niedziela, 29 listopada 2015

Obżarstwo

Słyszę jak co niektórzy mówią - napisz coś, napisz o tym i o tamtym i żeby koniecznie było śmiesznie i lekko bo ty tak umiesz i każą mi przypominać sobie jakieś śmieszne historie z mojego albo ich życia i opisywać opisywać. A czy zawsze musi być śmiesznie, a nie może być po prostu lekko i przyjemnie? I miło? Myślę, że może, a nawet powinno. Wszak ja nie podpisywałam żadnego cyrografu na śmieszność i zabawne historie, może nawet kiedyś trafić się coś całkiem smutnego :) W ten weekend odwiedziły mnie moje ukochane siostry - Klon oraz SiostraniecoMłodsza, obie z mężami i przychówkiem. Pełna chata. Cudowny czas, pełen gadania, śmiechu, picia, jedzenia i fajnego towarzystwa. I korzystanie z talentów Szwagra, który potrafi zrobić każdego drinka świata, a nawet więcej, bo wymyśla własne. Z odchudzania kolejny raz nici, bo obżeraliśmy się zawodowo i pełnymi garściami, teraz to chyba jakieś oczyszczanie organizmu potrzebne. Wznosiłam się na wyżyny kulinarne. Kurczak i schabowe też były, ale obiecałam ucztę sushi własnoręcznie przygotowaną i słowa dotrzymałam. Tak, to ja sama przygotowałam, sama kupiłam produkty, sama ukręciłam i sama ułożyłam. I nie, nie był to mój pierwszy raz :)

było i awokado i ogórek i oshinko 
było i z pieczonym łososiem



i z surowym łososiem i surowym tuńczykiem

i kwiatki były i sezam i paluszki surimi

i różne inne i było dużo i zjedliśmy wszystko i potem nie mogliśmy się ruszać :)

sobota, 28 listopada 2015

Hammam, S-ka i ja

Kilka lat temu wybraliśmy się ze S-kimi na wakacje do Turcji. O pięknej pogodzie, wszelkich wygodach, wspaniałym nastroju i dobrej zabawie nie ma co mówić, bo to dla większości nudne. Pewnego dnia leżąc i robiąc nic, stwierdziłyśmy ze S-ką, że może warto by pójść do łaźni tureckiej tzw. Hammamu. No bo skoro jesteśmy w Turcji, to czemu by nie. Udałyśmy się więc w stosowane miejsce. Warunek był jeden, że chcemy razem, a nie pojedyńczo. Kiedy stawiłyśmy sie na umówioną godzinę, miły Pan z długimi ciemnymi włosami (mało przystojny) i mocno śmierdzący papierosami zaprosił nas do przebieralni, gdzie kazał się rozebrać. Całkowicie. Trochę się zdziwiłyśmy, bo byłyśmy przekonane, że będziemy w strojach kąpielowych. No ale stwierdziłyśmy, że przecież spoko, co tam, wszak było to parę kilogramów temu i wyglądałyśmy całkiem całkiem, a na golasa przecież tam latać nie będziemy. Pan zaprowadził nas do cudownej pieczary, nagrzanej i naparowanej, gdzie czekał jeszcze jeden Pan (prezentujący się dużo lepiej od poprzedniego). Drugi Pan trafił się S-kiej, mi niestety ten pierwszy. Położyłyśmy się na rozgrzanych płytach, dla mnie wyglądających jak nagrobki i panowie zaczęli nas peelingować, masować pianą, potem polewać wodą, potem znowu masować. Było nam jak w raju. Gorąco, przyjemnie ach i och. Rozmawiałyśmy sobie beztrosko i bez skrępowania przy Panach, bo przecież to Turcy i nic nie rozumieją. Śmiałyśmy się, że my tu takie gołe i dwóch Panów z nami i głupie żarty sobie robiłyśmy i mówiłyśmy o śmierdzeniu papierosami i który lepszy a który gorszy, takie tam głupie gadanie gołych bab, leżących na kamieniach. Potem posadzili nas w jakichś szlafrokach, nałożyli maski na twarz i dali do picia jakieś uzdrawiające soki. Następnie znowu kazali wyłazić z tych szlafroków i masowali całe ciało, łącznie z twarzą. Było mi cudownie, tylko papierosowy smród lekko mnie powalał. No ale dobra, trzeba zrozumieć człowieka. Po skończonych zabiegach byłyśmy rozanielone, wniebowzięte i w ogóle ekstra. Później siedząc przy basenie opowiadałam jednej miłej pani z Pruszkowa jak to tam cudownie i super, a po skończonej opowieści Pani mówi do mnie – "tak tak, ja wiem, byłam, tylko ja ciągle w stroju, chciałam zdjąć, ale mi powiedział, że nie trzeba, a wie Pani, że ten przystojniejszy w październiku bierze ślub z Polką i świetnie mówi po polsku?" Taaaaaa


Tu spędziliśmy leniwe 2 tygodnie, czytając, gadając, śmiejąc się i robiąc nic.

środa, 25 listopada 2015

3 minutowe zakupy

Kiedy jest się bezdzietnym, albo z dziećmi dużymi, wyjście do sklepu jest rzeczą prostą, szybką i nieskomplikowaną. Kiedy ma się małe dzieci, wyjście to jest trochę utrudnione. Otóż okazało się, że zabrakło mi ziemniaków, a że dzieci zażyczyły sobie kopytek, nie dało się bez tego. Zapytałam więc dzieci, czy zostaną same w domu na 10 minut, podczas kiedy ja wyskoczę z Zu na zakupy. "Tak oczywiście mamo, zostaniemy", powiedział Dede i natychmiast włączył swój telefon do ładowania żeby być zabezpieczonym i móc się ze mną natychmiast skontaktować. Zaczęłam więc żmudne przygotowania do wyjścia, czyli przewijanie i ubieranie Zu. Kiedy byłyśmy gotowe do wyjścia, Nitka nagle stwierdziła, że ona nie zostaje i idzie z nami. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to tylko na chwilę, że nie ma sensu, ale była nieugięta. Nie będę dziecka stresować, niech idzie, w końcu to tylko na chwilę. Nitka rozpoczęła przygotowania – ubieranie, czesanie, dobrze, że się jeszczce nie maluje. Siedziałam z Zu na schodkach i patrzyłyśmy obie. Kiedy Nitka była ubrana, przyszedł Dede i jakoś tak dziwnie zaczął się koło nas kręcić. W końcu wydusił z siebie, że on może też by poszedł, bo przecież co on tak będzie sam tu siedział. Dede zaczął się ubierać. Ja w międzyczasie rozbierałam Zu, bo ta już się zgrzała. Po kolejnych dłuuuuugich minutach w końcu byli gotowi, więc od początku zaczęłam ubierać Zu. Poszliśmy do samochodu. Zaczeli się kłócić o to, gdzie kto będzie siedział (do sklepu jest 800 metrów). Udało się ich jakoś upchnąć. Miałam pójść tylko po ziemniaki, zakupy trwałyby dosłownie 3 minuty. Z całą trójką zajęło to 40 minut, przy półkach ze słodyczami i chipsami doszły jeszcze negocjacje. Pani kasjerka uprzejmie i z uśmiechem zauważyła – "a Pani jak zwykle po jedną rzecz?". Smętnie przytaknęłam. Wyszłam ze sklepu obładowana siatami z żarciem na następnych kilka dni i z kwadratową głową. Ale kopytka wyszły dobre, pożarli wszystkie w ciągu 10 minut :)  





poniedziałek, 23 listopada 2015

Odchudzanie odc.4587

Znowu postanowiłam się odchudzać. No normalne przecież i każda kobieta mnie zrozumie. A ponieważ trochę na odchudzaniu się znam i w teorii jestem całkiem dobra, to ustaliłam sobie zdrową dietę oraz godziny, o których powinnam spożywać. Pierwszego dnia trzymałam się dzielnie i elegancko, zjadłam tylko to co było w diecie, czułam się lekko i przyjemnie i z dumą myślałam o tym jak to cudownie tak się odchudzać i jaka to ja jestem ekstra. Już nawet wyobrażałam sobie jak idę na zakupy i jak szałowo wyglądam w przymierzalni w każdym z mierzonych ciuchów. Drugiego dnia zjadłam śniadanie równie elegancko jak pierwszego i drugie śniadanie też. Niestety po drugim śniadaniu odkryłam opakowanie ptasiego mleczka (kto je położył na moich oczach tzn. w kącie szafki na górnej półce??!!), po spróbowaniu czy się przypadkiem nie zepsuło, a dokładny obraz mogło dać tylko jakieś 10 sztuk, odkryłam nagle, że obok leży czekolada…hmmmm, co to za czekolada? Ach mleczna z bakaliami, no tak tak, a jak ona smakuje? Zeżarłam szybko całą żeby dzieci nie zobaczyły (nie wiem czy czekolady czy mnie), a następnie fałszywym głosem zapytałam ich – „dzieci, chcecie czekoladę?” dzieci chciały, więc bezkarnie mogłam odpakować następną nadziewaną i już przy nich wciągnąć kilka kostek, bo przecież kilka mi nie zaszkodzi. No i mam postanowienie, że od jutra znowu będę się pilnować.



A dziś nocowała u mnie Przyjaciółkaodlat i doszłam do wniosku, że takie śniadanie jest jak najbardziej na miejscu. Ona może, bo jest anorektycznie chuda, ja nie mogę, bo jestem chuda rubensowsko, ale i tak było przyjemnie opychać się takimi pysznościami. Nawet M się złamał. Coś tam marudził o zbyt wysokim cukrze, ale kto by go słuchał, zresztą jak spróbował, to okazało się, że ten cukier to chyba nie jest taki wysoki i coś tam było o ogólnym dobrym prowadzeniu się i że raz na jakiś czas można i jakieś takie nudy :) Dla dzieci nie zostało, ale one będąc w szkole nie wiedziały co się tu wyprawia :) Pączki były grzeszne, pyszne i znowu od jutra postanowienie :) hahahaahhaha 

sobota, 21 listopada 2015

Samotność z Pink i rowerkiem


Postanowiłam, że będę jeździć na rowerku. Mam w piwnicy tzw. Pokój Ryśka (nazwa wzięła się od kota, który bardzo lubił tam spać) i jest to idealne miejsce do ukrycia się przed wszystkimi. Zniosłam więc tam sprzęt grający, rowerek stacjonarny, matę i hantle. Zaniosłam tam też buty do ćwiczenia, ręcznik i wodę, żeby być profesjonalnie przygotowaną i żeby stamtąd nie wychodzić w czasie ćwiczeń. No i przede wszystkim żeby mnie tam nikt nie odnalazł. Ja lubię spokój, a w czasie ćwiczeń ostatnią rzeczą jakiej chcę słuchać jest gadanie Nitki mamo tratatatataatatta mamo tratatatatatatatatata mamo tratatatatatata....i tak w kółko. Często nawet nie wiem co ona do mnie mówi, za to wiem, że bardzo dużo i bardzo głośno. W to gdzie jestem był wtajemniczony tylko M. No i udało mi się kilka razy zejść na dół niepostrzeżenie, włączyć muzykę (dla mnie Pink jest idealna do ćwiczeń) i oddać się samotnemu, ale bardzo przyjemnemu ćwiczeniu :). Nikt nie gada, nikt nic nie chce, ach jak mi cudownie. Niestety, po kilku dniach Nitka szukała mnie po całym domu i przypomniała sobie, że jest jeszcze piwnica. Była przekonana, że nastawiam pranie, więc jakie było jej zdziwienie, kiedy odkryła co robię naprawdę. Kiedy powiedziała – "mamusiuuuu, dlaczego nie powiedziałaś, że tu sobie tak fajnie ćwiczysz?", ścisnęło mnie w środku tylko trochę i fałszywie odpowiedziałam – "nie sądziłam, że będziesz chciała". Na co ona – "chcę, chcę". I już za 5 minut przebrana, w sportowych butach, trajkotała mi nad uchem kiedy robiłam brzuszki, kazała ustawiać rowerek na swój wzrost, rozłożyć drugą matę, a na koniec jeszcze tańczyć. I cały czas gadała. Samotność z Pink i rowerkiem szlag trafił.

czwartek, 19 listopada 2015

Różowy polarek

Gdzie ten różowy polarek???!!! Zu już gotowa do wyjścia, przewinięta, nakarmiona, czapa na głowę wciśnięta, drze się bo jej gorąco i chce spać a nigdzie nie ma polarka…gdzie on jest???!!! GDZIE RÓŻOWY POLAREK????!!! Latam po całym domu z Zu uczepioną na ręku, drze się, góra – wszystkie pokoje – nie ma, dół jeszcze raz – nie ma, no to jeszcze raz góra, Zu drze się jeszcze głośniej już cała czerwona i spocona, znowu dół, GDZIE TEN POLAREK???!!! Nitka patrzy spode łba, ale nic nie mówi, też gotowa do wyjścia czeka. Nagle mój wzrok pada na misia Nitki i na misu co? Różowy polarek!!! – „Mamo, ale nie budź go, bo on śpi, a jak się obudzi, będę miała przechlapane”. Padłam.




No od razu widać, że śpi. No przecież :) 

wtorek, 17 listopada 2015

Zdążyć na samolot


Rok 2010. Lotnisko gdzieś w Szkocji, wracamy z ferii świątecznych (lubimy ogólnie Wyspy Brytyjskie, taka fanaberia). Jesteśmy obładowani walizami (tam są bardzo dobre wyprzedaże i jakoś się zapomniałam), do tego dochodzą dzieci – Dede lat 5, Nitka 1,5 roku. Dede dzielnie ciągnie za sobą swój podręczny, my oczywiście swoje, w których spróbowałam upchnąć kolanem co się tylko dało. Dzieci trzymają swoje miśki, jaśki i inne akcesoria do podróży, niekoniecznie potrzebne, ważne, że dużo. Wyglądamy jak objuczone wielbłądy. M chyba się już trochę wstydzi, bo marudzi od dłuższego czasu, a kiedy stojąc w kolejce do ostatecznej odprawy przed wejściem do samolotu mówię mu, że muszę jeszcze pójść z Nitką do toalety, prawie wytacza pianę. No ale byliśmy ostatni w kolejce, więc uznałam, że zdążymy. No więc szybko toaleta i wracamy z Nitką do kolejki. Kolejki nie ma. Nikogo nie ma. Pusto. No przecież nie było nas tylko małą chwilkę. Biegnę w inną stronę,popychając wózek z Nitką przed sobą. Czyżbym pomyliła wejścia? Nie, nie pomyliłam! Podbiegam do drzwi, zamknięte! Szarpię za klamkę. Wychodzi Pani, niezbyt miła i mówi, że wszyscy już są w samolocie. Zbladłam. Jak to? Tak szybko?! Ja też chcę.Ja też do samolotu. Prowadzić mnie tam!!!! Pani obejrzała mnie od stóp do głów i z bardzo zblazowaną miną otworzyła drzwi. Podła Szkotka jedna. Puścili mnie na płytę i kazali iść do samolotu. No więc pędzę popychając przed sobą wózek, drugą ręką trzymam swój podręczny, na wózku uwieszony podręczny Nitki, Nitka trzyma w ręku maskotkę kotka i lalkę dzidziusia, ja pod pachą mam swoją kurtkę, czapkę i szalik plus ubranie Nitki. Dobiegam do samolotu w momencie kiedy schodki odjezdżają - ja nie wiem kto do tego w ogóle dopuścił, że ja tak po płycie latałam. Panowie w wielkich słuchawkach na uszach zdziwieni na mnie patrzą a ja się drę, że.przecież jeszcze ja, że mój syn w środku (męża pominęłam dla większego dramatyzmu), że jak to możliwe. W momencie kiedy próbuję przekrzyczeć hałas na płycie, zaczynają wypadać mi rzeczy, które trzymam pod pachą – kurtka, czapka, szalik. Drę się na biednego chłopaka – co tak stoisz, pomóż mi!!! trzymaj to!! daję mu co tam trzymam, on patrzy z rozbawieniem, a ja wyciągam Nitkę, szybko składam wózek, oddaję innemu panu, zbieram z ziemi porozrzucane rzeczy, zabieram od zdziwionego chłopaka resztę i obładowana jak wariatka, trzymając Nitkę na jednym ręku, strzelając złym wzrokiem wdrapuje się po przystawionych już schodkach. Wpadam do samolotu. I te oczy wlepione we mnie. Wszystkich pasażerów. Bezcenne. M prawie zapadł się pod ziemię. Bąknęłam niemrawo "przepraszam" i wyminęłam miłą stewardesę, która juz pokazywała wyjścia awaryjne....przed chwilą pytam M – "pamiętasz tą sytuację?" Na co on – "byłem na Ciebie tak zły, że nie pamiętam".


Zdjęcia z lotniska nie mam, ale znalazłam coś lepszego. Oto nasza szkocka wigilia zmontowana na szybko z tego, co dało się kupić w polskim sklepie. Była jeszcze sałatka jarzynowa :)


A wprawne oko dojrzy Dede w tych cudownych wirujących filiżankach w centrum Edynburga :)


poniedziałek, 16 listopada 2015

Zupka Zu

Właśnie karmiłam Zu papką zupką własnej roboty, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Jako doświadczona mama odstawiłam miseczkę z daleka od dziecka i poszłam otworzyć. To listonszka, która zajęła mi nie więcej niż 2 minuty. Kiedy wróciłam, okazało się, że nie jestem aż tak przewidująca i doświadczona. Oto przy trzecim dziecku dowiedziałam się, że można wyjąć z buzi papkę połączoną ze śliną i rozsmarować ją po całym ubraniu i włosach. Można ją również wpakować do nosa, uszu oraz oczu! Następnie cieszyć się z tego głośno i donośnie, puszczając wesoło bąki :)  

niedziela, 15 listopada 2015

Czekolada

niektórzy mówią, że Nitka to mój klon. Ale ale...mam jeszcze jednego. Otóż mój Klon istnieje 400km ode mnie i ma te geny co ja. Z Klonem znamy się od początku istnienia, tylko jako dzieci bardzo się różniłyśmy – Klon była wiecznie brudna i nie potrafiła jeść łyżką, tzn. jej się wydawało, że je, ale tak naprawdę wszystko z powrotem trafiało do talerza. Ja natomiast byłam zawsze czysta, uczesana i łyżkę trzymałam prosto, śmiejąc się Klonowi prosto w twarz. Ale Klon i tak mnie kochała, a ja kochałam Klona :) Klon nadal dobrze się ma i jakiś czas temu pokazała zdjęcie, że zrobiła czekoladę, taką co się w dawnych czasach robiło samemu. No i ja pozazdrościłam Klonowi, że zrobił czekoladę, jak to w dawnych czasach się robiło, więc zrobiłam i ja. Znaczy Dede z Nitką zrobili a ja patrzyłam. Zu trochę za mała, więc dostała prawo do siedzenia w foteliku i patrzenia, podczas kiedy starszeństwo gotowało. Dede z racji poważnego wieku 10 lat był tym operującym przy gazie (bo tam mleko trzeba zagotować), robił to z miną bardzo poważną, mieszał powoli i dostojnie, stojąc na podstawce, pewnie żeby wydawać się wyższym. Nitka patrzyła na niego z podziwem (ach jak on pięknie miesza na tym gazie) i czekała aż będzie mogła dodawać składniki. Składniki zostały dodane, cała kuchnia elegancko zachlapana, bo jakoś im się wiertła od miksera wyjęły w czasie mieszania :) Nitka dała nam się namówić na napchanie buzi mlekiem w proszku (no kto tego nie robił, kto?) i potem nie mogła odkleić zębów :) śmialiśmy się z tego z M, ale za jej plecami, natomiast w twarz współczuliśmy :) Czekolada została przelana do pojemników i trafiła do lodówki. Dzisiaj rano została pożarta, prawie cała w błyskawicznym tempie. I wcale nie jestem pewna, że dzieci zjadły najwięcej :) Niestety zdjęcia nie mam, nie zdążyłam zrobić :( 

piątek, 13 listopada 2015

Przypadkowy Off Road

W tamtym roku, będąc w wakacje u babci, postanowiłyśmy z moją SiostrąniecoMłodszą sprawić dzieciom frajdę i zabrać ich nad rzekę Pilicę. Owa rzeka jest oddalona od domu babci kilka kilometrów, które jako dzieci pokonywaliśmy na piechotę, no ale teraz przecież jesteśmy dorosłe, mamy samochody i lubimy wygodę, więc jedziemy. Zapakowałyśmy do dwóch samochodów siebie, czworo dzieci, Negrę oraz prowiant, bo miało być sielsko anielsko, bosko i pełen luz. Jednak za namową jednego z Braci, nie pojechałyśmy znaną Nam drogą (bo tam podobno błoto i nie da się przejechać), ale inną, taką polną wzdłuż rzeki. Obraz po lewej był piękny, bo pola i lasy, obraz po prawej również piękny, bo rzeka, no już się cieszyłyśmy na samą myśl jak to zaraz będziemy się kąpać, dzieci były podekscytowane, my oczywiście jechałyśmy jedna za drugą, trajkocząc jednocześnie ze sobą przez telefon. Nagle droga zaczęła byc bardzo mocno wyboista, więc pytam moją SiostręniecoMłodszą – czy dasz radę przejechać? - ja przejeżdżałam spokojnie, bo z racji mieszkania na odludziu, mam samochód, który sobie w terenie radzi. SiostraniecoMłodsza odpowiedziała, że oczywiście (no wiadomo, toż to moja krew i gen) patrzyłam więc z podziwem jak rzeczywiście jej mały samochodzik dzielnie pokonuje coraz to większe dziury, wertepy i jak czasami leciutko frunie nad niektórymi z nich. Jechałam za nią (całe szczęście) i podziwiałam. Dobry humor Nas nie opuszczał. Kiedy wjechałyśmy w las - taki już z jednej strony las i z drugiej strony las, a my na wąziutkiej dróżce w środku, nagle przestała frunąć...tylko zawisła. O cholera. Nie rusza. Widzę, że dzielna SiostraniecoMłodsza próbuje i próbuje ale nic, zero. Kompletnie nic się nie rusza. Wysiadamy, debatujemy, próbujemy, chodzimy dookoła samochodu, podrzucamy gałęzie, próbujemy pchać...nic. Dzieci zaczynają się niepokoić, więc mogą wysiąść z samochodu, ale niestety tylko na chwilę, ponieważ zaraz pojawiają się nie wiadomo skąd ślepaki – takie paskudne podłużne muchy, które strasznie gryzą i to bardzo puchnie i boli przez kilka dni. Pojawia się cała chmara, więc dzieci zostają unieruchomione w samochodzie, gdzie zaczynają płakać, a my debatujemy dalej, popalając nerwowo papieroski, co to je SiostraniecoMłodsza wyjęła z jakiejś awaryjnej kryjówki. Samochód stoi w błocie po same swoje pachy. No ale ale, zaraz zaraz, przecież ja jestem za nią, mój samochód jest wolny, zaraz ją wyciągnę, przecież mam 4x4 i silnik mocny. Taaaa....tylko, że nie mam linki....No i co? I musiałyśmy ściągnąć Brata, co to nam poradził tą drogę a nie tamtą (czekałyśmy na niego prawie godzinę, a potem coś tam mówił o debilizmie i blond włosach), on musiał kupić nam linkę, dzięki której samochód został wyciągnięty. Radości było co niemiara, przybijanie piątek i wielkie święto. Ach jaki to wielki dół był, no nie wiem, nie wiem kto by tędy przejechał, chyba tylko traktor!!! Tak sobie stoimy i debatujemy i przeżywamy, aż nagle obok nas pojawia się starszy Pan starym samochodem typu Astra hatchback (pamiętam, że czerwonym), mijając nas mówi – a tu to trzeba uważać, ja na ryby tędy jeżdżę i przejeżdża obok nas i przez ten dół, lekko tylko dodając gazu. Martwa cisza i szczęki na ziemi. SiostraniecoMłodsza stwierdziła, że ma dość kąpieli i wraca do domu, ja moim nie mogłam odmowić tej przyjemności i jeszcze zabrałam ich na inne kąpielisko :) A potem do 3 rano na schodkach domu babci pocieszałyśmy się napojami wyskokowymi, wypalając do reszty awaryjne papieroski. Potem jeszcze chodziłyśmy po lesie, tak tak w nocy, po ciemku...ale kto by to dokładnie pamiętał :)

Oto zdjęcie utkniętego samochodu SiostryniecoMłodszej, w błocie aż po dach. Taka sytuacja :) 

czwartek, 12 listopada 2015

Zakupy z Zu

Zu zasnęła jak anioł w samochodzie, więc postanowiłam wykorzystać ten moment i zrobić zakupy. Przełożyłam ją do wózka i dziarsko wkroczyłam do Stokrotki. Chodzę sobie spokojnie, wybieram co tam potrzeba, wózek już prawie cały zapełniony, kiedy nagle widzę, że z wózka patrzą na mnie szeroko otwarte oczy. Myślę - O matko, tylko nie to, tylko nie to, Zu proszę Cię, tylko nie to!!!! I naaaagle zaczyna się, od razu pełną parą (skąd w tym maleńkim ciele taki wielki głos?). Nie pomaga machanie ani piersią z kurczaka, ani pomidorkami koktajlowymi, ani nawet kaszą kuskus, Zu drze się jak opętana, więc gdzieś między mąkami a przyprawami wyciągam ją z wózka i trzymając ją na jednym ręku, drugą gorączkowo dobieram co tam jeszcze potrzeba. Zu zadowolona siedzi na ręku i przygląda się jak drugą ręką prowadzę jej wózek, trzecią i czwartą wrzucam kolejne produkty. Podchodzimy do kasy, Zu znowu zaczyna koncert, czerwona i spocona. Jakaś miła Pani dobiega do mnie szybko, wyjmuje moje zakupy na taśmę, szczebiocząc radośnie „ to nic to nic, ja też mam dzieci, teraz dorosłe, ale jaka to radość, zobaczy Pani tratatatatata”. Ona nie wie, że mam ich więcej i znam ten miód Miła Pani Kasjerka liczy i sama pakuje moje zakupy, szybko szybko, wszyscy pomagają, Zu nadal nie wychodzi z roli. Koniec zakupów. Wychodzimy ze sklepu i co? Mój anioł powraca, na twarzy uśmiech i pełnia szczęścia i już spokojnie wracamy do domu Zu ma 5,5 m-ca, a spryt już się ujawnił :)

środa, 11 listopada 2015

Mycie okien

- Mamoooo, mogę myć z Tobą ooookna? Ja będę psikała, obiecuję, że nie będę rozmazywać. 
Myślę sobie – „o matko, tylko nie to!”, po czym z uśmiechem zwracam się do Nitki – „no dobra, możesz”. 
Powierzchnie niemałe, napracować się trzeba, więc szorujemy, psikamy, pucujemy. Tym bardziej, że psiapsióła A pokazała dobry i szybki sposób na mycie okien z użyciem ściągaczki :) Nitka pomaga jak może. Nawet jakoś to idzie i tylko trochę kiedy nie patrzy poprawiam po niej….no nareszcie, okna umyte, lśnią. Chodzę sobie po domu, patrzę na widok za oknem, widok zachwyca, okno zachwyca jeszcze bardziej, bo czyste. 
Tak się cieszę, zobacz M, Zu była grzeczna i udało mi się umyć okna (w domyśle – jaką jestem wspaniałą Panią Domu), Nitka pomagała. - "No pięknie, pięknie, brawo żono, brawo."
 I nagle do okien podchodzi mój syn pierworodny, przyczepia się do nich brudnymi i tłustymi paluchami najwyżej jak potrafi i przeciąga rączkami po całej długości, bo właśnie coś tam zobaczył za oknem (tylko nie wiem co - tu nic się nie dzieje, co najwyżej przeleci ptak albo spadnie liść), nagle podbiega Nitka i robi to co jej starszy brat, następnie na nie chuchają, dmuchają i już prawie nie zauważam, że na oknie siedzi kilka much srających na moje już i tak nieczyste okna. Siedzę sobie po cichu załamana, patrzę na ten pomiot i myślę sobie – jakie nudne i puste życie byłoby bez nich, a czyste okna wcale nie są mi potrzebne

wtorek, 10 listopada 2015

Gotowanie

Moja mama wychodziła za mąż mając 25 lat i do tej pory po rodzinie krążą opowieści jak to nie umiała zagotować nawet wody na herbatę. No więc ja postanowiłam, że będę lepsza, a że byłam dzieckiem raczej samodzielnym, to wodę na herbatę gotowałam już dość wcześnie, poza tym robiłam jajecznicę, frytki, kanapki, świetnie odgrzewałam każdy obiad, a mając lat 18 nauczyłam się robić schabowe. Uważałam, że to wystarczy. Wyszłam za mąż i coś tam umiałam. Nie mogłam tylko zrozumieć jak można ugotować dobrą zupę, a największą trudność sprawiał mi rosół! Szkoliłam się więc w gotowaniu zup i teraz nawet potrafię zrobić ze cztery. Więcej nie potrzebuję, bo dzieci i tak jedzą tylko wybrane dania (dziecko jak ty ich wychowujesz, dzieci twojej bratowej jedzą wszystko). Przez 10 lat gotowałam te cztery zupy, robiłam kotlety, pulpety, piekłam mięsa, smażyłam ryby i co tam jeszcze mi przyszło do głowy. Wydawało mi się, że wszystkim smakuje i że zjadają z chęcią. Tak było do momentu, w którym odeszła na zawsze nasza Negra, a warto wspomnieć, że była to cudowna biszkoptowa labradorka i że labradory kochają jeść. No i po jej śmierci okazało się, że nagle musiałam zacząć wyrzucać jedzenie, które gotuję!!! Jakoś dziwnie dużo zostawało i słyszałam coraz mniej pochwał w stylu „och mamo, jakie to pyszne”. Teraz bardzo cieszy się lis oraz inne dzikie zwierzaki mieszkające w pobliżu. No cóż, wyszło szydło z worka. Parę ładnych lat mnie oszukiwali.  

Wolna sobota

Wolna sobota. Chłopaków nie ma, zostałyśmy same dziewczyny. Jest ciepło i słonecznie, to idziemy na spacer. Na spacerze mijamy dom N-nych, gdzie spotykamy ich córeczki – miłe dziewczynki chętne do zabawy z moją. Czy Nitka może zostać u Nas ciociu? Może? No jasne, że może, niech zostanie i bawcie się ładnie. Idę do domu z Zu i rozmyślam, a może by tak sprawić sobie przyjemność i ruszyć się z domu? Może pojadę do S-kich (przyjaciółodlat) . Wracam więc do domu, maluję się trochę co by wyglądać jakoś tak lepiej, przebieram się , Zu w tym czasie trochę protestuje patrząc na karuzelę w łóżeczku, ale jakoś dajemy radę. Następnie karmię Zu, przewijam, ubieram no i jesteśmy gotowe. Zu w samochodzie, nagle dzwoni mama N-na – może przynieś jakąś bluzę dla Nitki, bo zimno się robi, a będzie ognisko i kartofle i kiełbaska. No dobra, z powrotem otwieram drzwi, biorę polar, wkładam do samochodu, wsiadam i patrzę – nie mam portfela, więc znowu otwieram drzwi, biorę portfel, zamykam drzwi, jednocześnie wyganiając DziwnegoKota, który już chce wleźć do domu. Podrzucamy polar Nitce. Jedziemy, Zu jest całkiem grzeczna (o dziwo!). Dojeżdżamy, Zu śpi, biorę więc ją z fotelikiem, stawiam na balkonie u S-kich i sobie gadamy, herbatkę piję i w ogóle jest fajnie. Mija pół godziny, Zu się budzi i zaczyna się od niewinnego małego płaczu. W ciągu następnej pół godziny Zu rozwija płacz do okropnego ryku jakby ze skóry obdzierali co najmniej. Nic nie pomaga, karmienie, lulanie, zabawianie itp. Nic no nic kompletnie. Myślę sobie – musi to ta czekolada, którą zjadłam dzisiaj w ramach odchudzania daje o sobie znać, albo pierś kacza z obiadu albo już nie wiem co, ale na pewno coś zjadłam a nie powinnam i z podkulonym ogonem pakuję szybko Zu, ubieram, wkładam w fotelik i oddalam się spiesznym krokiem do samochodu. No trudno, sama jestem sobie winna. Wracam do domu, w drodze Zu cały czas wyje wniebogłosy, uspokoić się nie chce, po drodze zabieram jeszcze Nitkę, Zu ciągle wyje, cała czerwona, zapłakana, mną targają wyrzuty sumienia. Wchodzimy do domu i….Zu nagle przyobleka twarz w piękny uśmiech, płacz znika i świat znowu jest piękny…4 miesiące ma żmija, co to ją własną piersią wykarmiam…

Jak to z Zu było


Zu pojawiła się niespodziewanie. Nie to, żeby była dużym zaskoczeniem, jak ludzie uprawiają to na s, to mogą być z tego dzieci. Wiadomo. No więc pewnego 6 października zrobiłam test i okazało się, że kreski są dwie. Zaskoczenie było tak ogromne, że zaczęłam od wycia i rozpaczania, że przecież mieliśmy jechać na wakacje do Portugalii ze S-kimi, że ja awans w pracy, że to nie to i nie śmo i nie tak miało być. M siedział i się nie odzywał tylko patrzył i patrzył, po czym stwierdził „a ja się cieszę” . No i co? I nie miałam wyjścia, głupio mi się zrobiło i też się ucieszyłam, bo przecież tak naprawdę to szczęście wielkie. Zaraz obdzwoniłam rodziców jednych, drugich oraz wszystkie możliwe koleżanki, aby poinformować, że oto będzie numer trzy. Większość zareagowała – o ja pier…albo coś podobnego, niektóre się ucieszyły. S-cy trochę się zasmucili, bo na Portugalię musieli znaleźć innych chętnych, ale ogólnie przyjęcie wiadomości było pozytywne.
Ciąża z Zu minęła jak z bicza trzasł, w biegu, w pracy, w przedszkolu i szkole, samochodzie i wyjazdach, aż przyszedł maj. Zu miała urodzić się w czerwcu, a 31 maja Dede miał ważny dzień – Komunię. Całą ciążę powtarzałam, że do szpitala mogę jechać już 31 maja wieczorem, a wcześniej to na pewno nie, bo przecież Komunia. Powtarzałam to jeszcze w czwartek 28 maja kiedy o 5 rano obudziły mnie dziwne skurcze. No naprawdę dziwne te skurcze, pewnie przepowiadające, bo rodzić mam za dwa tygodnie. M przebywał wtedy kilka dni poza domem, co u niego jest zjawiskiem dość częstym, wynikającym z charakteru pracy. Wstałam więc jak zwykle, wybrałam dzieci, zawiozłam do szkoły i poszłam na zakupy. W spożywczym znowu mną szarpnęło, ale myślę, no no, te przepowiadające są dość mocne. Wróciłam do domu, posprzątałam, pogotowałam (choć nie bardzo umiem), wykapałam się i przepowiadające minęły. Eee spoko, wydawało mi się. No i dzień normalny jak każdy inny, odbieranie dzieci ze szkoły, potem one do dzieci sąsiadów na zabawę, ja na kawkę, M nie musisz się spieszyć, to pewnie były przepowiadające, możesz spokojnie pracować, wrócisz o której tam Ci wyjdzie itd.
Taaa….o 20.30 dzieci oddałam do teściów na noc, bo „chyba muszę pojechać do szpitala i sprawdzić te skurcze, bo coś są za często”. Telefon do M – „wiesz M, pospiesz się jednak, bo musimy sprawdzić te przepowiadające, bo coś są za często, a sama do szpitala nie będę jechać” – choć miałam ochotę Kiedy o 22 M wpadł do domu już wisiałam na kanapie i mówię – „oj to chyba nie są przepowiadające”, M zbladł tylko trochę, złapał moją torbę i już nas nie było. Do szpitala 15 minut, ale już pod koniec musiało być naprawdę szybko. Trochę jak na filmach. Pewnie nieczęsto zdarza się widok pary trzymającej się za ręce i biegnącej na porodówkę w te pędy.

No i kiedy pół godziny później Zu była na świecie mój M usłyszał jak jedna położna mówi do drugiej – „cholera jasna, jaka artystka, trzeci poród, a myślała, że to przepowiadające” po czym obie wybuchły śmiechem…no tak. 
A Komunię Dede spędziłam w szpitalu, tuląc Zu i popłakując po cichu Koleżanki z sali pocieszały jak mogły i nie było tak źle

Początek

Postanowiłam pisać bloga. Chyba zgłupiałam....sama nie wiem. Ostatnio jakoś tak się w życiu poprzewracało, że warto może to zapamiętać, zapisać jakoś, tyle się dzieje, a czas umyka szybko. Pamięć również posiada dziury większe i mniejsze.
Będą to opowieści o życiu, o codzienności, raczej wesołe niż smutne, o zabieganiu i poplątaniu w tej szarości codzienności.
Jestem mamą trójki dzieci, taką całkiem zwykłą - niezwykłą mamą i myślę, że mam o czym pisać....oj mam :) i myślę, że odnajdzie się tu wiele mam i tych zwykłych i tych całkiem niezwykłych :) zapraszam do czytania i komentowania. A ponieważ zaczynam, każda uwaga będzie dla mnie cenna, byle nie obraźliwa, bo obrażać to proszę siebie, do lustra :)