wtorek, 10 listopada 2015

Jak to z Zu było


Zu pojawiła się niespodziewanie. Nie to, żeby była dużym zaskoczeniem, jak ludzie uprawiają to na s, to mogą być z tego dzieci. Wiadomo. No więc pewnego 6 października zrobiłam test i okazało się, że kreski są dwie. Zaskoczenie było tak ogromne, że zaczęłam od wycia i rozpaczania, że przecież mieliśmy jechać na wakacje do Portugalii ze S-kimi, że ja awans w pracy, że to nie to i nie śmo i nie tak miało być. M siedział i się nie odzywał tylko patrzył i patrzył, po czym stwierdził „a ja się cieszę” . No i co? I nie miałam wyjścia, głupio mi się zrobiło i też się ucieszyłam, bo przecież tak naprawdę to szczęście wielkie. Zaraz obdzwoniłam rodziców jednych, drugich oraz wszystkie możliwe koleżanki, aby poinformować, że oto będzie numer trzy. Większość zareagowała – o ja pier…albo coś podobnego, niektóre się ucieszyły. S-cy trochę się zasmucili, bo na Portugalię musieli znaleźć innych chętnych, ale ogólnie przyjęcie wiadomości było pozytywne.
Ciąża z Zu minęła jak z bicza trzasł, w biegu, w pracy, w przedszkolu i szkole, samochodzie i wyjazdach, aż przyszedł maj. Zu miała urodzić się w czerwcu, a 31 maja Dede miał ważny dzień – Komunię. Całą ciążę powtarzałam, że do szpitala mogę jechać już 31 maja wieczorem, a wcześniej to na pewno nie, bo przecież Komunia. Powtarzałam to jeszcze w czwartek 28 maja kiedy o 5 rano obudziły mnie dziwne skurcze. No naprawdę dziwne te skurcze, pewnie przepowiadające, bo rodzić mam za dwa tygodnie. M przebywał wtedy kilka dni poza domem, co u niego jest zjawiskiem dość częstym, wynikającym z charakteru pracy. Wstałam więc jak zwykle, wybrałam dzieci, zawiozłam do szkoły i poszłam na zakupy. W spożywczym znowu mną szarpnęło, ale myślę, no no, te przepowiadające są dość mocne. Wróciłam do domu, posprzątałam, pogotowałam (choć nie bardzo umiem), wykapałam się i przepowiadające minęły. Eee spoko, wydawało mi się. No i dzień normalny jak każdy inny, odbieranie dzieci ze szkoły, potem one do dzieci sąsiadów na zabawę, ja na kawkę, M nie musisz się spieszyć, to pewnie były przepowiadające, możesz spokojnie pracować, wrócisz o której tam Ci wyjdzie itd.
Taaa….o 20.30 dzieci oddałam do teściów na noc, bo „chyba muszę pojechać do szpitala i sprawdzić te skurcze, bo coś są za często”. Telefon do M – „wiesz M, pospiesz się jednak, bo musimy sprawdzić te przepowiadające, bo coś są za często, a sama do szpitala nie będę jechać” – choć miałam ochotę Kiedy o 22 M wpadł do domu już wisiałam na kanapie i mówię – „oj to chyba nie są przepowiadające”, M zbladł tylko trochę, złapał moją torbę i już nas nie było. Do szpitala 15 minut, ale już pod koniec musiało być naprawdę szybko. Trochę jak na filmach. Pewnie nieczęsto zdarza się widok pary trzymającej się za ręce i biegnącej na porodówkę w te pędy.

No i kiedy pół godziny później Zu była na świecie mój M usłyszał jak jedna położna mówi do drugiej – „cholera jasna, jaka artystka, trzeci poród, a myślała, że to przepowiadające” po czym obie wybuchły śmiechem…no tak. 
A Komunię Dede spędziłam w szpitalu, tuląc Zu i popłakując po cichu Koleżanki z sali pocieszały jak mogły i nie było tak źle

1 komentarz:

  1. Zu dziecko pracoholiczki i tak dzielnie i długo przebywało po tej mniej ciekawej stronie świata, pewnie liczyła, że zdąży pojawic sie na komunii brata, tylko ostatecznie do końca sie wyrobiła ;)

    OdpowiedzUsuń