no nie oglądam. Nie oglądam i już. Mój M fascynuje się prawie każdym rodzajem sportu. Od zawsze. Piłka nożna jest dla niego ważna jak nie wiem co i dziwię się, że ze swoją wiedzą nie pracuje jako dziennikarz sportowy. Podobnie jak jego najbliżsi przyjaciele. Próbował mnie zaszczepić wiele razy. Zdarzało się nawet, że bywałam na jakichś meczach futbolowych czy koszykówki. Bardzo lubiłam, darłam się wniebogłosy jak trzeba było, gwizdałam i nawet mówiłam brzydkie słowa kiedy coś mi się nie podobało, ale jakoś nigdy nie wciągnęło mnie to aż tak bardzo. Ba, raz nawet podszywając się pod Włoszkę, niejaką Rossanę, byłam na meczu Romy w Rzymie i wraz z kibicami obok rzymskiej żylety śpiewałam piosenkę "Roma Roma Roma". Natomiast naprawdę skupiałam się na tym czy piłkarze w rzeczywistości są tak przystojni jak w telewizji. Podobnie na stadionie Legii, kiedy grała z Górnikiem Łęczna, ani słowem nie zdradziłam się siedząc wśród zagorzałych kibiców Legii, że jestem za przeciwnikiem. Dziarsko śpiewałam - Legia to jest potęga i jakieś takie, a po cichu cieszyłam się z dobrych akcji Górnika. No cóż. No a teraz mecze mecze i mecze. Chłopaki żyją tymi meczami od świtu do nocy, trzy razy dziennie, kto z kim, kto ile punktów, kto wychodzi z grupy, a kto nie. Dla mnie to zupełnie obojętne. M przyczepił mi flagę do samochodu, bo dzisiaj grają nasi. No dobra, z flagą mogę pojeździć. Oglądanie pierwszego meczu Polaków odbyło się u nas, ale ja to skupiłam się bardziej na tym jaką sałatkę zrobić, czy ciasto rabarbarowe będzie smakowało oraz czy na pewno wystarczy piwa. A potem miłe "plotu plotu" z dziewczynami. Niestety przez lata życia z kibicem nie nauczyłam się co znaczy osławiony spalony i zdarza mi się zapytać - którzy to nasi? Jak padnie jakaś bramka, podnoszę (zazwyczaj znad książki lub komputera) wzrok i patrzę jak jakiś wyfryzowany goguś, cieszy się wraz ze swoimi kompanami. No wspaniale. Gratuluję. Jestem pod wrażeniem, bo ja tak nie potrafię. Szanuję, ale nie podniecam się i nie udaję, że mnie to interesuje. Nie interesuje, nie obchodzi, nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Ja wiem, że teraz Euro, ja wiem, że powinnam, że teraz taka moda żeby oglądać mecze i się interesować, a nawet wystąpić na zdjęciu w jakiejś koszulce, najlepiej w knajpie z tym meczem, z pomalowaną twarzą. Ja wiem, że powinnam dzielnie wspierać swojego mężczyznę w odpowiednim przeżywaniu, czyli zapełniać lodówkę, podawać chłodne piwo i ze zrozumieniem usuwać krzyczące dzieci sprzed telewizora. No tak podobno powinnam, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby On, kiedy oglądam "Co się wydarzyło w Madison County" i Meryl Streep chwyta za klamkę i nie wie czy wysiąść z samochodu męża, a ja wtedy zaczynam wyć i nie przestaję do końcowych napisów, no nie przypominam, żeby on wtedy podawał mi chusteczki i patrzył ze zrozumieniem. Raczej mówi, że jestem zbyt emocjonalną idiotką i przecież to tylko film. No więc ja nie podniecam się tymi meczami za bardzo, nie przeszkadzam, a jak wychodzi oglądać z kolegami, to nawet bardzo się cieszę. Mam wtedy wolny wieczór. I każdy jest zadowolony. Ja nie jestem żona idealna. Po prostu.
wtorek, 21 czerwca 2016
niedziela, 5 czerwca 2016
Na pewno kultura?
Przypadkiem trafiłam na post pewnej oburzonej Pani Mamy, której to syn próbował wejść w trampkach do klubu i nie został wpuszczony właśnie ze względu na obuwie. Od razu z przekąsem, że Pan Ochroniarz pewnie nie wie, że w "niektórych" kręgach trampki zastąpiły lakierki, zaraz pojawiły się komentarze w stylu "jakaś komedia", "kultura wyższa", "szok" itd itd. Prześmiewczo i oczywiście kulturalnie - przepraszam, z kulturą wyższą, z wyższym kulturalnym przekąsem, z wyższą kulturalną szpilą. A ja akurat uważam, że Pani Mama zachowała się w stylu "ale wieśniaki, na moim syneczku się nie poznali, w trampkach nie wpuścili, chodź chodź syneczku, oni nie wiedzą co to kultura, co to moda, wręcz haute couture.
No cóż...każdy może ustalić sobie zasady jakie chce. A co jeśli Pan Właściciel klubu nie lubi chłopców w trampkach, bo właśnie taki uprowadził mu piękną żonę? albo ma uraz do całej rzeszy metroseksualnych chłopaczków w trampkach i rurkach, jakich teraz pełno na ulicach? i po prostu nie chce ich w swoim klubie? Nie twierdzę, że Syn Pani Mamy właśnie taki jest, nie widziałam gościa na oczy i może fajny z niego facet, no ale tak już na tym świecie jest, że mamy knajpy, w których przy wejściu np. obcinają panom krawaty, a kobietom ramiączka od staników, w innych nie wpuszczają w butach sportowych, a jak właściciel ma ochotę, to i w czerwonych butach może nie wpuszczać, a co. Każdy ustala swoje zasady, a jeśli chcę iść do niego, muszę się dostosować. U mnie w domu chodzi się w butach i goście nie muszą ich zdejmować, ale to nie znaczy, że u koleżanki, w której domu buty zdejmuje się w drzwiach, wejdę po swojemu. Idę do niej i szanuję jej zasady. Tak po prostu. Byłam świadkiem jak dwie Amerykanki błagały przy wejściu do Watykanu, aby je wyjątkowo wpuścić z odsłoniętymi ramionami, ale obsługa była nieugięta. I zaraz może ktoś się oburzyć - ale jak to porównywać klub młodzieżowy do Watykanu, idiotka jakaś. Ano nie idiotka, tylko zasada jest zasadą, a my albo się dostosujemy, albo idźmy sobie gdzieś, gdzie nas wpuszczą. Na całym świecie tak jest. Bez zbędnych komentarzy, świętego oburzenia i wyśmiewania, bo takie zachowanie obok kultury również nie stoi....
I od razu zaznaczam, że moim celem nie było obrażenie kogokolwiek, a Pani Mama posłużyła jako kompletnie przypadkowy i anonimowy przykład.
czwartek, 2 czerwca 2016
Banan mi się psuje
O, banan mi czernieje, no to już ja go wykorzystam. Hmmm. Usmażę go na maśle, lubię takie. Dobra, no przecież coś do niego by się jeszcze przydało. ..co by tu... no tak, wezmę sobie tu taki pucharek szklany, żeby było ładnie. Sam banan w pucharku? Pusto i bez sensu. No to może na spód trochę bitej śmietany. Nooo i od razu lepiej. Śmietany oczywiście niewiele, bo jestem na diecie. Na to smażony banan. No to może jeszcze sosu czekoladowego, tak dla ładnego wyglądu. Niewiele, bo wciąż jestem na diecie. Hmmm, zostało trochę miejsca, zdaje się, że mam jakieś lody. No to gałka śmietankowych i jeszcze trochę śmietany i banana i sosu, ale niewiele, bo wiadomo - dieta! Odkrywam jeszcze jedne lody - czekoladowe, no pasują idealnie, jakże z nich zrezygnować. A na wierzch dodam, choć wcale nie mam ochoty, jeszcze trochę śmietany i sosu, tak dla wyglądu. Ta dieta kiedyś mnie wykończy.
czwartek, 19 maja 2016
Rodzinne wyjście
Zrobiło się ciepło i tak już mamy i lubimy, że jak ciepło, to chodzimy sobie czasem na obiad na Starówkę.
- Czy jesteś pewna, że Zu jest gotowa na siedzenie w knajpie? - zapytał nieco zaniepokojony M.
- Oczywiście, że jest. Ma już prawie rok.
No dobra, szykujemy się. Normalnym ludziom zajmuje to niewiele czasu, u Nas trwa to trochę dłużej, bo przecież kiedy już po całym ubieraniu siedzimy w samochodzie, okazuje się, że a). Nitka właśnie koniecznie musi pójść do toalety, b). pielucha Zu wymaga natychmiastowej zmiany, c). Dede nagle przypomina sobie, że świeci słońce i bardzo potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, które znajdują się w bliżej nieokreślonym miejscu w jego pokoju, d). ja orientuję się, że przecież trzeba jeszcze zabrać jakieś grzechotki i wygonić kota na dwór. To chyba rodzinne, jedna z moich sióstr przed wyjściem, kiedy już wszyscy są gotowi, zawsze podlewa kwiatki. No więc wpadamy we czworo do domu i załatwiamy wszystkie bardzo pilne sprawy, podczas gdy M siedzi w samochodzie i stara się nie stracić cierpliwości i dobrego humoru, słucha sobie w tym celu jakiegoś jazzu czy innej poezji śpiewanej. A my jak w ukropie biegamy tam i z powrotem, następnie wpadamy do samochodu, żeby zobaczyć M z marsową miną, mruczącego pod nosem, że jest jak zwykle, że to się nigdy nie zmieni, że bez sensu i jakieś takie straszne bzdury, które, aby nie zepsuć sobie popołudnia, należy puścić mimo uszu. Jedziemy. Wszyscy w doskonałych humorach. Dzieci z tyłu cały czas trajkoczą. Na okrągło. Ja wyłapuję tylko "mamooo tratatatata, mamooooo tartatatataa mamomaomamomamo tratatatatatatatata". Zazwyczaj odpowiadam "hmmmm", albo "tak", albo uśmiecham się zagadkowo i jakoś to leci. Wszyscy zadowoleni. Czasami orientują się, że ich wcale nie słucham i wtedy wpadka na całego, ale na szczęście rzadko. :)
Jesteśmy na Starówce. No to wysiadanie, wyciąganie wózka, zamieszanie, gadanie, jakby przyjechał autobus ze szkolną wycieczką. Zabieramy jakieś ubrania, zabawki, butelki itd., no jednym słowem objuczone wielbłądy. Szukamy wolnego stolika. No nie, nie takie to łatwe, wszystko zajęte, a jak wolne, to albo nie tu gdzie chcemy, albo nie da się podjechać wózkiem, albo za mało miejsca. Już zaczyna być nam gorąco i patrzymy z M na siebie z politowaniem, ale nie poddajemy się. Tym bardziej, że dzieci mamy knajpiane. Nitka i Dede uwielbiają jadać w knajpach, sami z powagą czytają menu, chociaż zupełnie nie wiem po co, bo zazwyczaj i tak wybierają frytki z kurczakiem, ostatnio polubili pizzę, więc jest trochę łatwiej. Tak tak, moje dzieci, to takie dziwadła, co nie lubiły pizzy. Zamawiają sami - sok jabłkowy proszę, lub orange juice please - w zależności od miejsca. Światowo, wszak po coś się uczą tych języków :) No a potem jest najgorsze - oczekiwanie na jedzenie. I właśnie ostatnio okazało się, że Zu owszem jest gotowa na wyjścia do knajpy, ale nie na czekanie na jedzenie 1 godzinę i 40 minut!!!! bo tyle właśnie to trwało. Pani zlitowała się nad nami i przyniosła jakieś deski serów, chociaż nie wiem czy to z litości, czy raczej z chęci zatrzymania wściekłego klienta. Przez pierwsze pół godziny Zu była bardzo grzeczna i wesoła, no a potem to już nie było przyjemne biesiadowanie, a telepanie znudzonej Zu na rękach, wychodzenie z nią z knajpy żeby było ciekawiej, zagadywanie i zabawianie. I jedzenie na zmianę i na szybko na zasadzie ty jedz, ja ją potrzymam i na odwrót. W pośpiechu, bez smaku i bez sensu. Z obiadu wyszliśmy najedzeni, ale umęczeni że hoho. Czy ja mówiłam, że to się uda???!!!! W drodze powrotnej Zu dała nam jeszcze tak cudowny koncert, że wysiedliśmy pod domem z wielką ulgą. Następny raz prędko nie nastąpi.
- Czy jesteś pewna, że Zu jest gotowa na siedzenie w knajpie? - zapytał nieco zaniepokojony M.
- Oczywiście, że jest. Ma już prawie rok.
No dobra, szykujemy się. Normalnym ludziom zajmuje to niewiele czasu, u Nas trwa to trochę dłużej, bo przecież kiedy już po całym ubieraniu siedzimy w samochodzie, okazuje się, że a). Nitka właśnie koniecznie musi pójść do toalety, b). pielucha Zu wymaga natychmiastowej zmiany, c). Dede nagle przypomina sobie, że świeci słońce i bardzo potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, które znajdują się w bliżej nieokreślonym miejscu w jego pokoju, d). ja orientuję się, że przecież trzeba jeszcze zabrać jakieś grzechotki i wygonić kota na dwór. To chyba rodzinne, jedna z moich sióstr przed wyjściem, kiedy już wszyscy są gotowi, zawsze podlewa kwiatki. No więc wpadamy we czworo do domu i załatwiamy wszystkie bardzo pilne sprawy, podczas gdy M siedzi w samochodzie i stara się nie stracić cierpliwości i dobrego humoru, słucha sobie w tym celu jakiegoś jazzu czy innej poezji śpiewanej. A my jak w ukropie biegamy tam i z powrotem, następnie wpadamy do samochodu, żeby zobaczyć M z marsową miną, mruczącego pod nosem, że jest jak zwykle, że to się nigdy nie zmieni, że bez sensu i jakieś takie straszne bzdury, które, aby nie zepsuć sobie popołudnia, należy puścić mimo uszu. Jedziemy. Wszyscy w doskonałych humorach. Dzieci z tyłu cały czas trajkoczą. Na okrągło. Ja wyłapuję tylko "mamooo tratatatata, mamooooo tartatatataa mamomaomamomamo tratatatatatatatata". Zazwyczaj odpowiadam "hmmmm", albo "tak", albo uśmiecham się zagadkowo i jakoś to leci. Wszyscy zadowoleni. Czasami orientują się, że ich wcale nie słucham i wtedy wpadka na całego, ale na szczęście rzadko. :)
Jesteśmy na Starówce. No to wysiadanie, wyciąganie wózka, zamieszanie, gadanie, jakby przyjechał autobus ze szkolną wycieczką. Zabieramy jakieś ubrania, zabawki, butelki itd., no jednym słowem objuczone wielbłądy. Szukamy wolnego stolika. No nie, nie takie to łatwe, wszystko zajęte, a jak wolne, to albo nie tu gdzie chcemy, albo nie da się podjechać wózkiem, albo za mało miejsca. Już zaczyna być nam gorąco i patrzymy z M na siebie z politowaniem, ale nie poddajemy się. Tym bardziej, że dzieci mamy knajpiane. Nitka i Dede uwielbiają jadać w knajpach, sami z powagą czytają menu, chociaż zupełnie nie wiem po co, bo zazwyczaj i tak wybierają frytki z kurczakiem, ostatnio polubili pizzę, więc jest trochę łatwiej. Tak tak, moje dzieci, to takie dziwadła, co nie lubiły pizzy. Zamawiają sami - sok jabłkowy proszę, lub orange juice please - w zależności od miejsca. Światowo, wszak po coś się uczą tych języków :) No a potem jest najgorsze - oczekiwanie na jedzenie. I właśnie ostatnio okazało się, że Zu owszem jest gotowa na wyjścia do knajpy, ale nie na czekanie na jedzenie 1 godzinę i 40 minut!!!! bo tyle właśnie to trwało. Pani zlitowała się nad nami i przyniosła jakieś deski serów, chociaż nie wiem czy to z litości, czy raczej z chęci zatrzymania wściekłego klienta. Przez pierwsze pół godziny Zu była bardzo grzeczna i wesoła, no a potem to już nie było przyjemne biesiadowanie, a telepanie znudzonej Zu na rękach, wychodzenie z nią z knajpy żeby było ciekawiej, zagadywanie i zabawianie. I jedzenie na zmianę i na szybko na zasadzie ty jedz, ja ją potrzymam i na odwrót. W pośpiechu, bez smaku i bez sensu. Z obiadu wyszliśmy najedzeni, ale umęczeni że hoho. Czy ja mówiłam, że to się uda???!!!! W drodze powrotnej Zu dała nam jeszcze tak cudowny koncert, że wysiedliśmy pod domem z wielką ulgą. Następny raz prędko nie nastąpi.
wtorek, 19 kwietnia 2016
Ach te Krówki...
Wybraliśmy się z M do sklepu i o dziwo zabraliśmy ze sobą tylko jedno dziecko. Dede. Już na samym początku ciągle przeżywaliśmy jak to cicho w samochodzie, a w sklepie, to już w ogóle byliśmy zachwyceni. Dede nie podbiegał do półek, nie gadał wciąż i wciąż, tylko po cichu pchał wózek. Wszak to już prawie nastolatek (- "Mamooo, jedenaście lat, to już nastolatek, prawda?") i jak na takiego przystało, był bardzo stateczny. Do momentu, aż nie weszliśmy między półki ze słodyczami. Wtedy niestety objawiło się dziecko, o zgrozo (!) również we mnie. Zaczęliśmy biegać obydwoje jak opętani, a w momencie, kiedy odkryliśmy duże opakowania ukochanych krówek, prawie wyliśmy z zachwytu. M wstydząc się okrutnie pokazał nam plecy, a my zaczęliśmy się namawiać, jakby tu przekonać Ojca (w takiej sytuacji stał się również moim Ojcem), żeby pozwolił nam kupić krówki w ilości hurtowej. Kiedy tak się namawialiśmy i jęczałam do Dede
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
czwartek, 14 kwietnia 2016
Nuda raczej mi nie grozi
- Nie nudzisz się na tym macierzyńskim? Co to można robić w domu przez cały dzień?! Chyba nic!
Wstałam o godz. 5.30, bo Zu jest z tych dzieci, które wstają wcześnie. Trochę się z nią bawiłam, a trochę przysypiałam. Potem obudziłam starsze dzieci, zrobiłam śniadanie, kanapki, fryzurę Nitce, nakarmiłam Zu, ubrałam i zawiozłyśmy starszaków do szkoły. Wróciłam ze szkoły, Zu była głodna, więc jedzenie, potem sprzątanie, a w międzyczasie zabawa z Zu. Nastawiłam pralkę, uśpiłam Zu, rozwiesiłam pranie, nastawiłam następne, ugotowałam obiad, dokończyłam sprzątanie. Trochę poprasowałam, obudziła się Zu, no to znowu przewijanie, karmienie, zabawa. W międzyczasie udało mi się wypić kawę, pierwsza połowa była za gorąca, druga zdecydowanie za zimna. Znowu rozwiesiłam pranie, wyszłam z Zu na spacer, wróciłam, nakarmiłam, pojechałyśmy do szkoły po dzieci. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu na szybkie zakupy, zajęły nam 40 minut i wyszliśmy z pełnym koszykiem. W domu dałam dzieciom obiad i zagoniłam do lekcji. Oni odrabiali, ja zajmowałam się Zu. Sprawdziłam lekcje, przepytałam Dede z angielskiego, a Nitkę z wiersza na pamięć. Przyjechał M, zamieniliśmy kilka słów i wyszłam do fitness klubu poćwiczyć. Wróciłam wieczorem, zrobiłam kolację, pogadałam z dziećmi i M, położyłam dzieci spać. Ufff, włączyłam telewizor, przy głupim odmóżdżającym filmie zasiadłam za deską do prasowania. I prasowałam do północy. Poszłam spać. Tak nudzę się, nic nie robię, całymi dniami się relaksuję, bo przecież praca w domu, to nie praca.
Wstałam o godz. 5.30, bo Zu jest z tych dzieci, które wstają wcześnie. Trochę się z nią bawiłam, a trochę przysypiałam. Potem obudziłam starsze dzieci, zrobiłam śniadanie, kanapki, fryzurę Nitce, nakarmiłam Zu, ubrałam i zawiozłyśmy starszaków do szkoły. Wróciłam ze szkoły, Zu była głodna, więc jedzenie, potem sprzątanie, a w międzyczasie zabawa z Zu. Nastawiłam pralkę, uśpiłam Zu, rozwiesiłam pranie, nastawiłam następne, ugotowałam obiad, dokończyłam sprzątanie. Trochę poprasowałam, obudziła się Zu, no to znowu przewijanie, karmienie, zabawa. W międzyczasie udało mi się wypić kawę, pierwsza połowa była za gorąca, druga zdecydowanie za zimna. Znowu rozwiesiłam pranie, wyszłam z Zu na spacer, wróciłam, nakarmiłam, pojechałyśmy do szkoły po dzieci. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu na szybkie zakupy, zajęły nam 40 minut i wyszliśmy z pełnym koszykiem. W domu dałam dzieciom obiad i zagoniłam do lekcji. Oni odrabiali, ja zajmowałam się Zu. Sprawdziłam lekcje, przepytałam Dede z angielskiego, a Nitkę z wiersza na pamięć. Przyjechał M, zamieniliśmy kilka słów i wyszłam do fitness klubu poćwiczyć. Wróciłam wieczorem, zrobiłam kolację, pogadałam z dziećmi i M, położyłam dzieci spać. Ufff, włączyłam telewizor, przy głupim odmóżdżającym filmie zasiadłam za deską do prasowania. I prasowałam do północy. Poszłam spać. Tak nudzę się, nic nie robię, całymi dniami się relaksuję, bo przecież praca w domu, to nie praca.
niedziela, 10 kwietnia 2016
Postanowiłam sie wyspać
Jestem zmęczona. Zu budzi się w nocy raz lub dwa, a na dzień dobry wstaje po 5, czasem ok 6 rano. Ostatnio całą noc przespałam w 2014, to trochę dawno. Staram się chodzić spać wcześniej, ale nie zawsze to się udaje. Są przecież jeszcze inne dzieci i pożyć sama dla siebie też mam ochotę. No ale zmęczenie sięgnęło zenitu i postanowiłam się wyspać. Przynajmniej miałam taki chytry i znakomity plan. Wyszło mi wcześnie czyli godzina 22.30. Ach jak będę sobie spać, a rano wstanę jak skowronek, uśmiechnięta i wypoczęta z pieśnią na ustach "jak dobrze wstać skoro świt". Albo jak mała Ruda (Przyjaciółkaodlat - czas zacząć je rozróżniać), którą mama skoro świt szorowała w wannie, a następnie wiozła autobusem do przedszkola. W autobusie było szaro i ponuro, wszędzie ziewający i przysypiający ludzie i nagle wsiadała Ona - dziewczynka z płomieniem we włosach, która darła się na całe gardło "ooood rana mam dobry humooor". No to właśnie tak sobie wyobraziłam siebie. Wyspaną i radosną. Położyłam się więc zgodnie z planem i spałam. Do 1.30. Potem nagle usłyszałam głos - "mamoooo, zrzygałam się". Z trudem otworzyłam oczy - przy łóżku stała Nitka. Zerwałam się jak poparzona, poszłam do jej pokoju, rzeczywiście, pościel udekorowana w fantazyjne wzory. No cóż. Jak już to wszystko udało mi się okiełznać było po godzinie 2, położyłam się w nadziei, że to może jakaś chwilowa niedyspozycja. Jakże się myliłam. O 3 przy łóżku znowu pojawiła się zjawa - "mamoooo, znowu się zrzygałam". Jakieś 15 minut później kładłam się już bez nadziei i słusznie, bo o 4.20 sytuacja powtórzyła się. A o godzinie 6 wstała Zu. Następnego dnia znowu postanowiłam się wyspać. Położyłam Zu i siebie o 18. Kiedy wstałam na chwilę ok 21, M zapytał - masz zamiar długo jeszcze tak spać? Nawet nie skomentowałam, wróciłam do łóżka i padłam bez życia. I z małymi przerwami spałam 12 godzin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
