Zu pojawiła się niespodziewanie. Nie
to, żeby była dużym zaskoczeniem, jak ludzie uprawiają to na s,
to mogą być z tego dzieci. Wiadomo. No więc pewnego 6 października
zrobiłam test i okazało się, że kreski są dwie. Zaskoczenie było
tak ogromne, że zaczęłam od wycia i rozpaczania, że przecież
mieliśmy jechać na wakacje do Portugalii ze S-kimi, że ja awans w
pracy, że to nie to i nie śmo i nie tak miało być. M siedział i
się nie odzywał tylko patrzył i patrzył, po czym stwierdził „a
ja się cieszę” . No i co? I nie miałam wyjścia, głupio mi się
zrobiło i też się ucieszyłam, bo przecież tak naprawdę to
szczęście wielkie. Zaraz obdzwoniłam rodziców jednych, drugich
oraz wszystkie możliwe koleżanki, aby poinformować, że oto będzie
numer trzy. Większość zareagowała – o ja pier…albo coś
podobnego, niektóre się ucieszyły. S-cy trochę się zasmucili, bo
na Portugalię musieli znaleźć innych chętnych, ale ogólnie
przyjęcie wiadomości było pozytywne.
Ciąża z Zu minęła jak z bicza
trzasł, w biegu, w pracy, w przedszkolu i szkole, samochodzie i
wyjazdach, aż przyszedł maj. Zu miała urodzić się w czerwcu, a
31 maja Dede miał ważny dzień – Komunię. Całą ciążę
powtarzałam, że do szpitala mogę jechać już 31 maja wieczorem, a
wcześniej to na pewno nie, bo przecież Komunia. Powtarzałam to
jeszcze w czwartek 28 maja kiedy o 5 rano obudziły mnie dziwne
skurcze. No naprawdę dziwne te skurcze, pewnie przepowiadające, bo
rodzić mam za dwa tygodnie. M przebywał wtedy kilka dni poza domem,
co u niego jest zjawiskiem dość częstym, wynikającym z charakteru
pracy. Wstałam więc jak zwykle, wybrałam dzieci, zawiozłam do
szkoły i poszłam na zakupy. W spożywczym znowu mną szarpnęło,
ale myślę, no no, te przepowiadające są dość mocne. Wróciłam
do domu, posprzątałam, pogotowałam (choć nie bardzo umiem),
wykapałam się i przepowiadające minęły. Eee spoko, wydawało mi
się. No i dzień normalny jak każdy inny, odbieranie dzieci ze
szkoły, potem one do dzieci sąsiadów na zabawę, ja na kawkę, M
nie musisz się spieszyć, to pewnie były przepowiadające, możesz
spokojnie pracować, wrócisz o której tam Ci wyjdzie itd.
Taaa….o 20.30 dzieci oddałam do
teściów na noc, bo „chyba muszę pojechać do szpitala i
sprawdzić te skurcze, bo coś są za często”. Telefon do M –
„wiesz M, pospiesz się jednak, bo musimy sprawdzić te
przepowiadające, bo coś są za często, a sama do szpitala nie będę
jechać” – choć miałam ochotę Kiedy
o 22 M wpadł do domu już wisiałam na kanapie i mówię – „oj
to chyba nie są przepowiadające”, M zbladł tylko trochę, złapał
moją torbę i już nas nie było. Do szpitala 15 minut, ale już pod
koniec musiało być naprawdę szybko. Trochę jak na filmach. Pewnie
nieczęsto zdarza się widok pary trzymającej się za ręce i
biegnącej na porodówkę w te pędy.
No i kiedy pół godziny później Zu
była na świecie mój M usłyszał jak jedna położna mówi do
drugiej – „cholera jasna, jaka artystka, trzeci poród, a
myślała, że to przepowiadające” po czym obie wybuchły
śmiechem…no tak.
A Komunię Dede spędziłam w szpitalu, tuląc Zu
i popłakując po cichu
Koleżanki z sali pocieszały jak mogły i nie było tak źle