środa, 30 grudnia 2015

Nie chcemy robić kłopotu

Historia jest stara bo z 2004 roku, czasów, kiedy byliśmy młodym bezdzietnym małżeństwem. Pewnego dnia, gdy byłam w pracy, zadzwonił do mnie Brat Rozważny (wraz ze swoją żoną mieszka w innym mieście) - "będziemy na imprezie w Waszym Mieście, czy przenocowanie Nas nie byłoby dla Was kłopotem? " - Och nie, oczywiście, że nie!" - ucieszyłam się bardzo, bo lubię Brata Rozważnego oraz jego żonę. " - No to będziemy na imprezie tak do godz. 22 a potem nas oczekujcie. "- Ok, super, świetnie i ekstra."  Po odłożeniu słuchawki zorientowałam się, że mój dom jest w takim stanie, że absolutnie, ale to absolutnie nie nadaje się do przyjęcia gości. Zadzwoniłam więc do M i poinformowałam o planach na wieczór. Następnie zaraz po pracy puściłam się pędem do domu. Po drodze zrobiłam odpowiednie zakupy bo przecież goście, więc i kolacja i śniadanie, trzeba wszystko przygotować, zakupić, mieć. Wiadomo. Samochodu wtedy nie miałam. Z siatami ciężkimi jak nieszczęście dotarłam do domu. Zaraz po wejściu rzuciłam się do sprzątania, bo było naprawdę nieciekawie. Po jakichś dwóch godzinach mogłam odsapnąć. No cóż, sami byliśmy sobie winni, gdyby w domu był porządek i cokolwiek do jedzenia, przygotowania nie wyglądałyby jak zawody olimpijskie i wyścig z czasem. Był już wieczór. Tak ok godziny 22 czekamy, ale gości nie widać. Ponieważ byliśmy trochę zmęczeni, zaczęliśmy przysypiać " - ale ale M daj spokój nie możemy, przecież goście, no musimy wytrzymać, pewnie niedługo przyjdą, wtedy się ożywimy, dawno się nie widzieliśmy, będzie fajnie, pogadamy do późna bla bla bla."
 Ok 23 zadzwonił Brat Rozważny i powiedział, że bardzo przeprasza ale jeszcze trochę zostaną i czy nie byłoby kłopotem gdyby byli tak za godzinkę. " - No oczywiście, że to nie kłopot, czekamy na Was przecież, więc bawcie się i widzimy się za godzinę." Za godzinę również się nie pojawili, a my staraliśmy się trzymać twardo, choć kolejny film lekko nas usypiał. Tak mniej więcej około północy znowu zadzwonił Brat Rozważny i zapytał czy nie zrobią kłopotu, jeśli pojawią się jeszcze godzinę później. " - No nie, nie zrobicie kłopotu, zaczekamy." Po godzinie zadzwonił i powiedział, że jednak nie przyjdą w ogóle, zostaną na tej imprezie dłużej i od razu na noc, ale za to wpadną do Nas na śniadanie. " - No dobra, trudno...o której będziecie na to śniadanie?" " - Tak ok 9, bo wiesz, wyśpimy się, wstaniemy i od razu będziemy." Rano wstaliśmy wcześniej, bo przecież goście i należałoby wszystko przygotować. No to do sklepu po świeże pieczywo i szykujemy śniadanie, bo przecież będą głodni. Stół pełen i gotowy, głodni jesteśmy jak cholera, ale nie jemy bo czekamy, zaraz przyjadą, zjemy razem. Przyjechali. A jakże. Długo po umówionej godzinie 9, a gdy weszli do domu, powiedzieli "- ale my tylko na chwilę, nie zostaniemy na śniadanie, już jedliśmy." I tak się spieszyli do babci żony Brata Rozważnego, że weszli tylko do przedpokoju! A na koniec tej krótkiej, ale jakże wyczerpującej wizyty usłyszeliśmy - "wiecie, nie chcemy Wam robić kłopotu." I poszli. Śniadanie zjedliśmy z M sami.
Teraz, kiedy przypominam sobie tę historię, dochodzę do wniosku, że lubię jak ktoś przyjedzie, zawróci Nam głowę na kilka dni, zje wszystko co mamy, nabałagani i nabrudzi, naniesie furę błota, złamie deseczkę w podłodze, zniszczy blat w kuchni,  itd itd - zdarzały się różne przypadki, ale nie znoszę jak ktoś tak właśnie nie chce Nam sprawiać kłopotu...

środa, 23 grudnia 2015

Postanowienia


O Boże nie mam prezentów!!!! 2 dni do Wigilii, a ja nie mam prezentów dla dzieci. Jak to się stało???!!! Przecież obiecałam sobie, że w tym roku już na pewno, ale to na pewno kupię je wcześniej, tak gdzieś w listopadzie. I będę patrzeć na tych co biegają w ostatniej chwili i kupują byle co, bo na zastanawianie się i wybrzydzanie nie ma czasu. No tak przecież miało być. Miałam śmiać się innym w twarz, myśląc jaka to ja jestem przebiegła i zapobiegliwa i moje prezenty leżą sobie ładnie popakowane i ukryte. Dlatego nie wiem jak to się stało, że do Dużego Sklepu z Zabawkami trafiłam dopiero teraz!!! Dzieci do obkupienia - sztuk 6. Planu żadnego. Zaraz zaraz, były jakieś listy do św. Mikołaja...tak tak...co tam było na tych listach? zaczęłam sobie gorączkowo przypominać Barbie brokatowe włosy, domek Emmy, Star Wars Battlefront, Twister, seria książek....itd itd......o matko. Dziarsko ruszyłam w poszukiwaniu pożądanych rzeczy. Ceny niektórych sprawiły, że zaczęłam coś tam nerwowo mamrotać pod nosem, ale postanowiłam się nie poddawać. Kilka rzeczy znalazłam, ale ciągle czegoś brak, odliczam w głowie kolejne dzieci, jeszcze troje bez prezentu. Podchodzę do Miłej i Zabieganej Pani i pytam o to i tamto, Pani patrzy na mnie  z politowaniem i mówi - "no w zeszłym tygodniu jeszcze to było, ale po weekendzie już nie ma, wszystko sprzedaliśmy". Spuściłam tylko głowę, rozłożyłam ręce w geście rozpaczy i mówię do Pani - "no sama jestem sobie winna". Pani nawet nie próbowała zaprzeczać, przytaknęła ze współczuciem. Chyba dobrze mi z oczu patrzyło, bo pomogła i wyszłam z prezentami. Może niekoniecznie dokładnie tymi z list wywieszonych na oknie dla pracowitych elfów, ale myślę, że radocha i tak będzie. Wróciłam do domu, popakowałam i czekam do jutra. A na przyszły rok oczywiście znowu mam postanowienie, że na pewno, ale to na pewno, już tak na 100 procent, prezenty kupię wcześniej :)
I wszystkim życzę Wesołych Świąt i Zdrowia w przyszłym roku, Radości i Szczęścia. I objadajcie się bez opamiętania, bo taka nasza tradycja, odchudzać będziemy się od stycznia. W końcu trzeba mieć jakieś postanowienia :):):)

niedziela, 20 grudnia 2015

Płonne nadzieje

Postanowiłam zachorować, a ponieważ nie lubię się rozdrabniać, to od razu z grubej rury na anginę. No przecież nie będę się przeziębiać ot tak tylko z katarem, to byłoby za mało. Oczywiście jak normalny człowiek zachoruje na anginę, to włazi do łóżka,wygrzewa się tam kilka dni, ładnie przyjmując wszystkie leki. Dzięki temu po tygodniu jest zdrów jak ryba. W dodatku jeżeli jest to facet,  nie rusza ręką ani nogą, jęczy "dobij mnie" lub dramatycznie stwierdza, że tym razem, to już na pewno koniec i spisuje testament. Niestety, jeśli jest się mamą, nie jest to takie proste. Mamy zwolnienia nie biorą. I nie chorują. Wiadomo. No i z tą cholerną anginą leżałam, a jakże, całe 5 godzin, a następnie zmuszona byłam zacząć prowadzić normalne życie. Dlatego też choruję już trzeci tydzień i końca nie widać, a każdemu przełknięciu śliny towarzyszy grymas bólu. Ale nie o tym chciałam.... ale o tym, że udałam się do lekarza, okazał się młody i przystojny i już się ucieszyłam na ten widok, a on...zajrzał mi tylko do gardła!!! nie chciał mnie badać (!), czym strasznie zepsuł mi humor. Jakoś ciągle wydawało mi się, że jestem piękna i młoda, a tu taki afront. Młody chłop nie chce mnie badać! A tak się cieszyłam....Nie wiem co mnie bardziej załamało, jego nieprofesjonalna ;) postawa, czy diagnoza. Leki zaordynował, lekarzem jest, ale muszę przyznać, że kompletnie bez serca.

czwartek, 17 grudnia 2015

Najazd ;)

Odwiedzili mnie rodzice – Mama – dziecko poprasuję Ci a ty sobie poskładasz i Tata – dziecko weź się do roboty. Ledwo weszli rzucili wprawnym okiem po domu – o matko! Nieposprzątane, nieuprane i niepoprasowane!!! Jest sobota rano, a dzieci chodzą w pidżamach, są nieuczesane, Dede weź się do lekcji z komputera nic nie będziesz miał!!! (ich syn, a mój brat jest programistą), Nitka dlaczego ty tak łazisz, posprzątaj swój pokój!!! Teraz na tapetę M – dlaczego on siedzi przed komputerem? powinien kosić trawę, nosić drzewo, sprzątać garaż i co tam jeszcze się da, ważne, żeby było ciężko i żeby się zmęczył. Biedny M starał się przemknąć niepostrzeżenie bo nie dość, że siedział przed komputerem, czytając nowinki sportowe, to jeszcze w dodatku w gaciach! no i Ja – śliwki, które przywieźliśmy kilka dni temu ciągle niezjedzone, meszki je jedzą, Tobie to nic nie warto dawać!!! (no ale we czworo nie daliśmy rady kilku kilogramom śliwek plus gruszek plus jabłek, no nie dało się za nic w świecie). Dlaczego koty są w domu? Ciepło jest, to jest dom dla zwierząt! Jak Ty tu żyjesz!!! Jedynie Zu się upiekło, ale może dlatego, że spała, chociaż nie jestem pewna czy w pozycji satysfakcjonującej dziadków. Jestem beznadziejna, nic nie umiem, nie potrafię. Nie ma to jak rodzice tak podniosą człowieka na duchu :) 

niedziela, 13 grudnia 2015

Lepsze dzieciństwo?

W internecie co chwila trafiam na post w stylu "my siedzieliśmy na trzepaku, to było dzieciństwo", "bez komputera telefonu - to było dzieciństwo", "jeśli pamiętasz to i to (tu odpowiednie zdjęcia) - to znaczy, że miałeś prawdziwe dzieciństwo". Można by mnie zlinczować za to co teraz powiem, ale - lekko rzygać mi się od tego chce, a czasem nawet bardziej niż lekko. A kto dał nam receptę na jedyną prawdę? Czy to, że wychowałam się bez komputera i telefonu komórkowego czyni mnie lepszą i mądrzejszą? Czy siedzenie na trzepaku było takie ekstra, że nic tego nie przebije? Czy ludzie, którzy urodzili się później i mają dostęp do wszelkiego dobra, mają dzieciństwo sztuczne? Nieprawdziwe? Na niby? Mam dzieci i wiem, że to jak spędzają swój wolny czas zależy w dużej mierze ode mnie. Oczywiście, też grają, ale nie tylko na komputerze, bo ja i M gramy też z nimi w gry planszowe. Spędzają czas na dworze, mają kolegów i koleżanki i spotkania z nimi może nie odbywają się na trzepaku, ale też nie zawsze przed komputerem. W sąsiedztwie pełno dzieci, które również potrafią biegać, skakać, a nawet jeździć na rowerze, zupełnie jak dzieci sprzed lat. Cała duża grupa dzieciaków na urodzinach Dede bardzo chętnie bawiła się przez 2 godziny w podchody, potem wygłupiali się i śmiali. I wcale nie włączyli żadnych technologicznych cudów. Można? Jasne, że można. Trzeba dzieciom pokazywać inne formy spędzania wolnego czasu, zachęcić je, ba! czasem nawet zrobić coś z nimi. I tu pojawia się problem, bo przecież o wiele łatwiej jest posadzić dziecko przed komuterem lub telewizorem, żeby dało nam święty spokój, a potem mówić, że ono tak lubi i chce. A może przestań Matko oglądać paradokumentalne seriale  dla paranormalnych i pokaż córce jak uszyć ubranko dla lalek, albo zrobić widoczek ze szkła i kwiatków. Albo ty Tato nie leż przed telewizorem, oglądając kolejny meczyk, tylko weź piłkę lub rakietki do badmintona i wyjdź z synem przed blok. I ucz swoje dzieci świata, wychowuj, wpajaj wartości, zamiast zamieszczać debilne posty o tym jak to kiedyś było świetnie, a dziś jest beznadziejnie.

czwartek, 10 grudnia 2015

Mazury

Z M i grupą przyjaciół uwielbiamy Mazury. Kiedyś spędzaliśmy tam część każdych wakacji, mieszkając w namiotach, pływając w jeziorze, czasem kajakami i pontonem, łowiąc ryby i śpiewając piosenki przy ognisku. Cudowne beztroskie czasy, kiedy pieniędzy było tyle co nic, więc żywiliśmy się tym co kto miał plus co kto złowił. Zawsze musiało wystarczyć na piwo "Żagiel" oraz papierosy. W dużych ilościach. Bo przy ognisku to schodzi. Trzy lata temu stwierdziliśmy, że już czas zabrać tam nasze dzieci i zarazić ich miłością do Mazur. Dzieci się zaraziły, a jakże. Dede i Nitka z radością korzystali ze wszystkich uroków, zwiedzaliśmy, pokazywaliśmy, opowiadaliśmy. Dzieciom się podobało. Chodziły też z nami na ryby. Któregoś razu poszedł ze mną tylko Dede. Wzięłam wszystko co potrzebne i piwo, bo bez tego podczas łowienia ryb, to jakoś tak pusto :). Kiedy złowiliśmy już kilka sztuk, zobaczyłam, że biedne ryby bardzo chcą się uwolnić z siatki zanurzonej w wodzie, więc postanowiłam skrócić ich męki. Powiedziałam do Dede – "idź synku na chwilę na koniec pomostu, bo ja będę zabijać ryby i nie chcę żebyś patrzył". Dede posłusznie poszedł i zajął się grzebaniem w piasku. Wtedy zorientowałam się, że nie mam żadnego narzędzia do zabijania ryb, ale pusta już butelka po piwie świetnie się nada. No więc wyjmowałam po kolei ryby z siatki i zapamiętale waliłam w łby, no niestety, brutalne, wiem, ale uderzenie mam ok, więc obyło się bez męczarni. W końcu trafiłam na jakąś oporną, którą musiałam walnąć kilka razy, mówiąc przy tym - "cholera jasna, nie mogę jej zabić". Wydawało mi się, że Dede nic nie widział ani nie słyszał. Do czasu, aż wróciliśmy z wakacji i dzieci kąpiąc się w wannie, bawiły się w łowienie ryb. Wszystko robili jak należy, zdrętwiałam tylko, jak usłyszałam z łazienki głos Dede – "cholera nie mogę jej zabić", szybko weszłam, a tam moja córka trzymała plastikową rybę a syn uderzał w łeb tej ryby jakąś plastikową butelką. Chyba jednak coś słyszał i widział z tego końca pomostu.




Oto na tym pomoście odbywały się te straszne sceny z życia ryb, które wpadły w moje ręce !!! 
W oddali M z dziećmi. 

niedziela, 6 grudnia 2015

A może relaks w wannie?

A propos relaksowania się, a raczej chęci, przypomniała mi się jeszcze jedna zabawna historia. To było kilka lat temu 3, może 4. Postanowiłam odpocząć w wannie, był wczesny wieczór, dzieci bawiły się, M coś oglądał, pełen luz. Napuściłam więc wody, narobiłam piany i wlazłam. Warto tu dodać, że w tej łazience nie można się zamknąć Emotikon smile Po kilku minutach przyszła (mała jeszcze wtedy) Nitka i jak zobaczyła, że się kąpię – "mamoooo, mogę do Ciebie?" - "no pewnie, właź". Za chwilę pojawił się Dede – "o kąpiemy się!" - zauważył rezolutnie, szybko, bez zbędnego pytania rozebrał się i już siedział w wannie. Wanna nie jest niestety tak duża, więc już nie mogłam sobie wygodnie leżeć, tylko musiałam siedzieć zwinięta w kulkę i zajadać się zupami i innymi daniami z piany, którymi częstowały mnie dzieci. Jakby tego było mało po kilku minutach wszedł kot Rysiek usiadł na brzegu wanny i patrzył co robimy!!!! To jeszcze nie koniec!!! Zaraz wszedł M zdziwiony, że w domu jakoś cicho i pyta –"a co Wy wszyscy tu robicie?" Za nim weszła jeszcze Negra machając ogonem na wszystkie strony i ciesząc się, ze w końcu nas znalazła. "Relaksuję się w samotności" - odpowiedziałam smętnie.
I tak mamy cały czas. Dom jest naprawdę duży, a my zazwyczaj siedzimy razem na kilku metrach kwadratowych Emotikon smile i z przerażeniem myślę o dniu, w którym moje dzieci przypomną sobie, że mają swoje pokoje i zaczną się w nich zamykać.

sobota, 5 grudnia 2015

Relaks?

Posprzątałam (ja ciągle sprzątam, a najgorsze, że efektów nie widać), poprałam, poprasowałam, posprawdzałam lekcje i ogólnie narobiłam się po same łokcie, pachy czy uszy. Zu poszła spać, mam chwilę dla siebie. Zrobiłam sobie kawę, siadłam na kanapie, włączyłam muzykę i….po 15 sekundach pojawiło się któreś z nich, już nie wiem które, to bez znaczenia. To włączyło telewizor, zaraz przyszło następne i zaczęło gadać. Najpierw kłócili się o pilota, potem o miejsce na kanapie (podobno jest miejsce pierwsze i drugie), wszystko bardzo głośno, potem zaczęli biegać dookoła mnie, potem Nitka zaczęła skarżyć, Dede zaczął się tłumaczyć (jakby mnie obok nie było i jakbym nic nie słyszała), darli się jeszcze głośniej, siedząc jedno po mojej lewej, drugie po prawej stronie. Ja w środku patrzyłam tylko przed siebie, bez reakcji. Miałam prawdziwie mordercze myśli, ale zaraz mi przeszły, bo Zu się obudziła i też zaczęła się drzeć. I już zapomniałam, że właśnie miałam chwilę dla siebie. Ale i tak wcale nie chcę żeby dorośli :)



To rozwalone futro, to niejaki Lolek, ten to potrafi się relaksować. W sumie zimą nie zajmuje się niczym innym :)

 Emotikon smile

czwartek, 3 grudnia 2015

Polisa? ale co to?

Nie jestem asertywna. Mój M twierdzi, że jeśli chodzi o niego, to mam aż za dużo asertywności, ale ogólnie raczej nie. Dlatego padam często ofiarą różnych ludzi - wykorzystywaczy. Coś zrobić, coś podwieźć, w czymś pomóc, nie ma problemu. Zazwyczaj nie patrzę na to, że robię coś własnym kosztem, ale na to, że robię dobrze komuś, bo go lubię. Wzajemności zazwyczaj nie zauważam. No taka jestem, ale walczę z tym jak mogę, bo w końcu z wiekiem człowiek mądrzeje. Dzisiaj miałam spotkanie z Panem z firmy, która zajmuje się ubezpieczeniami na życie itp. Już ponad 10 lat temu coś tam wykupiłam, 5 lat temu z tego rezygnowałam i oczywiście wtedy Pan namówił mnie na kolejne ubezpieczenie. Z tamtego starego zrezygnowałam, ale uwikłałam się w nastepne 10-letnie i tak w kółko, Kręcą mnie jak mogą, bo głupia jestem i nie potrafię odmówić. No i dzisiaj znowu rezygnowałam zadowolona, że w końcu się uwolnię od tych wszystkich ubezpieczeń i polis, ale oczywiście nie mogło być łatwo. Rezygnacja owszem przebiegła sprawnie, ale Pan potem powiedział - "mam dla Pani propozycję". Zmroziło mnie, bo wiedziałam jak to się skończy - wyjdę z kolejną polisą. Tym razem jednak postanowiłam się nie dać. Pan zawzięcie tłumaczył zawiłości nowej polisy czy czegoś tam (nie wiem, udawałam, że słucham), aż w koncu zadał pytanie - jaki Vat Pani płaci? No to ja - "yyyyy, ale że o co chodzi, o podatek?" . Tak - mówi Pan - "jaki Pit, w jakim progu podatkowym Pani jest?" - "yyy, wie Pan co, ja nie wiem, mój mąż to rozlicza, ja to taka żona przy mężu, ale duży, wysoki ten próg, oj wysoki no mówię panu i pieprzę jakieś trzy po trzy, a polisy takie ważne blablabla, patrząc przy tym jak idiotka. Pan dziwnie spojrzał i pyta - "no ale jaki numer Pit-u?"- "yyyyy ja nie wiem, Panie, ja nic nie wiem, ja się tam tylko podpisuję". Chłop załamał ręce. Autentycznie! zobaczył, że nie ma z kim rozmawiać, zwinął papiery i powiedział żebym porozmawiała z mężem czy jestem zainteresowana. Bąknęłam coś tam pod nosem, że ja taka niezorientowana i zaśmiałam się głupkowato hihihi oraz ładnie podziękowałam. Pan, żegnając się ze mną był jakby mniej wylewny, niż witając. A jak wyszłam z firmy zauważyłam, że wylazł za mną żeby zobaczyć jak idę do samochodu, tachając ze sobą oczywiście Zu :) Idiotka etatowa, ale polisy mi nie wcisnął.

wtorek, 1 grudnia 2015

Poranek z Nitką


Ktoś mi mówił, że wychowywanie dziewczynek jest trudniejsze i muszę przyznać, że z każdym dniem przekonuję się, że ten ktoś miał rację :) Nitka jest grzeczną dziewczynką i nie mogę powiedzieć żebym miała z nią dużo problemów, ale niektóre zachowania powalają. Ponieważ moim pierwszym dzieckiem był chłopiec, zaskoczyło mnie to, że w wieku 3 lat mała dziewczynka może się awanturować o to w czym pójdzie do przedszkola. Nagle okazało się, że teksty w stylu - "to do tego nie pasuje", bądź "ja w tych rajstopach nie wyjdę" itp. są na porządku dziennym. Przekonałam się również, że rzeczywiście z gumkami i spinkami jest tak, że ile by się ich nie kupiło, to nigdy ich nie ma. Zawsze dostają cudownych maleńkich nóżek lub skrzydełek i bezpowrotnie opuszczają dom. Nitka jest też bardziej skomplikowana, częściej niż Dede próbuje załatwić coś płaczem bądź robić jakieś dziwne podchody, nie mówiąc wprost o co jej chodzi i trudniej coś od niej wyegzekwować. Myślę, że małe kobietki od małego mają manipulację we krwi.
Dzisiaj rano Nitka robiła wszystko by się spóźnić do szkoły. Najpierw nie chciała się umyć i ubrać (jak zwykle), potem wymyślała co chce na śniadanie (jak zwykle), potem tańczyła przed lustrem, jednocześnie patrząc i podziwiając się jaka ona piękna i śpiewała do mikrofonu piosenki w j.angielskim, używając przy tym tak trudnych słów, że sam Anglik by nie zrozumiał. Kiedy powiedziałam jej, żeby już skończyła i się szykowała, krzyknęła - "nie widzisz, że jestem zajęta, KOBIETO??!!!" Następnie wzięła do ręki 20 złotowy banknot i machała nim, jednocześnie udając, że pali papierosa (ode mnie tego nie wzięła, nie macham pieniędzmi, ani nie palę). Do akcji wkroczył Dede szybciej niż ja i zaczął ją "prostować", wtedy Nitka zaczęła się tłumaczyć, że ona tak powiedziała do Zu, a nie do mnie, tylko nie wiem dlaczego po kilku minatach zaczęła przepraszać mnie a nie ją :) Zanim wyszliśmy z domu, zdążyła zrobić jeszcze zamieszanie wokół zapinania butów i koloru rękawiczek - bo nie mogła się zdecydować, na które ma dzisiaj ochotę. Następnie prawie się rozpłakała, że nie czekamy na nią i chcemy pojechać bez niej - należy zauważyć fakt, że właśnie JĄ odwoziłam do szkoły - bez niej pewnie byłoby szybciej, tylko w tej sytuacji jakoś bez sensu, ale tego nie zauważyła. Była zajęta lamentowaniem, że chcieliśmy zawieźć ją do szkoły bez niej!!! Jak się okazuje, zawsze można znaleźć powód do awantury. Kiedy patrzę na uśmiechającą się Zu, skóra mi cierpnie na myśl o tym, co czeka mnie za kilka lat.




Oto rzeczy wykorzystane dzisiaj do zabawy przed szkołą - lekcje oczywiście na rano i trzeba się spieszyć :)


Nitka - cudowna dziewczynka, która sprawia, że macierzyństwo staje się wyzwaniem :)

niedziela, 29 listopada 2015

Obżarstwo

Słyszę jak co niektórzy mówią - napisz coś, napisz o tym i o tamtym i żeby koniecznie było śmiesznie i lekko bo ty tak umiesz i każą mi przypominać sobie jakieś śmieszne historie z mojego albo ich życia i opisywać opisywać. A czy zawsze musi być śmiesznie, a nie może być po prostu lekko i przyjemnie? I miło? Myślę, że może, a nawet powinno. Wszak ja nie podpisywałam żadnego cyrografu na śmieszność i zabawne historie, może nawet kiedyś trafić się coś całkiem smutnego :) W ten weekend odwiedziły mnie moje ukochane siostry - Klon oraz SiostraniecoMłodsza, obie z mężami i przychówkiem. Pełna chata. Cudowny czas, pełen gadania, śmiechu, picia, jedzenia i fajnego towarzystwa. I korzystanie z talentów Szwagra, który potrafi zrobić każdego drinka świata, a nawet więcej, bo wymyśla własne. Z odchudzania kolejny raz nici, bo obżeraliśmy się zawodowo i pełnymi garściami, teraz to chyba jakieś oczyszczanie organizmu potrzebne. Wznosiłam się na wyżyny kulinarne. Kurczak i schabowe też były, ale obiecałam ucztę sushi własnoręcznie przygotowaną i słowa dotrzymałam. Tak, to ja sama przygotowałam, sama kupiłam produkty, sama ukręciłam i sama ułożyłam. I nie, nie był to mój pierwszy raz :)

było i awokado i ogórek i oshinko 
było i z pieczonym łososiem



i z surowym łososiem i surowym tuńczykiem

i kwiatki były i sezam i paluszki surimi

i różne inne i było dużo i zjedliśmy wszystko i potem nie mogliśmy się ruszać :)

sobota, 28 listopada 2015

Hammam, S-ka i ja

Kilka lat temu wybraliśmy się ze S-kimi na wakacje do Turcji. O pięknej pogodzie, wszelkich wygodach, wspaniałym nastroju i dobrej zabawie nie ma co mówić, bo to dla większości nudne. Pewnego dnia leżąc i robiąc nic, stwierdziłyśmy ze S-ką, że może warto by pójść do łaźni tureckiej tzw. Hammamu. No bo skoro jesteśmy w Turcji, to czemu by nie. Udałyśmy się więc w stosowane miejsce. Warunek był jeden, że chcemy razem, a nie pojedyńczo. Kiedy stawiłyśmy sie na umówioną godzinę, miły Pan z długimi ciemnymi włosami (mało przystojny) i mocno śmierdzący papierosami zaprosił nas do przebieralni, gdzie kazał się rozebrać. Całkowicie. Trochę się zdziwiłyśmy, bo byłyśmy przekonane, że będziemy w strojach kąpielowych. No ale stwierdziłyśmy, że przecież spoko, co tam, wszak było to parę kilogramów temu i wyglądałyśmy całkiem całkiem, a na golasa przecież tam latać nie będziemy. Pan zaprowadził nas do cudownej pieczary, nagrzanej i naparowanej, gdzie czekał jeszcze jeden Pan (prezentujący się dużo lepiej od poprzedniego). Drugi Pan trafił się S-kiej, mi niestety ten pierwszy. Położyłyśmy się na rozgrzanych płytach, dla mnie wyglądających jak nagrobki i panowie zaczęli nas peelingować, masować pianą, potem polewać wodą, potem znowu masować. Było nam jak w raju. Gorąco, przyjemnie ach i och. Rozmawiałyśmy sobie beztrosko i bez skrępowania przy Panach, bo przecież to Turcy i nic nie rozumieją. Śmiałyśmy się, że my tu takie gołe i dwóch Panów z nami i głupie żarty sobie robiłyśmy i mówiłyśmy o śmierdzeniu papierosami i który lepszy a który gorszy, takie tam głupie gadanie gołych bab, leżących na kamieniach. Potem posadzili nas w jakichś szlafrokach, nałożyli maski na twarz i dali do picia jakieś uzdrawiające soki. Następnie znowu kazali wyłazić z tych szlafroków i masowali całe ciało, łącznie z twarzą. Było mi cudownie, tylko papierosowy smród lekko mnie powalał. No ale dobra, trzeba zrozumieć człowieka. Po skończonych zabiegach byłyśmy rozanielone, wniebowzięte i w ogóle ekstra. Później siedząc przy basenie opowiadałam jednej miłej pani z Pruszkowa jak to tam cudownie i super, a po skończonej opowieści Pani mówi do mnie – "tak tak, ja wiem, byłam, tylko ja ciągle w stroju, chciałam zdjąć, ale mi powiedział, że nie trzeba, a wie Pani, że ten przystojniejszy w październiku bierze ślub z Polką i świetnie mówi po polsku?" Taaaaaa


Tu spędziliśmy leniwe 2 tygodnie, czytając, gadając, śmiejąc się i robiąc nic.

środa, 25 listopada 2015

3 minutowe zakupy

Kiedy jest się bezdzietnym, albo z dziećmi dużymi, wyjście do sklepu jest rzeczą prostą, szybką i nieskomplikowaną. Kiedy ma się małe dzieci, wyjście to jest trochę utrudnione. Otóż okazało się, że zabrakło mi ziemniaków, a że dzieci zażyczyły sobie kopytek, nie dało się bez tego. Zapytałam więc dzieci, czy zostaną same w domu na 10 minut, podczas kiedy ja wyskoczę z Zu na zakupy. "Tak oczywiście mamo, zostaniemy", powiedział Dede i natychmiast włączył swój telefon do ładowania żeby być zabezpieczonym i móc się ze mną natychmiast skontaktować. Zaczęłam więc żmudne przygotowania do wyjścia, czyli przewijanie i ubieranie Zu. Kiedy byłyśmy gotowe do wyjścia, Nitka nagle stwierdziła, że ona nie zostaje i idzie z nami. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to tylko na chwilę, że nie ma sensu, ale była nieugięta. Nie będę dziecka stresować, niech idzie, w końcu to tylko na chwilę. Nitka rozpoczęła przygotowania – ubieranie, czesanie, dobrze, że się jeszczce nie maluje. Siedziałam z Zu na schodkach i patrzyłyśmy obie. Kiedy Nitka była ubrana, przyszedł Dede i jakoś tak dziwnie zaczął się koło nas kręcić. W końcu wydusił z siebie, że on może też by poszedł, bo przecież co on tak będzie sam tu siedział. Dede zaczął się ubierać. Ja w międzyczasie rozbierałam Zu, bo ta już się zgrzała. Po kolejnych dłuuuuugich minutach w końcu byli gotowi, więc od początku zaczęłam ubierać Zu. Poszliśmy do samochodu. Zaczeli się kłócić o to, gdzie kto będzie siedział (do sklepu jest 800 metrów). Udało się ich jakoś upchnąć. Miałam pójść tylko po ziemniaki, zakupy trwałyby dosłownie 3 minuty. Z całą trójką zajęło to 40 minut, przy półkach ze słodyczami i chipsami doszły jeszcze negocjacje. Pani kasjerka uprzejmie i z uśmiechem zauważyła – "a Pani jak zwykle po jedną rzecz?". Smętnie przytaknęłam. Wyszłam ze sklepu obładowana siatami z żarciem na następnych kilka dni i z kwadratową głową. Ale kopytka wyszły dobre, pożarli wszystkie w ciągu 10 minut :)  





poniedziałek, 23 listopada 2015

Odchudzanie odc.4587

Znowu postanowiłam się odchudzać. No normalne przecież i każda kobieta mnie zrozumie. A ponieważ trochę na odchudzaniu się znam i w teorii jestem całkiem dobra, to ustaliłam sobie zdrową dietę oraz godziny, o których powinnam spożywać. Pierwszego dnia trzymałam się dzielnie i elegancko, zjadłam tylko to co było w diecie, czułam się lekko i przyjemnie i z dumą myślałam o tym jak to cudownie tak się odchudzać i jaka to ja jestem ekstra. Już nawet wyobrażałam sobie jak idę na zakupy i jak szałowo wyglądam w przymierzalni w każdym z mierzonych ciuchów. Drugiego dnia zjadłam śniadanie równie elegancko jak pierwszego i drugie śniadanie też. Niestety po drugim śniadaniu odkryłam opakowanie ptasiego mleczka (kto je położył na moich oczach tzn. w kącie szafki na górnej półce??!!), po spróbowaniu czy się przypadkiem nie zepsuło, a dokładny obraz mogło dać tylko jakieś 10 sztuk, odkryłam nagle, że obok leży czekolada…hmmmm, co to za czekolada? Ach mleczna z bakaliami, no tak tak, a jak ona smakuje? Zeżarłam szybko całą żeby dzieci nie zobaczyły (nie wiem czy czekolady czy mnie), a następnie fałszywym głosem zapytałam ich – „dzieci, chcecie czekoladę?” dzieci chciały, więc bezkarnie mogłam odpakować następną nadziewaną i już przy nich wciągnąć kilka kostek, bo przecież kilka mi nie zaszkodzi. No i mam postanowienie, że od jutra znowu będę się pilnować.



A dziś nocowała u mnie Przyjaciółkaodlat i doszłam do wniosku, że takie śniadanie jest jak najbardziej na miejscu. Ona może, bo jest anorektycznie chuda, ja nie mogę, bo jestem chuda rubensowsko, ale i tak było przyjemnie opychać się takimi pysznościami. Nawet M się złamał. Coś tam marudził o zbyt wysokim cukrze, ale kto by go słuchał, zresztą jak spróbował, to okazało się, że ten cukier to chyba nie jest taki wysoki i coś tam było o ogólnym dobrym prowadzeniu się i że raz na jakiś czas można i jakieś takie nudy :) Dla dzieci nie zostało, ale one będąc w szkole nie wiedziały co się tu wyprawia :) Pączki były grzeszne, pyszne i znowu od jutra postanowienie :) hahahaahhaha 

sobota, 21 listopada 2015

Samotność z Pink i rowerkiem


Postanowiłam, że będę jeździć na rowerku. Mam w piwnicy tzw. Pokój Ryśka (nazwa wzięła się od kota, który bardzo lubił tam spać) i jest to idealne miejsce do ukrycia się przed wszystkimi. Zniosłam więc tam sprzęt grający, rowerek stacjonarny, matę i hantle. Zaniosłam tam też buty do ćwiczenia, ręcznik i wodę, żeby być profesjonalnie przygotowaną i żeby stamtąd nie wychodzić w czasie ćwiczeń. No i przede wszystkim żeby mnie tam nikt nie odnalazł. Ja lubię spokój, a w czasie ćwiczeń ostatnią rzeczą jakiej chcę słuchać jest gadanie Nitki mamo tratatatataatatta mamo tratatatatatatatatata mamo tratatatatatata....i tak w kółko. Często nawet nie wiem co ona do mnie mówi, za to wiem, że bardzo dużo i bardzo głośno. W to gdzie jestem był wtajemniczony tylko M. No i udało mi się kilka razy zejść na dół niepostrzeżenie, włączyć muzykę (dla mnie Pink jest idealna do ćwiczeń) i oddać się samotnemu, ale bardzo przyjemnemu ćwiczeniu :). Nikt nie gada, nikt nic nie chce, ach jak mi cudownie. Niestety, po kilku dniach Nitka szukała mnie po całym domu i przypomniała sobie, że jest jeszcze piwnica. Była przekonana, że nastawiam pranie, więc jakie było jej zdziwienie, kiedy odkryła co robię naprawdę. Kiedy powiedziała – "mamusiuuuu, dlaczego nie powiedziałaś, że tu sobie tak fajnie ćwiczysz?", ścisnęło mnie w środku tylko trochę i fałszywie odpowiedziałam – "nie sądziłam, że będziesz chciała". Na co ona – "chcę, chcę". I już za 5 minut przebrana, w sportowych butach, trajkotała mi nad uchem kiedy robiłam brzuszki, kazała ustawiać rowerek na swój wzrost, rozłożyć drugą matę, a na koniec jeszcze tańczyć. I cały czas gadała. Samotność z Pink i rowerkiem szlag trafił.

czwartek, 19 listopada 2015

Różowy polarek

Gdzie ten różowy polarek???!!! Zu już gotowa do wyjścia, przewinięta, nakarmiona, czapa na głowę wciśnięta, drze się bo jej gorąco i chce spać a nigdzie nie ma polarka…gdzie on jest???!!! GDZIE RÓŻOWY POLAREK????!!! Latam po całym domu z Zu uczepioną na ręku, drze się, góra – wszystkie pokoje – nie ma, dół jeszcze raz – nie ma, no to jeszcze raz góra, Zu drze się jeszcze głośniej już cała czerwona i spocona, znowu dół, GDZIE TEN POLAREK???!!! Nitka patrzy spode łba, ale nic nie mówi, też gotowa do wyjścia czeka. Nagle mój wzrok pada na misia Nitki i na misu co? Różowy polarek!!! – „Mamo, ale nie budź go, bo on śpi, a jak się obudzi, będę miała przechlapane”. Padłam.




No od razu widać, że śpi. No przecież :) 

wtorek, 17 listopada 2015

Zdążyć na samolot


Rok 2010. Lotnisko gdzieś w Szkocji, wracamy z ferii świątecznych (lubimy ogólnie Wyspy Brytyjskie, taka fanaberia). Jesteśmy obładowani walizami (tam są bardzo dobre wyprzedaże i jakoś się zapomniałam), do tego dochodzą dzieci – Dede lat 5, Nitka 1,5 roku. Dede dzielnie ciągnie za sobą swój podręczny, my oczywiście swoje, w których spróbowałam upchnąć kolanem co się tylko dało. Dzieci trzymają swoje miśki, jaśki i inne akcesoria do podróży, niekoniecznie potrzebne, ważne, że dużo. Wyglądamy jak objuczone wielbłądy. M chyba się już trochę wstydzi, bo marudzi od dłuższego czasu, a kiedy stojąc w kolejce do ostatecznej odprawy przed wejściem do samolotu mówię mu, że muszę jeszcze pójść z Nitką do toalety, prawie wytacza pianę. No ale byliśmy ostatni w kolejce, więc uznałam, że zdążymy. No więc szybko toaleta i wracamy z Nitką do kolejki. Kolejki nie ma. Nikogo nie ma. Pusto. No przecież nie było nas tylko małą chwilkę. Biegnę w inną stronę,popychając wózek z Nitką przed sobą. Czyżbym pomyliła wejścia? Nie, nie pomyliłam! Podbiegam do drzwi, zamknięte! Szarpię za klamkę. Wychodzi Pani, niezbyt miła i mówi, że wszyscy już są w samolocie. Zbladłam. Jak to? Tak szybko?! Ja też chcę.Ja też do samolotu. Prowadzić mnie tam!!!! Pani obejrzała mnie od stóp do głów i z bardzo zblazowaną miną otworzyła drzwi. Podła Szkotka jedna. Puścili mnie na płytę i kazali iść do samolotu. No więc pędzę popychając przed sobą wózek, drugą ręką trzymam swój podręczny, na wózku uwieszony podręczny Nitki, Nitka trzyma w ręku maskotkę kotka i lalkę dzidziusia, ja pod pachą mam swoją kurtkę, czapkę i szalik plus ubranie Nitki. Dobiegam do samolotu w momencie kiedy schodki odjezdżają - ja nie wiem kto do tego w ogóle dopuścił, że ja tak po płycie latałam. Panowie w wielkich słuchawkach na uszach zdziwieni na mnie patrzą a ja się drę, że.przecież jeszcze ja, że mój syn w środku (męża pominęłam dla większego dramatyzmu), że jak to możliwe. W momencie kiedy próbuję przekrzyczeć hałas na płycie, zaczynają wypadać mi rzeczy, które trzymam pod pachą – kurtka, czapka, szalik. Drę się na biednego chłopaka – co tak stoisz, pomóż mi!!! trzymaj to!! daję mu co tam trzymam, on patrzy z rozbawieniem, a ja wyciągam Nitkę, szybko składam wózek, oddaję innemu panu, zbieram z ziemi porozrzucane rzeczy, zabieram od zdziwionego chłopaka resztę i obładowana jak wariatka, trzymając Nitkę na jednym ręku, strzelając złym wzrokiem wdrapuje się po przystawionych już schodkach. Wpadam do samolotu. I te oczy wlepione we mnie. Wszystkich pasażerów. Bezcenne. M prawie zapadł się pod ziemię. Bąknęłam niemrawo "przepraszam" i wyminęłam miłą stewardesę, która juz pokazywała wyjścia awaryjne....przed chwilą pytam M – "pamiętasz tą sytuację?" Na co on – "byłem na Ciebie tak zły, że nie pamiętam".


Zdjęcia z lotniska nie mam, ale znalazłam coś lepszego. Oto nasza szkocka wigilia zmontowana na szybko z tego, co dało się kupić w polskim sklepie. Była jeszcze sałatka jarzynowa :)


A wprawne oko dojrzy Dede w tych cudownych wirujących filiżankach w centrum Edynburga :)


poniedziałek, 16 listopada 2015

Zupka Zu

Właśnie karmiłam Zu papką zupką własnej roboty, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Jako doświadczona mama odstawiłam miseczkę z daleka od dziecka i poszłam otworzyć. To listonszka, która zajęła mi nie więcej niż 2 minuty. Kiedy wróciłam, okazało się, że nie jestem aż tak przewidująca i doświadczona. Oto przy trzecim dziecku dowiedziałam się, że można wyjąć z buzi papkę połączoną ze śliną i rozsmarować ją po całym ubraniu i włosach. Można ją również wpakować do nosa, uszu oraz oczu! Następnie cieszyć się z tego głośno i donośnie, puszczając wesoło bąki :)  

niedziela, 15 listopada 2015

Czekolada

niektórzy mówią, że Nitka to mój klon. Ale ale...mam jeszcze jednego. Otóż mój Klon istnieje 400km ode mnie i ma te geny co ja. Z Klonem znamy się od początku istnienia, tylko jako dzieci bardzo się różniłyśmy – Klon była wiecznie brudna i nie potrafiła jeść łyżką, tzn. jej się wydawało, że je, ale tak naprawdę wszystko z powrotem trafiało do talerza. Ja natomiast byłam zawsze czysta, uczesana i łyżkę trzymałam prosto, śmiejąc się Klonowi prosto w twarz. Ale Klon i tak mnie kochała, a ja kochałam Klona :) Klon nadal dobrze się ma i jakiś czas temu pokazała zdjęcie, że zrobiła czekoladę, taką co się w dawnych czasach robiło samemu. No i ja pozazdrościłam Klonowi, że zrobił czekoladę, jak to w dawnych czasach się robiło, więc zrobiłam i ja. Znaczy Dede z Nitką zrobili a ja patrzyłam. Zu trochę za mała, więc dostała prawo do siedzenia w foteliku i patrzenia, podczas kiedy starszeństwo gotowało. Dede z racji poważnego wieku 10 lat był tym operującym przy gazie (bo tam mleko trzeba zagotować), robił to z miną bardzo poważną, mieszał powoli i dostojnie, stojąc na podstawce, pewnie żeby wydawać się wyższym. Nitka patrzyła na niego z podziwem (ach jak on pięknie miesza na tym gazie) i czekała aż będzie mogła dodawać składniki. Składniki zostały dodane, cała kuchnia elegancko zachlapana, bo jakoś im się wiertła od miksera wyjęły w czasie mieszania :) Nitka dała nam się namówić na napchanie buzi mlekiem w proszku (no kto tego nie robił, kto?) i potem nie mogła odkleić zębów :) śmialiśmy się z tego z M, ale za jej plecami, natomiast w twarz współczuliśmy :) Czekolada została przelana do pojemników i trafiła do lodówki. Dzisiaj rano została pożarta, prawie cała w błyskawicznym tempie. I wcale nie jestem pewna, że dzieci zjadły najwięcej :) Niestety zdjęcia nie mam, nie zdążyłam zrobić :( 

piątek, 13 listopada 2015

Przypadkowy Off Road

W tamtym roku, będąc w wakacje u babci, postanowiłyśmy z moją SiostrąniecoMłodszą sprawić dzieciom frajdę i zabrać ich nad rzekę Pilicę. Owa rzeka jest oddalona od domu babci kilka kilometrów, które jako dzieci pokonywaliśmy na piechotę, no ale teraz przecież jesteśmy dorosłe, mamy samochody i lubimy wygodę, więc jedziemy. Zapakowałyśmy do dwóch samochodów siebie, czworo dzieci, Negrę oraz prowiant, bo miało być sielsko anielsko, bosko i pełen luz. Jednak za namową jednego z Braci, nie pojechałyśmy znaną Nam drogą (bo tam podobno błoto i nie da się przejechać), ale inną, taką polną wzdłuż rzeki. Obraz po lewej był piękny, bo pola i lasy, obraz po prawej również piękny, bo rzeka, no już się cieszyłyśmy na samą myśl jak to zaraz będziemy się kąpać, dzieci były podekscytowane, my oczywiście jechałyśmy jedna za drugą, trajkocząc jednocześnie ze sobą przez telefon. Nagle droga zaczęła byc bardzo mocno wyboista, więc pytam moją SiostręniecoMłodszą – czy dasz radę przejechać? - ja przejeżdżałam spokojnie, bo z racji mieszkania na odludziu, mam samochód, który sobie w terenie radzi. SiostraniecoMłodsza odpowiedziała, że oczywiście (no wiadomo, toż to moja krew i gen) patrzyłam więc z podziwem jak rzeczywiście jej mały samochodzik dzielnie pokonuje coraz to większe dziury, wertepy i jak czasami leciutko frunie nad niektórymi z nich. Jechałam za nią (całe szczęście) i podziwiałam. Dobry humor Nas nie opuszczał. Kiedy wjechałyśmy w las - taki już z jednej strony las i z drugiej strony las, a my na wąziutkiej dróżce w środku, nagle przestała frunąć...tylko zawisła. O cholera. Nie rusza. Widzę, że dzielna SiostraniecoMłodsza próbuje i próbuje ale nic, zero. Kompletnie nic się nie rusza. Wysiadamy, debatujemy, próbujemy, chodzimy dookoła samochodu, podrzucamy gałęzie, próbujemy pchać...nic. Dzieci zaczynają się niepokoić, więc mogą wysiąść z samochodu, ale niestety tylko na chwilę, ponieważ zaraz pojawiają się nie wiadomo skąd ślepaki – takie paskudne podłużne muchy, które strasznie gryzą i to bardzo puchnie i boli przez kilka dni. Pojawia się cała chmara, więc dzieci zostają unieruchomione w samochodzie, gdzie zaczynają płakać, a my debatujemy dalej, popalając nerwowo papieroski, co to je SiostraniecoMłodsza wyjęła z jakiejś awaryjnej kryjówki. Samochód stoi w błocie po same swoje pachy. No ale ale, zaraz zaraz, przecież ja jestem za nią, mój samochód jest wolny, zaraz ją wyciągnę, przecież mam 4x4 i silnik mocny. Taaaa....tylko, że nie mam linki....No i co? I musiałyśmy ściągnąć Brata, co to nam poradził tą drogę a nie tamtą (czekałyśmy na niego prawie godzinę, a potem coś tam mówił o debilizmie i blond włosach), on musiał kupić nam linkę, dzięki której samochód został wyciągnięty. Radości było co niemiara, przybijanie piątek i wielkie święto. Ach jaki to wielki dół był, no nie wiem, nie wiem kto by tędy przejechał, chyba tylko traktor!!! Tak sobie stoimy i debatujemy i przeżywamy, aż nagle obok nas pojawia się starszy Pan starym samochodem typu Astra hatchback (pamiętam, że czerwonym), mijając nas mówi – a tu to trzeba uważać, ja na ryby tędy jeżdżę i przejeżdża obok nas i przez ten dół, lekko tylko dodając gazu. Martwa cisza i szczęki na ziemi. SiostraniecoMłodsza stwierdziła, że ma dość kąpieli i wraca do domu, ja moim nie mogłam odmowić tej przyjemności i jeszcze zabrałam ich na inne kąpielisko :) A potem do 3 rano na schodkach domu babci pocieszałyśmy się napojami wyskokowymi, wypalając do reszty awaryjne papieroski. Potem jeszcze chodziłyśmy po lesie, tak tak w nocy, po ciemku...ale kto by to dokładnie pamiętał :)

Oto zdjęcie utkniętego samochodu SiostryniecoMłodszej, w błocie aż po dach. Taka sytuacja :) 

czwartek, 12 listopada 2015

Zakupy z Zu

Zu zasnęła jak anioł w samochodzie, więc postanowiłam wykorzystać ten moment i zrobić zakupy. Przełożyłam ją do wózka i dziarsko wkroczyłam do Stokrotki. Chodzę sobie spokojnie, wybieram co tam potrzeba, wózek już prawie cały zapełniony, kiedy nagle widzę, że z wózka patrzą na mnie szeroko otwarte oczy. Myślę - O matko, tylko nie to, tylko nie to, Zu proszę Cię, tylko nie to!!!! I naaaagle zaczyna się, od razu pełną parą (skąd w tym maleńkim ciele taki wielki głos?). Nie pomaga machanie ani piersią z kurczaka, ani pomidorkami koktajlowymi, ani nawet kaszą kuskus, Zu drze się jak opętana, więc gdzieś między mąkami a przyprawami wyciągam ją z wózka i trzymając ją na jednym ręku, drugą gorączkowo dobieram co tam jeszcze potrzeba. Zu zadowolona siedzi na ręku i przygląda się jak drugą ręką prowadzę jej wózek, trzecią i czwartą wrzucam kolejne produkty. Podchodzimy do kasy, Zu znowu zaczyna koncert, czerwona i spocona. Jakaś miła Pani dobiega do mnie szybko, wyjmuje moje zakupy na taśmę, szczebiocząc radośnie „ to nic to nic, ja też mam dzieci, teraz dorosłe, ale jaka to radość, zobaczy Pani tratatatatata”. Ona nie wie, że mam ich więcej i znam ten miód Miła Pani Kasjerka liczy i sama pakuje moje zakupy, szybko szybko, wszyscy pomagają, Zu nadal nie wychodzi z roli. Koniec zakupów. Wychodzimy ze sklepu i co? Mój anioł powraca, na twarzy uśmiech i pełnia szczęścia i już spokojnie wracamy do domu Zu ma 5,5 m-ca, a spryt już się ujawnił :)

środa, 11 listopada 2015

Mycie okien

- Mamoooo, mogę myć z Tobą ooookna? Ja będę psikała, obiecuję, że nie będę rozmazywać. 
Myślę sobie – „o matko, tylko nie to!”, po czym z uśmiechem zwracam się do Nitki – „no dobra, możesz”. 
Powierzchnie niemałe, napracować się trzeba, więc szorujemy, psikamy, pucujemy. Tym bardziej, że psiapsióła A pokazała dobry i szybki sposób na mycie okien z użyciem ściągaczki :) Nitka pomaga jak może. Nawet jakoś to idzie i tylko trochę kiedy nie patrzy poprawiam po niej….no nareszcie, okna umyte, lśnią. Chodzę sobie po domu, patrzę na widok za oknem, widok zachwyca, okno zachwyca jeszcze bardziej, bo czyste. 
Tak się cieszę, zobacz M, Zu była grzeczna i udało mi się umyć okna (w domyśle – jaką jestem wspaniałą Panią Domu), Nitka pomagała. - "No pięknie, pięknie, brawo żono, brawo."
 I nagle do okien podchodzi mój syn pierworodny, przyczepia się do nich brudnymi i tłustymi paluchami najwyżej jak potrafi i przeciąga rączkami po całej długości, bo właśnie coś tam zobaczył za oknem (tylko nie wiem co - tu nic się nie dzieje, co najwyżej przeleci ptak albo spadnie liść), nagle podbiega Nitka i robi to co jej starszy brat, następnie na nie chuchają, dmuchają i już prawie nie zauważam, że na oknie siedzi kilka much srających na moje już i tak nieczyste okna. Siedzę sobie po cichu załamana, patrzę na ten pomiot i myślę sobie – jakie nudne i puste życie byłoby bez nich, a czyste okna wcale nie są mi potrzebne

wtorek, 10 listopada 2015

Gotowanie

Moja mama wychodziła za mąż mając 25 lat i do tej pory po rodzinie krążą opowieści jak to nie umiała zagotować nawet wody na herbatę. No więc ja postanowiłam, że będę lepsza, a że byłam dzieckiem raczej samodzielnym, to wodę na herbatę gotowałam już dość wcześnie, poza tym robiłam jajecznicę, frytki, kanapki, świetnie odgrzewałam każdy obiad, a mając lat 18 nauczyłam się robić schabowe. Uważałam, że to wystarczy. Wyszłam za mąż i coś tam umiałam. Nie mogłam tylko zrozumieć jak można ugotować dobrą zupę, a największą trudność sprawiał mi rosół! Szkoliłam się więc w gotowaniu zup i teraz nawet potrafię zrobić ze cztery. Więcej nie potrzebuję, bo dzieci i tak jedzą tylko wybrane dania (dziecko jak ty ich wychowujesz, dzieci twojej bratowej jedzą wszystko). Przez 10 lat gotowałam te cztery zupy, robiłam kotlety, pulpety, piekłam mięsa, smażyłam ryby i co tam jeszcze mi przyszło do głowy. Wydawało mi się, że wszystkim smakuje i że zjadają z chęcią. Tak było do momentu, w którym odeszła na zawsze nasza Negra, a warto wspomnieć, że była to cudowna biszkoptowa labradorka i że labradory kochają jeść. No i po jej śmierci okazało się, że nagle musiałam zacząć wyrzucać jedzenie, które gotuję!!! Jakoś dziwnie dużo zostawało i słyszałam coraz mniej pochwał w stylu „och mamo, jakie to pyszne”. Teraz bardzo cieszy się lis oraz inne dzikie zwierzaki mieszkające w pobliżu. No cóż, wyszło szydło z worka. Parę ładnych lat mnie oszukiwali.  

Wolna sobota

Wolna sobota. Chłopaków nie ma, zostałyśmy same dziewczyny. Jest ciepło i słonecznie, to idziemy na spacer. Na spacerze mijamy dom N-nych, gdzie spotykamy ich córeczki – miłe dziewczynki chętne do zabawy z moją. Czy Nitka może zostać u Nas ciociu? Może? No jasne, że może, niech zostanie i bawcie się ładnie. Idę do domu z Zu i rozmyślam, a może by tak sprawić sobie przyjemność i ruszyć się z domu? Może pojadę do S-kich (przyjaciółodlat) . Wracam więc do domu, maluję się trochę co by wyglądać jakoś tak lepiej, przebieram się , Zu w tym czasie trochę protestuje patrząc na karuzelę w łóżeczku, ale jakoś dajemy radę. Następnie karmię Zu, przewijam, ubieram no i jesteśmy gotowe. Zu w samochodzie, nagle dzwoni mama N-na – może przynieś jakąś bluzę dla Nitki, bo zimno się robi, a będzie ognisko i kartofle i kiełbaska. No dobra, z powrotem otwieram drzwi, biorę polar, wkładam do samochodu, wsiadam i patrzę – nie mam portfela, więc znowu otwieram drzwi, biorę portfel, zamykam drzwi, jednocześnie wyganiając DziwnegoKota, który już chce wleźć do domu. Podrzucamy polar Nitce. Jedziemy, Zu jest całkiem grzeczna (o dziwo!). Dojeżdżamy, Zu śpi, biorę więc ją z fotelikiem, stawiam na balkonie u S-kich i sobie gadamy, herbatkę piję i w ogóle jest fajnie. Mija pół godziny, Zu się budzi i zaczyna się od niewinnego małego płaczu. W ciągu następnej pół godziny Zu rozwija płacz do okropnego ryku jakby ze skóry obdzierali co najmniej. Nic nie pomaga, karmienie, lulanie, zabawianie itp. Nic no nic kompletnie. Myślę sobie – musi to ta czekolada, którą zjadłam dzisiaj w ramach odchudzania daje o sobie znać, albo pierś kacza z obiadu albo już nie wiem co, ale na pewno coś zjadłam a nie powinnam i z podkulonym ogonem pakuję szybko Zu, ubieram, wkładam w fotelik i oddalam się spiesznym krokiem do samochodu. No trudno, sama jestem sobie winna. Wracam do domu, w drodze Zu cały czas wyje wniebogłosy, uspokoić się nie chce, po drodze zabieram jeszcze Nitkę, Zu ciągle wyje, cała czerwona, zapłakana, mną targają wyrzuty sumienia. Wchodzimy do domu i….Zu nagle przyobleka twarz w piękny uśmiech, płacz znika i świat znowu jest piękny…4 miesiące ma żmija, co to ją własną piersią wykarmiam…

Jak to z Zu było


Zu pojawiła się niespodziewanie. Nie to, żeby była dużym zaskoczeniem, jak ludzie uprawiają to na s, to mogą być z tego dzieci. Wiadomo. No więc pewnego 6 października zrobiłam test i okazało się, że kreski są dwie. Zaskoczenie było tak ogromne, że zaczęłam od wycia i rozpaczania, że przecież mieliśmy jechać na wakacje do Portugalii ze S-kimi, że ja awans w pracy, że to nie to i nie śmo i nie tak miało być. M siedział i się nie odzywał tylko patrzył i patrzył, po czym stwierdził „a ja się cieszę” . No i co? I nie miałam wyjścia, głupio mi się zrobiło i też się ucieszyłam, bo przecież tak naprawdę to szczęście wielkie. Zaraz obdzwoniłam rodziców jednych, drugich oraz wszystkie możliwe koleżanki, aby poinformować, że oto będzie numer trzy. Większość zareagowała – o ja pier…albo coś podobnego, niektóre się ucieszyły. S-cy trochę się zasmucili, bo na Portugalię musieli znaleźć innych chętnych, ale ogólnie przyjęcie wiadomości było pozytywne.
Ciąża z Zu minęła jak z bicza trzasł, w biegu, w pracy, w przedszkolu i szkole, samochodzie i wyjazdach, aż przyszedł maj. Zu miała urodzić się w czerwcu, a 31 maja Dede miał ważny dzień – Komunię. Całą ciążę powtarzałam, że do szpitala mogę jechać już 31 maja wieczorem, a wcześniej to na pewno nie, bo przecież Komunia. Powtarzałam to jeszcze w czwartek 28 maja kiedy o 5 rano obudziły mnie dziwne skurcze. No naprawdę dziwne te skurcze, pewnie przepowiadające, bo rodzić mam za dwa tygodnie. M przebywał wtedy kilka dni poza domem, co u niego jest zjawiskiem dość częstym, wynikającym z charakteru pracy. Wstałam więc jak zwykle, wybrałam dzieci, zawiozłam do szkoły i poszłam na zakupy. W spożywczym znowu mną szarpnęło, ale myślę, no no, te przepowiadające są dość mocne. Wróciłam do domu, posprzątałam, pogotowałam (choć nie bardzo umiem), wykapałam się i przepowiadające minęły. Eee spoko, wydawało mi się. No i dzień normalny jak każdy inny, odbieranie dzieci ze szkoły, potem one do dzieci sąsiadów na zabawę, ja na kawkę, M nie musisz się spieszyć, to pewnie były przepowiadające, możesz spokojnie pracować, wrócisz o której tam Ci wyjdzie itd.
Taaa….o 20.30 dzieci oddałam do teściów na noc, bo „chyba muszę pojechać do szpitala i sprawdzić te skurcze, bo coś są za często”. Telefon do M – „wiesz M, pospiesz się jednak, bo musimy sprawdzić te przepowiadające, bo coś są za często, a sama do szpitala nie będę jechać” – choć miałam ochotę Kiedy o 22 M wpadł do domu już wisiałam na kanapie i mówię – „oj to chyba nie są przepowiadające”, M zbladł tylko trochę, złapał moją torbę i już nas nie było. Do szpitala 15 minut, ale już pod koniec musiało być naprawdę szybko. Trochę jak na filmach. Pewnie nieczęsto zdarza się widok pary trzymającej się za ręce i biegnącej na porodówkę w te pędy.

No i kiedy pół godziny później Zu była na świecie mój M usłyszał jak jedna położna mówi do drugiej – „cholera jasna, jaka artystka, trzeci poród, a myślała, że to przepowiadające” po czym obie wybuchły śmiechem…no tak. 
A Komunię Dede spędziłam w szpitalu, tuląc Zu i popłakując po cichu Koleżanki z sali pocieszały jak mogły i nie było tak źle

Początek

Postanowiłam pisać bloga. Chyba zgłupiałam....sama nie wiem. Ostatnio jakoś tak się w życiu poprzewracało, że warto może to zapamiętać, zapisać jakoś, tyle się dzieje, a czas umyka szybko. Pamięć również posiada dziury większe i mniejsze.
Będą to opowieści o życiu, o codzienności, raczej wesołe niż smutne, o zabieganiu i poplątaniu w tej szarości codzienności.
Jestem mamą trójki dzieci, taką całkiem zwykłą - niezwykłą mamą i myślę, że mam o czym pisać....oj mam :) i myślę, że odnajdzie się tu wiele mam i tych zwykłych i tych całkiem niezwykłych :) zapraszam do czytania i komentowania. A ponieważ zaczynam, każda uwaga będzie dla mnie cenna, byle nie obraźliwa, bo obrażać to proszę siebie, do lustra :)