał, chyba tylko traktor!!! Tak sobie stoimy i debatujemy i przeżywamy, aż nagle obok nas pojawia się starszy Pan starym samochodem typu Astra hatchback (pamiętam, że czerwonym), mijając nas mówi – a tu to trzeba uważać, ja na ryby tędy jeżdżę i przejeżdża obok nas i przez ten dół, lekko tylko dodając gazu. Martwa cisza i szczęki na ziemi. SiostraniecoMłodsza stwierdziła, że ma dość kąpieli i wraca do domu, ja moim nie mogłam odmowić tej przyjemności i jeszcze zabrałam ich na inne kąpielisko :) A potem do 3 rano na schodkach domu babci pocieszałyśmy się napojami wyskokowymi, wypalając do reszty awaryjne papieroski. Potem jeszcze chodziłyśmy po lesie, tak tak w nocy, po ciemku...ale kto by to dokładnie pamiętał :)

Oto zdjęcie utkniętego samochodu SiostryniecoMłodszej, w błocie aż po dach. Taka sytuacja :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz