sobota, 24 grudnia 2016
Czuję się wolna
Ciągle to samo...pranie, sprzątanie, gotowanie, dowożenie, podwożenie, przywożenie, kupy, jelitówki i różne inne kaszle. O nie! Czy ja nie mam swojego życia?! Czy ja nie jestem wolnym człowiekiem?! Czy ja się już nie liczę?! A jakże, liczę się...jeszcze jak się liczę. Nie wytrzymałam i zrobiłam awanturę. A co, wolno mi! W końcu jestem tym wolnym człowiekiem. No to jak powiedziałam, tak zrobiłam. Poszłam pod prysznic. Wolny człowiek, o tak. Toż to cała ja. Za chwilę przyszła do łazienki Zu, otworzyła kabinę i próbowała do mnie wejść, mocząc przy tym obficie całe ubranie. Nadal byłam wolna. Potem wycierałam się jedną połową ręcznika, bo drugą trzymała Zu. Nadal czułam się wolna. Następnie suszyłam włosy z Zu na kolanach, och jaka byłam wolna. Potem malowałam paznokcie z Zu na kolanach, to chyba też tak robi każdy wolny człowiek. Następnie całkiem wolna poodkurzałam i rozwiesiłam piąte już tego dnia pranie. Zrobiłam to z uśmiechem na twarzy nadal myśląc o tym jak to jestem tak wspaniale wolna. Na koniec jeszcze przeleciałam okna w salonie i kuchni, bo były strasznie brudne, ale tylko od wewnątrz, nie będę przecież rezygnować ze swojej wolności i wychodzić na mróz! A na koniec te okna udekorowałam sztucznym śniegiem. Niech dzieci się cieszą. Jestem wolna jak ptak. Mam na wszystko czas. Wszystko mogę, tylko dlaczego....dlaczego do cholery ta wolność jest taka męcząca?!
piątek, 11 listopada 2016
Patologia mi się tu szerzy
Wieczór. Wina bym się napiła, ale nie mam.
- Idę do skleeepu po winooo - krzyczę do M - chcesz cos?
- Taaa, piwo mi kup - odpowiada on
- To ja idę z Tobą - przybiega Nitka
O matko! Dziecko ze mną do sklepu, kiedy ja tylko po alkohol.
- Dziecko po co ty?! Mamusia tylko po wino jedzie - przemawiam słodziutkim głosem
- Będziemy mieć gości? - pyta rezolutnie
- Nieee, będę pić sama, albo z tatusiem. Jeszcze się okaże.
Mina Nitki mi wystarczy. No dobra. Niech jedzie. W sklepie dużo ludzi, więc szybko biorę różowe półwytrawne, jakieś piwa, a dla dzieci chipsy, żeby nie było, że zaniedbane, głodne, czy jakieś inne coś. Do kasy i z powrotem do samochodu. Nagle patrzę, że Nitka w rączce trzyma paluszki
- Mamooo, zapomniałyśmy za to zapłacić - patrzy na mnie przestraszona.
Przewracam oczami. Wracamy do sklepu. Składam się tam, przepraszam, uśmiecham. Pani ze zrozumieniem kiwa głową i mówi, że jakbym chciała ukraść, to przecież bym się nie wróciła. Ale ona nie wie, że jak Nitka miała 9 miesięcy, to siedząc niewinnie w wózku w ten sam sposób podprowadziła ketchup z supermarketu.
czwartek, 10 listopada 2016
Dziękuję :)
To już dokładnie rok, jak zamieściłam pierwsze posty...nigdy nie spodziewałam się, że na mojego bloga będzie zaglądać aż tyle osób, bo 10 tysięcy odsłon to dla mnie dużo. I w dodatku w tyyylu miejscach na świecie. Ja wiem, że niektórzy powiedzą - "phi tyle to ja mam w miesiąc"...dla mnie to ogromny sukces
:) i cieszę się, że moja pisanina podoba się i rozśmiesza. Baaaardzo dziękuję, wszystkim Wam.
poniedziałek, 7 listopada 2016
Skutki uboczne ważenia się
Wchodzę do łazienki - O! waga, tak dawno się nie ważyłam....buuuuuuu
Po co ja to zrobiłam???!!!! Od razu dostałam nerwowego szczękościsku. I z takim zaciętym wyrazem twarzy rzuciłam się do sprzątania, bo to mnie relaksuje. Była godzina 21. Na tym wkurzeniu przejechałam miejsca, których nie chciało mi się ruszać od dawna. Nagle dojrzałam w maleńkich zakamarkach maciupeńkie odrobinki kurzu. Wysprzątałam niesprzątane. Odkurzyłam ściany, pająki nie oglądając się za siebie uciekały z prędkością światła, kable przestały plątać się pod nogami, szyby zaczęły prędko lśnić, ubrania powędrowały na półki. Około 23 straciłam zapał, ale weszłam do łazienki jeszcze raz i znowu wlazłam na wagę. Jechałam na szmacie do 1 w nocy. Chyba schowam tę wagę, bo co prawda w domu mam czyściej, ale od tego zaciskania bardzo bolą mnie szczęki.
poniedziałek, 24 października 2016
Taka sytuacja
Niedziela w pracy od rana. Prawie cała. Już niedługo zacznie się ściemniać. Kończę i wychodzę. Przy okazji kupuję wiązanki na groby. Otwieram samochód, wrzucam do środka torbę, otwieram bagażnik, wkładam wiązanki. Zamykam. Podchodzę do drzwi kierowcy i w momencie, kiedy chwytam za klamkę, samochód się blokuje. Jak na filmach. Dobrze, że chociaż kurtkę mam na sobie. W środku samochodu oczywiście zatrzaśnięte wszystkie klucze, dokumenty, pieniądze i telefon. Tadaaaam!
środa, 19 października 2016
Mój pierwszy raz ;)
Mknę ulicami miasta. Tak mi się płynnie jedzie tralala śpiewam sobie. Jedno żółte, zaraz drugie, przecież zdążę. Jadę dalej. Widzę kątem oka niebieskie światełka. Oooo, jakie ładne, wieczorem to jednak ładnie tak świeci na niebiesko. Ładne, światełka są już za mną i słyszę dźwięk. O żesz....to dla mnie one tak świecą. Zjeżdżam do zatoczki. Młoda blondyneczka, starająca się grać bardzo męskiego pana policjanta pyta zasadniczym tonem
- Czy pani wie dlaczego zatrzymaliśmy?
- A wiem - odpowiadam rezolutnie - przejechałam na żółtym
- Na czerwonym pani przejechała
- Ja naprawdę widziałam żółte
- To widocznie zamknęła pani oczy - odpowiada ona bezczelnie - Mamy film - straszy, próbuje mnie namówić do obejrzenia i myśli, że ja się będę kłócić. Wyraźnie ma ochotę na małe starcie.
Ha! Nie zna mnie. Wcale nie mam zamiaru. Tym bardziej, że obok siedzi sparaliżowana strachem Nitka. To jej pierwsze bliskie spotkanie z policją. W szkole będą pewnie opowieści mrożące krew w żyłach.
- Skoro pani twierdzi, że przejechałam na czerwonym, to pewnie tak było, wcale nie mam zamiaru z panią dyskutować. Ja po prostu naprawdę myślałam, że zdążyłam. I uśmiecham się do niej.
Ładna aczkolwiek męska pani jest zawiedziona i zdziwiona, wyraźnie traci rezon. Chwilę rozmawiamy, na koniec uśmiecham się i mówię
- Pozwoli pani, że nie powiem "do widzenia"?
- A ja się nie polecam na przyszłość - zaczyna się śmiać
Po 16 latach za kółkiem zostałam rozdziewiczona, mój pierwszy mandat i punkty :)
piątek, 7 października 2016
A miało być tak miło
W piątki po pracy chodzę na siłownię. Dlatego wczoraj wieczorem przygotowałam się, spakowałam i wszystko ustaliłam co do minuty. Kiedy coś jest zaplanowane, na pewno się uda i nie ma prawa się sypnąć. Po skończonej pracy radośnie pędziłam na złamanie karku żeby zdążyć na umówioną godzinę, bo jeśli nie zdążę, przedłuży mi się trening, wtedy padnie cały misternie stworzony plan. Spóźnię się po dzieci do szkoły, przez to mój tata opiekujący się Zu wyjdzie ode mnie później, a przez to mój mały bratanek spóźni się do szkoły muzycznej na zajęcia. Przy takich transakcjach wiązanych pośpiech jest wskazany. Wpadam na siłownię, pani z recepcji wie jak jest, więc bez zbędnych ceregieli podaje kluczyk do szafki. Wpadam do szatni, już zaraz sobie poćwiczę ach ach, jak się cieszę, jak mi cudownie na samą myśl, czekałam na tę chwilę od wtorku, a na wycisk byłam gotowa od rana. Raz dwa! nie ma czasu do stracenia! W błyskawicznym tempie przebieram się, coś zdejmuję coś tam zakładam. I nagle z moich ust wyrywa mi się głośne "oooo nieee!!!! jasna dupa!!!! Pani w szatni patrzy zdziwiona. Tak się śpieszyłam i cieszyłam jak głupia, a ...zapomniałam butów. Na nic mój pośpiech k.....$#@%^&%$##$%*()^%@@@!$ mać. Wściekła na siebie wychodzę z siłowni. No to mam 1,5 wolnej godziny. Jestem taka zła, że muszę coś ze sobą zrobić. Obok jest sklep z gospodarstwem domowym. Po krótkim zastanowieniu stwierdzam, że no dobra może być. Wchodzę do środka, po pół godzinie wychodzę z miseczkami, pokrywkami, sitkiem, łyżką do butów, łapką na muchy, drewnianą łyżeczką do odmierzania mąki oraz blachą do ciasta. Po cholerę mi to wszystko to nie wiem, a szczególnie blacha do ciasta, którego nie piekę. Ze złością rzucam to do bagażnika. Jest lepiej, ale nadal jestem zła. Wchodzę więc do następnego sklepu, tym razem z ubraniami. Tylko jedna rzecz - myślę sobie. Po pół godzinie wychodzę z hurtową ilością skarpet dla dzieci oraz parą spodni na siłownię dla siebie, szkoda, że nie mieli butów. Miało być tak miło, miałam poćwiczyć, spalić zbędne kalorie, odstresować się, a jedyne co się wydarzyło to to, że doszłam do wniosku, że jeśli jeszcze parę razy zapomnę czegoś na siłownię, to będę musiała wyrobić sobie kartę kredytową.
sobota, 1 października 2016
Zalewa mnie bałagan
Bałagan. Zalewa mnie. Ja już sobie nie radzę. Pamiętam czasy, kiedy byliśmy z M tylko we dwoje. Porządek, czysta podłoga, wszystko poukładane w szafie, 2 talerze, 2 kubki, jedna patelnia. Lata świetlne temu. Teraz zalewa mnie fala ciuchów, kartek, kredek, plasteliny, piłek. Wszędzie gdzie się nie ruszę leży coś. Wchodzę do domu, mam wrażenie, że to sklep z butami, patrzę w bok, nie, jednak z kurtkami, idę dalej - a może z torbami i plecakami? aaaa nieeee, już wiem! z zabawkami!!!! Na podłodze, kanapach, krzesełkach leżą misie, lalki, klocki, książeczki. Cała masa. Wszystko potrzebne i sprzątnij choć jedną rzecz, a brak zostanie natychmiast zauważony i opłakany rykiem donośnym i rozpaczliwym. Na krzesłach wiszą ubrania. Dlaczego nie w szafie? na półkach? nie wiem, nie mam pojęcia, nie chcę już nawet pytać. Mam taki jeden pokój do pracy. Z biurkiem i książkami. Tam leży odkurzacz i sterta prasowania. Wolę tego nie widzieć, więc unikam wchodzenia. Czyli miałam pokój do pracy. Jedynym azylem staje się łazienka, ale tylko wtedy gdy nie patrzy się na półkę przy wannie, bo na niej leżą plastikowe ryby i gumowe kaczuszki. I codziennie przynajmniej dwa razy słyszę - "nie wiesz gdzie jest moje coś tam?" pytają wszyscy oprócz kota Lolka. Zu na razie tylko rozrzuca w poszukiwaniu, ale niedługo też zacznie pytać, bo ona z tych szybkich w mówieniu. Ja nie potrafię funkcjonować w bałaganie, dlatego mam czasami wrażenie, że oszaleję. Jejku....jeszcze kilka lat. Wytrzymam wytrzymam wytrzymam....tak sobie powtarzam i obiecuję, przysięgam, że kiedyś w przyszłości z M zrobimy im to samo w ich domach. Mało tego, nie tylko nabałaganimy, ale siądziemy i będziemy nieustannie zadawali głupkowate pytania i trajkotali bez końca, opowiadając niestworzone historie. I zostaniemy na noc, a kiedy zmęczeni będą kładli się spać, powiemy im, że jesteśmy głodni i że napilibyśmy się herbatki. Potem pójdą spać, my odczekamy chwilę aż zasną i rykniemy głośnym śmiechem żeby pobudzić ich dzieci i żeby musieli je usypiać od nowa. Następnie wyjmiemy ubrania z półek i rozrzucimy po całym domu, krusząc przy tym obficie paluszkami i ciasteczkami, a potem powiemy, że jednak nie zostajemy i z chytrym uśmiechem oddalimy się do własnego domu.
poniedziałek, 26 września 2016
Pomaluję włosy- będę lepiej wyglądała
Pewnego dnia udałam się do Pani Fryzjerki, u której nie byłam nigdy, ale uznałam, że pomalowanie włosów na jeden kolor, a w dodatku ciemny brąz to żadna sztuka. Po wybraniu przez Panią farby zapytałam z lekką obawą
- A nie będzie przypadkiem za ciemna? to wydaje się czarne...
- Ależ skąd, nie czarne tylko ciemnobrązowe, takie jak naturalne, będzie dobrze
Zaufałam, bo ludziom trzeba ufać, szczególnie jeśli oni znają się na rzeczy. Ja się nie znam.
Farba została nałożona oraz zmyta ruchami szarpanymi i drapiącymi. Coś mi podpowiedziało, żeby na słodkie pytanie "czy podcinamy?" odpowiedzieć stanowcze "Nie". No więc suszenie. A potem efekt. Czarny łeb. Jak heban. Albo raczej jak czarny plastik. No nie wierzę...
- Wyszły czarne - mówię do Pani
- Nieee, to taka gorzka czekolada - odpowiada ona
Jak zwykle zrobiłam głupkowatą minę, pouśmiechałam się i pożartowałam, zapłaciłam i już mnie nie było. Myślałam, że jakoś to będzie, włosy to nie ręka, nie ma co robić zbędnego szumu.
Następnego dnia do efektu nienaturalnie czarnych włosów doszedł jeszcze jeden. Swędzenie głowy, okropne i nieustanne. W dzień i w nocy. Myśląc, że mam wszy katowałam biednego M żeby szukał. Nie znalazł. To nie były niestety wszy, te wytłukłabym od razu. To było uczulenie na farbę. Ulżyło mi dopiero po miesiącu jak włosy odrosły od głowy.
Przez dwa miesiące byłam pośmiewiskiem wszędzie gdzie się dało. Miałam propozycję różowych tipsów oraz białych kozaków. W fitness klubie w czasie robienia brzuszków dokładnie omawiałyśmy moją gorzką czekoladę. Nazwa ta zyskała nowe znaczenie, nowy gorzki wymiar. Każdy na ulicy witał mnie słowami - "ojejku coś ty taka czarna" i takie tam. Kiedy opaliłam się nad morzem, to już w ogóle brakowało mi tylko powiększonych ust i mocnych brwi z szablonu. W końcu poszłam do mojej Fryzjerki, w salonie wszyscy pracownicy i klienci rżeli ze śmiechu jak im opowiadałam swoją historię. Korzyść obopólna, oni mieli poprawiony humor, ja powróciłam do normalnego wyglądu i nauczyłam się, że jednak ufać to nie zawsze i dobrego nie zmieniać.
wtorek, 20 września 2016
Wdżr
Dede zaczął V klasę i oto dowiedzieliśmy się, że istnieje taki przedmiot jak "wdżr". Po rozszyfrowaniu przy pomocy internetu tajemniczego skrótu, pytamy go
- Dede, a ty będziesz na to chodził?
- nie wiem... nie wiem nawet co to jest, o co tam chodzi?
Na co my, wspaniali rodzice objęliśmy się, pocałowaliśmy i popatrzyliśmy na niego z przesłodzonymi uśmiechami, po czym M powiedział słodziutkim głosikiem
- będziesz się uczył jak się kochać i tworzyć szczęśliwą rodzinę
Dla wzmocnienia efektu pokiwałam głową i pogładziłam tors mego M.
Na co Dede odpowiedział
- o nie, to ja tam nie idę, wypiszcie mnie z tego od razu!
No i masz! Teraz muszę sama nauczyć dziecko miłości, szacunku, tradycji, planowania rodziny i takich tam niepotrzebnych w życiu pierdół. A już myślałam, że mnie ktoś wyręczy...
- Dede, a ty będziesz na to chodził?
- nie wiem... nie wiem nawet co to jest, o co tam chodzi?
Na co my, wspaniali rodzice objęliśmy się, pocałowaliśmy i popatrzyliśmy na niego z przesłodzonymi uśmiechami, po czym M powiedział słodziutkim głosikiem
- będziesz się uczył jak się kochać i tworzyć szczęśliwą rodzinę
Dla wzmocnienia efektu pokiwałam głową i pogładziłam tors mego M.
Na co Dede odpowiedział
- o nie, to ja tam nie idę, wypiszcie mnie z tego od razu!
No i masz! Teraz muszę sama nauczyć dziecko miłości, szacunku, tradycji, planowania rodziny i takich tam niepotrzebnych w życiu pierdół. A już myślałam, że mnie ktoś wyręczy...
piątek, 16 września 2016
Mój pierwszy dzień na siłowni
Jestem po pierwszym treningu na siłowni. Takim z trenerem, który stoi nad człowiekiem i przed którym nic się nie ukryje. O matko!!!! Jedyne o czym teraz marzę, to położyć się i spać. Nie chcę żeby ktokolwiek coś do mnie mówił. Nie mam siły żyć. Okazuje się, że fitness czy basen przy tym to jakiś żart. A ja wcale nie miałam trudnych ćwiczeń. Raczej banalne, proste i bez dużego obciążenia. Przez pierwsze 10 minut treningu nie było źle, spokojnie dawałam radę i cieszyłam się. A potem....potem to najpierw bolały mnie uda, następnie przestały boleć, bo miałam wrażenie, że je straciłam bezpowrotnie, a coś czego nie ma przecież nie boli. Trener Maciek był jednak nieugięty, odpuścił mi tylko jedno ćwiczenie z jednej serii i tyle. A potem to już nie tylko ud, ale również ramion nie miałam. I tak godzinę. Po skończonym treningu ustawił mi jeszcze rowerek na 20 minut. Po 7 minucie myślałam sobie o tym, że ja bardzo ale to bardzo chcę się położyć. Gdziekolwiek. W 8 minucie resztkami sił zeszłam z rowerka. I dobrze, bo po 20 minutach musieliby mnie zdjąć. W samochodzie kolejna tragedia, najpierw z powodu drżenia rąk nie mogłam włożyć kluczyka do stacyjki a potem nie mogłam opanować drżenia nóg i ciągle wciskałam pedały lekko pulsacyjnie. Do domu dowlokłam się resztkami sił i kiedy zobaczyłam Zu radośnie próbującą wspiąć się na mnie, wyrwało mi się rozpaczliwe "nieeee". Zu jednak ma w nosie moje wszelkie bolączki...Wyć mi się chce...ale na siedząco. Boję się tego co będzie jutro.
To zdjęcie kawałka ściany w pokoju, w którym często pracuję. Moje motto, które po spotkaniu z trenerem Maćkiem nabiera nowego znaczenia :)
To zdjęcie kawałka ściany w pokoju, w którym często pracuję. Moje motto, które po spotkaniu z trenerem Maćkiem nabiera nowego znaczenia :)
piątek, 9 września 2016
Frontem do pacjenta
- Dzień dobry, chciałabym umówić syna na wizytę kontrolną po złamaniu ręki....
- Oczywiście, na czwartek, proszę być między 9 a 12, zapraszamy srutututu
Jest czwartek rano. Dede oczywiście nie idzie do szkoły, bo wizyta. Teść zmienia plany i zawozi Nitkę do szkoły, bo wizyta. Moi rodzice zmieniają swoje plany, przyjeżdżają pilnować Zu, bo wizyta. Cała machina organizacyjna ruszyła. Idziemy do przychodni w centrum miasta, do której zostaliśmy skierowani. Na korytarzu podejrzanie mało ludzi. Jestem zdziwiona, ale też zachwycona. Myślę sobie jaka to wspaniała organizacja, jak wiele się zmieniło, żadnych kolejek, czekania, tłumów. No cudownie. Podchodzę do okienka rejestracji, na co z końca sali biegnie dziewczyna lat około 30 i krzyczy na mnie
- "Kolejka jest!".
Odsuwam się i z uśmiechem mówię
-"Proszę, tak sobie tylko tutaj podeszłam, oczywiście, że widziałam Panią stojącą w kolejce na drugim końcu sali"
Zatkana dziewczyna załatwia swoją sprawę. Teraz moja kolej. Mówię co i jak, a pani rejestratorka z cudownie słodkim uśmiechem odpowiada
- Ale pana doktora dzisiaj nie ma. Wziął sobie wolne. - tu jeszcze szerszy uśmiech.
W stresie przechodzę na nauczycielski ton i grzecznie żądam wyjaśnień. Pani widzi, że nie odpuszczę, więc zaczyna się tłumaczyć i kłamać, że do mnie dzwoniła osobiście wczoraj przed 18, ale nie odbierałam telefonu. Zamiast pani zaczynam widzieć uśmiechniętą krowę. Już nawet nie mówię jej, że nie mam żadnych nieodebranych połączeń, ani że istnieje coś takiego jak poczta głosowa, na którą można nagrać wiadomość. Wwiercam w krowę swój wzrok i pytam dużymi literami na kiedy może mnie zapisać.
- Oczywiście zapisuję syna natychmiast na jutro muuuuuuuu, pani nie odbierała muuuuuu. Wwiercam w nią swój wzrok jeszcze bardziej, bo przez te rogi i łaty staram się zobaczyć człowieka i pytam nadal dobitnie wielkimi literami
- Rozumiem, że jak jutro przyjdę, nie dowiem się, że pan doktor znowu ma wolne, albo że nie przyjmie mojego dziecka? Miejsce jest na pewno?
- muuuuuu odpowiada ona.
Pewne rzeczy jednak się nie zmieniają.
- Oczywiście, na czwartek, proszę być między 9 a 12, zapraszamy srutututu
Jest czwartek rano. Dede oczywiście nie idzie do szkoły, bo wizyta. Teść zmienia plany i zawozi Nitkę do szkoły, bo wizyta. Moi rodzice zmieniają swoje plany, przyjeżdżają pilnować Zu, bo wizyta. Cała machina organizacyjna ruszyła. Idziemy do przychodni w centrum miasta, do której zostaliśmy skierowani. Na korytarzu podejrzanie mało ludzi. Jestem zdziwiona, ale też zachwycona. Myślę sobie jaka to wspaniała organizacja, jak wiele się zmieniło, żadnych kolejek, czekania, tłumów. No cudownie. Podchodzę do okienka rejestracji, na co z końca sali biegnie dziewczyna lat około 30 i krzyczy na mnie
- "Kolejka jest!".
Odsuwam się i z uśmiechem mówię
-"Proszę, tak sobie tylko tutaj podeszłam, oczywiście, że widziałam Panią stojącą w kolejce na drugim końcu sali"
Zatkana dziewczyna załatwia swoją sprawę. Teraz moja kolej. Mówię co i jak, a pani rejestratorka z cudownie słodkim uśmiechem odpowiada
- Ale pana doktora dzisiaj nie ma. Wziął sobie wolne. - tu jeszcze szerszy uśmiech.
W stresie przechodzę na nauczycielski ton i grzecznie żądam wyjaśnień. Pani widzi, że nie odpuszczę, więc zaczyna się tłumaczyć i kłamać, że do mnie dzwoniła osobiście wczoraj przed 18, ale nie odbierałam telefonu. Zamiast pani zaczynam widzieć uśmiechniętą krowę. Już nawet nie mówię jej, że nie mam żadnych nieodebranych połączeń, ani że istnieje coś takiego jak poczta głosowa, na którą można nagrać wiadomość. Wwiercam w krowę swój wzrok i pytam dużymi literami na kiedy może mnie zapisać.
- Oczywiście zapisuję syna natychmiast na jutro muuuuuuuu, pani nie odbierała muuuuuu. Wwiercam w nią swój wzrok jeszcze bardziej, bo przez te rogi i łaty staram się zobaczyć człowieka i pytam nadal dobitnie wielkimi literami
- Rozumiem, że jak jutro przyjdę, nie dowiem się, że pan doktor znowu ma wolne, albo że nie przyjmie mojego dziecka? Miejsce jest na pewno?
- muuuuuu odpowiada ona.
Pewne rzeczy jednak się nie zmieniają.
poniedziałek, 5 września 2016
Powinnaś...
Normalne już jest, że gdy moi rodzice wpadają do mnie, natychmiast zauważają, że trawa nieskoszona, albo bałagan, albo że dzieci za długo siedzą przed komputerem, albo nie tak chodzą, jedzą również nie to co trzeba, bo dzieci mojego Starszego Brata to wszystko....(Już raz o tym pisałam https://calkiemniezwyklamama.blogspot.com/2015/12/najazd.html). Za każdym razem coś, dużo krytyki, mało pochwał i wieczne "powinnaś...". Dzisiaj wiedząc, że przyjadą posiedzieć z Zu podczas mojej nieobecności, posprzątałam, poprasowałam i porobiłam różne inne "po...", byłam zadowolona z siebie jak nigdy, bo według mnie nie było się do czego przyczepić. Taka byłam sprytna. Ha! Jednak kiedy wróciłam po kilku godzinach do domu dowiedziałam się jak bardzo się myliłam. Na temat sprzątania, czy innych koniecznych poprawek w domu nie padło nawet słowo, a jakże. Za to dowiedziałam się, że jestem za gruba i powinnam się odchudzić pracując w ogrodzie tak intensywnie, że będzie się ze mnie lał pot - oto cenna uwaga mojego Taty. Zrobiłam więc sobie pyszną kawę ("po co kupujesz ten ekspres, pewnie będzie stał bezużytecznie!!!") wyjęłam z lodówki deser z malinami i mascarpone zrobiony dzień wcześniej, usiadłam przy stole i zeżarłam to na ich oczach. Dobre rady zawsze w cenie jak mówili w reklamie jakiegoś gówna na papierze dla pań domu.
sobota, 3 września 2016
Leniwy dzień
Leniwa sobota, ciepło, ptaszki śpiewają, Ruda, która wpadła na tydzień zajmuje się Zu, my z M pracujemy w ogrodzie. Nitka i Dede pojechali do Starszego Brata bawić się z jego dziećmi. Cisza, spokój, sielanka. Pijemy kawę, śmiejemy się. Dzisiaj Ruda wraca do Dublina, ale nie śpieszymy się, bo nie ma takiej potrzeby, na lotnisku musi być po godzinie 20, wyjedziemy za piętnaście. Na spokojnie. Jest już spakowana, zostały tylko drobne rzeczy do dopakowania, czyli krzaczki polskich truskawek do zasadzenia w dalekiej Irlandii, makijaż i włosy do ułożenia. Wszystko zaplanowane. Luzik. Dalej się relaksujemy. Trochę po godzinie 18 dzwoni Moja Bratowa:
- "Wiesz, dzieci bawiły się nieopodal na stogach siana i Dede spadł, trochę boli go ręka, przyłożyłam altacet, ale mówi, że boli go tylko trochę, nic się nie stało, ale może będziecie chcieli sprawdzić tę rękę"
M wyruszył po niego natychmiast. Kiedy wraca z Dede, patrzę na rękę i mówię - "Jedź z nim do szpitala, bo moim zdaniem złamana". W minutę ich nie było. Do wyjazdu na lotnisko 40 minut. Ruda zaczyna się denerwować, biega po domu zbierając drobne rzeczy do dopakowania, Nitka płacze, bo Dede pojechał do szpitala, Zu patrzy na siostrę i również płacze dla towarzystwa. Zaczyna robić się duszno. Ruda biega po czym stwierdza, że jest jej zdecydowanie za gorąco i w biegu przebiera się w coś lżejszego, walizki leżą porozwalane, Nitka nadal wyje, ja biegam po domu z Zu na ręku. Nagle przypominam sobie o krzaczkach truskawek szczęśliwie wykopanych wcześniej. Biegnę z uczepioną Zu, wyciągam je z wody, zawijam w jakieś flanelki żeby w czasie lotu nie wyschły, potem jeden worek i jeszcze drugi dla pewności, wszystko jedną ręką, bo na drugiej siedzi 10 kilogramowy kloc. Ruda biega nadal, 30 minut do wyjścia orientujemy się, że przecież ja nie dam rady jej zawieźć, bo Zu już zaraz układa się do snu. Dzwonię jak na alarm do Teściowej, nic z tego, są daleko, nie wrócą. Ruda dzwoni do siostry i wyciąga ją ze spotkania, całe szczęście, że może przyjechać. Mamy 20 minut. Ruda wpada do łazienki, maluje się, a Zu postanawia wdrapać się na ręce ukochanej cioci w czasie kiedy ta ma w ręku gorące urządzenie do włosów. Biorę Zu na ręce i próbuję zabawić. Nitka nadal płacze. Nagle moja przyjaciółka przypomina sobie, że kartę pokładową ma w telefonie, a telefon ma tylko 20%, szybkie ładowanie. Nadal biegamy. Czy wszystko spakowane? Wyliczamy kolejne rzeczy, do wyjścia 5 minut, muszę ją podwieźć w umówione miejsce, bo siostra Rudej jako świeży kierowca może do mnie nie trafić. Biegnę z dziewczynkami do samochodu, Zu cieszy się, że będzie brum brum i próbuje wyrwać kluczyki. Jakoś się pakujemy i jedziemy. W umówionym miejscu następuje przekazanie Rudej...ufff udało się. Spokojnie wracamy do domu. Nitka nadal płacze. Kładę Zu spać, uspokajam Nitkę, chociaż ta jeszcze długo nie przestanie. Wracają chłopcy. Dede wchodzi z gipsem. Złamanie dwóch kości. Prawa ręka, co jest dobrą wiadomością, bo on jest leworęczny. Na szczęście bez większych komplikacji. A tak się cieszyłam, że już koniec wakacji i trochę sobie odpocznę...:)
- "Wiesz, dzieci bawiły się nieopodal na stogach siana i Dede spadł, trochę boli go ręka, przyłożyłam altacet, ale mówi, że boli go tylko trochę, nic się nie stało, ale może będziecie chcieli sprawdzić tę rękę"
M wyruszył po niego natychmiast. Kiedy wraca z Dede, patrzę na rękę i mówię - "Jedź z nim do szpitala, bo moim zdaniem złamana". W minutę ich nie było. Do wyjazdu na lotnisko 40 minut. Ruda zaczyna się denerwować, biega po domu zbierając drobne rzeczy do dopakowania, Nitka płacze, bo Dede pojechał do szpitala, Zu patrzy na siostrę i również płacze dla towarzystwa. Zaczyna robić się duszno. Ruda biega po czym stwierdza, że jest jej zdecydowanie za gorąco i w biegu przebiera się w coś lżejszego, walizki leżą porozwalane, Nitka nadal wyje, ja biegam po domu z Zu na ręku. Nagle przypominam sobie o krzaczkach truskawek szczęśliwie wykopanych wcześniej. Biegnę z uczepioną Zu, wyciągam je z wody, zawijam w jakieś flanelki żeby w czasie lotu nie wyschły, potem jeden worek i jeszcze drugi dla pewności, wszystko jedną ręką, bo na drugiej siedzi 10 kilogramowy kloc. Ruda biega nadal, 30 minut do wyjścia orientujemy się, że przecież ja nie dam rady jej zawieźć, bo Zu już zaraz układa się do snu. Dzwonię jak na alarm do Teściowej, nic z tego, są daleko, nie wrócą. Ruda dzwoni do siostry i wyciąga ją ze spotkania, całe szczęście, że może przyjechać. Mamy 20 minut. Ruda wpada do łazienki, maluje się, a Zu postanawia wdrapać się na ręce ukochanej cioci w czasie kiedy ta ma w ręku gorące urządzenie do włosów. Biorę Zu na ręce i próbuję zabawić. Nitka nadal płacze. Nagle moja przyjaciółka przypomina sobie, że kartę pokładową ma w telefonie, a telefon ma tylko 20%, szybkie ładowanie. Nadal biegamy. Czy wszystko spakowane? Wyliczamy kolejne rzeczy, do wyjścia 5 minut, muszę ją podwieźć w umówione miejsce, bo siostra Rudej jako świeży kierowca może do mnie nie trafić. Biegnę z dziewczynkami do samochodu, Zu cieszy się, że będzie brum brum i próbuje wyrwać kluczyki. Jakoś się pakujemy i jedziemy. W umówionym miejscu następuje przekazanie Rudej...ufff udało się. Spokojnie wracamy do domu. Nitka nadal płacze. Kładę Zu spać, uspokajam Nitkę, chociaż ta jeszcze długo nie przestanie. Wracają chłopcy. Dede wchodzi z gipsem. Złamanie dwóch kości. Prawa ręka, co jest dobrą wiadomością, bo on jest leworęczny. Na szczęście bez większych komplikacji. A tak się cieszyłam, że już koniec wakacji i trochę sobie odpocznę...:)
poniedziałek, 18 lipca 2016
Jestem za partnerstwem w związkach
Po moich ostatnich cudownych, choć bardzo krótkich wojażach słyszę od znajomych dziewczyn "ale ci fajnie", "ja też tak chcę", " - to mówią takie z normalnymi facetami, tylko ograniczone np. zbyt małymi dziećmi lub innymi przemijającymi okolicznościami. Jednak słyszałam też coś, po czym przeszły mi ciarki po plecach - "mój stary to by mnie nigdy tak nie puścił", "czy twój mąż się na to zgodził?". Zdarzyło mi się też kiedyś kupując mięso powiedzieć do ekspedientki, że to mój mąż głównie gotuje, bo ja za dobrze nie umiem. Kobieta była tak zdziwiona, że zawołała koleżanki i wszystkie pytały mnie gdzie ja takie cudo znalazłam. Na co ja się zdziwiłam, bo mój tata i teść też gotują. Mało tego, słyszałam również, że sporo panów to telewizyjno-kanapowi zalegacze, którym trzeba żarło pod nos podstawić i jeszcze się cieszyć, że mu smakuje. Smród taki udający pana przychodzi po robocie do domu, zrzuca buty, puści se siarczystego bąka, otworzy piwko i wydaje rozkazy, ruszy się tylko w celu dobrania piwa lub wydalania. Czasem w niedzielę jak mu rosół posmakuje, to klepnie w tyłek swoją żonkę, a ona musi być cała w skowronkach, bo wreszcie zwrócił na nią swą cenną uwagę. Aż wyć mi się chce na samą myśl! Dziewczyny! Do cholery! Jak to jest, że najpierw jesteśmy takie piękne i szczupłe, wesołe i uśmiechnięte i wszystko nam się chce i te nasze chłopy nie mają nic przeciwko. Następnie jest biała suknia, piękne wesele, uśmiechy i uściski a potem powoli powoli nagle zaczynamy zamieniać się w kuchty, sprzątaczki i praczki, umęczone życiem i bachorami kobiety, które zapominają o tym kim były i o czym marzyły. Nie tędy droga. Kompletnie nie tędy. Ja wiem, że to takie psychologiczne pierdoły, ale no po prostu się nie dajmy. My nadal, pomimo przychówku i mnóstwa obowiązków, mamy swoje plany, marzenia i potrzeby. Tylko w natłoku tych wszystkich przyziemnych spraw zapominamy o tym, co dla nas i tylko dla nas ważne. Poza tym dajemy się zepchnąć na stanowisko podległe. Kiedyś jedna znajoma siedziała z koleżankami na Starówce, było fajnie, wszystkie dobrze się bawiły, nagle jedna z nich wyjęła telefon, zadzwoniła do męża i słychać jej błagalny ton - "Kochanie, CZY JA MOGĘ(!) jeszcze trochę zostać? Nie? ale dlaczego, jest tak fajnie....dobrze zaraz wsiadam do taksówki". Aż mnie skręca. Dorosła kobieta owszem może zadzwonić do męża - "Kochanie, miałam być o 23, ale dobrze się bawię, będę później, więc nie czekaj na mnie, pa". To, że jestem mamą trójki dzieci nie sprawia, że ja przestałam lubić tańczyć, ani że nie lubię siedzieć i pytlować z koleżankami, ani że przestałam lubić podróżować, albo czytać książki itd. Po wyjściu za mąż 13 lat temu moim jedynym celem nie stało się usługiwanie mojemu mężowi. Liczę się z nim i jego zdaniem, ale to chyba normalne i wynika ze zwykłego szacunku do człowieka, którego kocham. M stając się moim mężem, nie stał się ani moim ojcem, a ja jego 10 letnią córką, ani właścicielem. Poza tym widziałam kogo sobie brałam. Owszem, potrafi wkurzyć mnie tak, że nienawidzę go z całego serca, ale zaraz mi przechodzi. Natomiast jeśli któraś jest posiadaczką niemego wora leżącego przed telewizorem, to od razu mówię, że lepiej już było takie coś kupić w meblowym za stówkę, byłoby taniej i wygodniej. I proponuję zmienić trochę swoje życie. Czy jeśli mąż nie dostanie gorącego obiadu, to umrze z głodu? Zakładam, że ręce i nogi ma, uważa się za bardzo mądrego, więc głowę pewnie też posiada. To niech ruszy tymi wszystkimi członkami i razem z piwkiem, wyjmie sobie kawał zwyczajnej, a do tego niech machnie pajdę chleba. Jeśli taki cwaniak potrafił sobie podporządkować fajną babkę i za ochłap dobrego słowa załatwił sobie służącą na całe życie, to powinien również umieć trzymać żelazko i odkurzacz. A ty, jeśli masz ochotę pójść do kina, to nie pytaj o pozwolenie, tylko idź. Jeśli chcesz posiedzieć w ciszy, bo jesteś zmęczona to siedź. Jeśli nie chce Ci się gotować obiadu, to nie gotuj.
Długo zastanawiałam się jak to ująć, żeby nie zabrzmiało jak feministyczny apel. Od razu mówię, że mi z feminizmem wcale nie jest pod rękę. Ja jestem za partnerstwem w związkach i szowiniści mnie zwyczajnie drażnią. Tak bardzo chciałabym żeby te wszystkie fajne, wartościowe dziewczyny przypomniały sobie o tym, co dla nich ważne, co ich cieszy i czyni szczęśliwymi. I żeby realizowały swoje marzenia. A przede wszystkim szanowały siebie i swoje życie. Ot co!
niedziela, 10 lipca 2016
Długo oczekiwany wyjazd
TAK TAK TAK!!!!!
Do końca nie wierzyłam, że to możliwe, choć bilet miałam od dawna. A jednak udało się :) Oto kilka dni temu w podskokach oddaliłam się ku pięknej Irlandii. Skąd ta radość? A bo wybrałam się tam SAMA. Całkiem sama, tzn. bez M, bez dzieci. Tylko Ja. Oczywiście bardzo chciałabym ich zabrać ze sobą, ale nie tym razem. To był czas tylko dla mnie. Nitka próbowała mnie jeszcze szantażować w dniu wyjazdu, a to złym samopoczuciem, a to zbliżającą się chorobą, a to próbą zamknięcia się w mojej walizce. Nie dałam się, byłam twarda jak stal. A cieszyłam się tak bardzo, że kiedy samolot wystartował, roześmiałam się na głos, co wzbudziło zainteresowanie wśród podróżnych siedzących obok. Tak tak ja nie do końca jestem normalna i nie wiem, być może śmiech przypominał chichot czarownicy. Myślę też, że każda mama mnie zrozumie. No a potem w spokoju wyjęłam książkę i rozkoszowałam się podróżą. Samotną. Nie musiałam odpowiadać na pytanie "kiedy dojedziemy?", nie było "mamo siku, mamo pić, mamo coś tam". Książka, kawa i Ja. Kilka godzin później było jeszcze lepiej, bo oto po wejściu do domu Rudej i Desa, zostałam przywitana kieliszkiem czerwonego wina i dostałam absolutny nakaz relaksowania się. Co czyniłam z ogromną przyjemnością przez kilka następnych dni. Biedny Des niestety pracował, ktoś w końcu musiał być tym stąpającym po ziemi, my natomiast robiłyśmy duuużo kilometrów podziwiając piękne okoliczności przyrody. Wieczorami za to rozkoszowałyśmy się urokami pubów. Chodziłam spać niegrzecznie dużo po północy i równie niegrzecznie spałam długo rano. Dziećmi natomiast zajmował się M. Po to żebym ja mogła się zrelaksować, wziął urlop i przejął na siebie moje obowiązki. Wróciłam do domu, a tam dzieci najedzone, ubrane, zadowolone, w domu porządek. No cóż...Należało mi się jak cholera. Cudowny czas pełen paplania, zabawy, śmiechu i relaksu. Ach...
Do końca nie wierzyłam, że to możliwe, choć bilet miałam od dawna. A jednak udało się :) Oto kilka dni temu w podskokach oddaliłam się ku pięknej Irlandii. Skąd ta radość? A bo wybrałam się tam SAMA. Całkiem sama, tzn. bez M, bez dzieci. Tylko Ja. Oczywiście bardzo chciałabym ich zabrać ze sobą, ale nie tym razem. To był czas tylko dla mnie. Nitka próbowała mnie jeszcze szantażować w dniu wyjazdu, a to złym samopoczuciem, a to zbliżającą się chorobą, a to próbą zamknięcia się w mojej walizce. Nie dałam się, byłam twarda jak stal. A cieszyłam się tak bardzo, że kiedy samolot wystartował, roześmiałam się na głos, co wzbudziło zainteresowanie wśród podróżnych siedzących obok. Tak tak ja nie do końca jestem normalna i nie wiem, być może śmiech przypominał chichot czarownicy. Myślę też, że każda mama mnie zrozumie. No a potem w spokoju wyjęłam książkę i rozkoszowałam się podróżą. Samotną. Nie musiałam odpowiadać na pytanie "kiedy dojedziemy?", nie było "mamo siku, mamo pić, mamo coś tam". Książka, kawa i Ja. Kilka godzin później było jeszcze lepiej, bo oto po wejściu do domu Rudej i Desa, zostałam przywitana kieliszkiem czerwonego wina i dostałam absolutny nakaz relaksowania się. Co czyniłam z ogromną przyjemnością przez kilka następnych dni. Biedny Des niestety pracował, ktoś w końcu musiał być tym stąpającym po ziemi, my natomiast robiłyśmy duuużo kilometrów podziwiając piękne okoliczności przyrody. Wieczorami za to rozkoszowałyśmy się urokami pubów. Chodziłam spać niegrzecznie dużo po północy i równie niegrzecznie spałam długo rano. Dziećmi natomiast zajmował się M. Po to żebym ja mogła się zrelaksować, wziął urlop i przejął na siebie moje obowiązki. Wróciłam do domu, a tam dzieci najedzone, ubrane, zadowolone, w domu porządek. No cóż...Należało mi się jak cholera. Cudowny czas pełen paplania, zabawy, śmiechu i relaksu. Ach...
![]() |
| Pod koniec lotu słyszałam jak ktoś narzekał, że dziecko jęczało cały czas. Ja tego nie słyszałam, moje ucho już chyba nie wyłapuje tych dźwięków :) |
![]() |
| Tak wiem, że zabrałam z Polski dobrą pogodę, no po prostu musiałam.... |
![]() |
| Tak, to prawda, że piana Guinessa jest jak gęsty krem, ale nie w każdym pubie :) Ten był przepyszny. |
wtorek, 5 lipca 2016
Dobra zmiana
- Dość już tego spania z dziećmi, ja chcę spać jak człowiek, a nie wciśnięty w ścianę - zagrzmiał M.
Ojej czyżbym nagle musiała zacząć odkładać Zu do łóżeczka?! No wiem, że tak się powinno, ale ze wszystkimi dziećmi spałam, trochę z wygody a trochę dlatego, że lubię. Tylko chłop się w końcu zeźlił, więc wypadałoby spróbować....No dobra, przygotowuję więc łóżeczko, w którym do tej pory spał sobie elegancko na poduszeczce nie wadząc nikomu kot Lolek. Trzepię, piorę i prasuję. Pot z czoła, no ale to w sprawie dobrej zmiany. Po uśpieniu Zu przenoszę ją do tego przygotowanego łóżeczka. Kiedy kilka godzin później sama kładę się spać, serce ściska mi się z tęsknoty, pusto mi jest i nieswojo, bo M się nie liczy, za duży i nijak nie da się go pomylić z maleńką dziewczynką. Zu robi mi niespodziankę i o dziwo śpi ładnie. Do 2.30. A potem zaczyna się kręcić. Jest postanowienie, więc jest i konsekwencja. Wstaję więc do niej ciągle, daję mleko, głaszczę po głowie. Chce mi się spać jak cholera (gdyby Zu była w moim łóżku nie musiałabym wstawać). Złym wzrokiem patrzę jak M rozkosznie z miną wielce szczęśliwą śpi rozwalony na 3/4 łóżka. O 4.20 jestem już tak umęczona tą dobrą zmianą, że zabieram Zu do siebie. I tam jak zawsze odpływamy sobie obie i śpimy do rana. Chrzanię te dobre zmiany. Dla kogo one dobre? ;)
Ojej czyżbym nagle musiała zacząć odkładać Zu do łóżeczka?! No wiem, że tak się powinno, ale ze wszystkimi dziećmi spałam, trochę z wygody a trochę dlatego, że lubię. Tylko chłop się w końcu zeźlił, więc wypadałoby spróbować....No dobra, przygotowuję więc łóżeczko, w którym do tej pory spał sobie elegancko na poduszeczce nie wadząc nikomu kot Lolek. Trzepię, piorę i prasuję. Pot z czoła, no ale to w sprawie dobrej zmiany. Po uśpieniu Zu przenoszę ją do tego przygotowanego łóżeczka. Kiedy kilka godzin później sama kładę się spać, serce ściska mi się z tęsknoty, pusto mi jest i nieswojo, bo M się nie liczy, za duży i nijak nie da się go pomylić z maleńką dziewczynką. Zu robi mi niespodziankę i o dziwo śpi ładnie. Do 2.30. A potem zaczyna się kręcić. Jest postanowienie, więc jest i konsekwencja. Wstaję więc do niej ciągle, daję mleko, głaszczę po głowie. Chce mi się spać jak cholera (gdyby Zu była w moim łóżku nie musiałabym wstawać). Złym wzrokiem patrzę jak M rozkosznie z miną wielce szczęśliwą śpi rozwalony na 3/4 łóżka. O 4.20 jestem już tak umęczona tą dobrą zmianą, że zabieram Zu do siebie. I tam jak zawsze odpływamy sobie obie i śpimy do rana. Chrzanię te dobre zmiany. Dla kogo one dobre? ;)
wtorek, 21 czerwca 2016
A ja meczu nie oglądam
no nie oglądam. Nie oglądam i już. Mój M fascynuje się prawie każdym rodzajem sportu. Od zawsze. Piłka nożna jest dla niego ważna jak nie wiem co i dziwię się, że ze swoją wiedzą nie pracuje jako dziennikarz sportowy. Podobnie jak jego najbliżsi przyjaciele. Próbował mnie zaszczepić wiele razy. Zdarzało się nawet, że bywałam na jakichś meczach futbolowych czy koszykówki. Bardzo lubiłam, darłam się wniebogłosy jak trzeba było, gwizdałam i nawet mówiłam brzydkie słowa kiedy coś mi się nie podobało, ale jakoś nigdy nie wciągnęło mnie to aż tak bardzo. Ba, raz nawet podszywając się pod Włoszkę, niejaką Rossanę, byłam na meczu Romy w Rzymie i wraz z kibicami obok rzymskiej żylety śpiewałam piosenkę "Roma Roma Roma". Natomiast naprawdę skupiałam się na tym czy piłkarze w rzeczywistości są tak przystojni jak w telewizji. Podobnie na stadionie Legii, kiedy grała z Górnikiem Łęczna, ani słowem nie zdradziłam się siedząc wśród zagorzałych kibiców Legii, że jestem za przeciwnikiem. Dziarsko śpiewałam - Legia to jest potęga i jakieś takie, a po cichu cieszyłam się z dobrych akcji Górnika. No cóż. No a teraz mecze mecze i mecze. Chłopaki żyją tymi meczami od świtu do nocy, trzy razy dziennie, kto z kim, kto ile punktów, kto wychodzi z grupy, a kto nie. Dla mnie to zupełnie obojętne. M przyczepił mi flagę do samochodu, bo dzisiaj grają nasi. No dobra, z flagą mogę pojeździć. Oglądanie pierwszego meczu Polaków odbyło się u nas, ale ja to skupiłam się bardziej na tym jaką sałatkę zrobić, czy ciasto rabarbarowe będzie smakowało oraz czy na pewno wystarczy piwa. A potem miłe "plotu plotu" z dziewczynami. Niestety przez lata życia z kibicem nie nauczyłam się co znaczy osławiony spalony i zdarza mi się zapytać - którzy to nasi? Jak padnie jakaś bramka, podnoszę (zazwyczaj znad książki lub komputera) wzrok i patrzę jak jakiś wyfryzowany goguś, cieszy się wraz ze swoimi kompanami. No wspaniale. Gratuluję. Jestem pod wrażeniem, bo ja tak nie potrafię. Szanuję, ale nie podniecam się i nie udaję, że mnie to interesuje. Nie interesuje, nie obchodzi, nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Ja wiem, że teraz Euro, ja wiem, że powinnam, że teraz taka moda żeby oglądać mecze i się interesować, a nawet wystąpić na zdjęciu w jakiejś koszulce, najlepiej w knajpie z tym meczem, z pomalowaną twarzą. Ja wiem, że powinnam dzielnie wspierać swojego mężczyznę w odpowiednim przeżywaniu, czyli zapełniać lodówkę, podawać chłodne piwo i ze zrozumieniem usuwać krzyczące dzieci sprzed telewizora. No tak podobno powinnam, ale jakoś nie przypominam sobie, żeby On, kiedy oglądam "Co się wydarzyło w Madison County" i Meryl Streep chwyta za klamkę i nie wie czy wysiąść z samochodu męża, a ja wtedy zaczynam wyć i nie przestaję do końcowych napisów, no nie przypominam, żeby on wtedy podawał mi chusteczki i patrzył ze zrozumieniem. Raczej mówi, że jestem zbyt emocjonalną idiotką i przecież to tylko film. No więc ja nie podniecam się tymi meczami za bardzo, nie przeszkadzam, a jak wychodzi oglądać z kolegami, to nawet bardzo się cieszę. Mam wtedy wolny wieczór. I każdy jest zadowolony. Ja nie jestem żona idealna. Po prostu.
niedziela, 5 czerwca 2016
Na pewno kultura?
Przypadkiem trafiłam na post pewnej oburzonej Pani Mamy, której to syn próbował wejść w trampkach do klubu i nie został wpuszczony właśnie ze względu na obuwie. Od razu z przekąsem, że Pan Ochroniarz pewnie nie wie, że w "niektórych" kręgach trampki zastąpiły lakierki, zaraz pojawiły się komentarze w stylu "jakaś komedia", "kultura wyższa", "szok" itd itd. Prześmiewczo i oczywiście kulturalnie - przepraszam, z kulturą wyższą, z wyższym kulturalnym przekąsem, z wyższą kulturalną szpilą. A ja akurat uważam, że Pani Mama zachowała się w stylu "ale wieśniaki, na moim syneczku się nie poznali, w trampkach nie wpuścili, chodź chodź syneczku, oni nie wiedzą co to kultura, co to moda, wręcz haute couture.
No cóż...każdy może ustalić sobie zasady jakie chce. A co jeśli Pan Właściciel klubu nie lubi chłopców w trampkach, bo właśnie taki uprowadził mu piękną żonę? albo ma uraz do całej rzeszy metroseksualnych chłopaczków w trampkach i rurkach, jakich teraz pełno na ulicach? i po prostu nie chce ich w swoim klubie? Nie twierdzę, że Syn Pani Mamy właśnie taki jest, nie widziałam gościa na oczy i może fajny z niego facet, no ale tak już na tym świecie jest, że mamy knajpy, w których przy wejściu np. obcinają panom krawaty, a kobietom ramiączka od staników, w innych nie wpuszczają w butach sportowych, a jak właściciel ma ochotę, to i w czerwonych butach może nie wpuszczać, a co. Każdy ustala swoje zasady, a jeśli chcę iść do niego, muszę się dostosować. U mnie w domu chodzi się w butach i goście nie muszą ich zdejmować, ale to nie znaczy, że u koleżanki, w której domu buty zdejmuje się w drzwiach, wejdę po swojemu. Idę do niej i szanuję jej zasady. Tak po prostu. Byłam świadkiem jak dwie Amerykanki błagały przy wejściu do Watykanu, aby je wyjątkowo wpuścić z odsłoniętymi ramionami, ale obsługa była nieugięta. I zaraz może ktoś się oburzyć - ale jak to porównywać klub młodzieżowy do Watykanu, idiotka jakaś. Ano nie idiotka, tylko zasada jest zasadą, a my albo się dostosujemy, albo idźmy sobie gdzieś, gdzie nas wpuszczą. Na całym świecie tak jest. Bez zbędnych komentarzy, świętego oburzenia i wyśmiewania, bo takie zachowanie obok kultury również nie stoi....
I od razu zaznaczam, że moim celem nie było obrażenie kogokolwiek, a Pani Mama posłużyła jako kompletnie przypadkowy i anonimowy przykład.
czwartek, 2 czerwca 2016
Banan mi się psuje
O, banan mi czernieje, no to już ja go wykorzystam. Hmmm. Usmażę go na maśle, lubię takie. Dobra, no przecież coś do niego by się jeszcze przydało. ..co by tu... no tak, wezmę sobie tu taki pucharek szklany, żeby było ładnie. Sam banan w pucharku? Pusto i bez sensu. No to może na spód trochę bitej śmietany. Nooo i od razu lepiej. Śmietany oczywiście niewiele, bo jestem na diecie. Na to smażony banan. No to może jeszcze sosu czekoladowego, tak dla ładnego wyglądu. Niewiele, bo wciąż jestem na diecie. Hmmm, zostało trochę miejsca, zdaje się, że mam jakieś lody. No to gałka śmietankowych i jeszcze trochę śmietany i banana i sosu, ale niewiele, bo wiadomo - dieta! Odkrywam jeszcze jedne lody - czekoladowe, no pasują idealnie, jakże z nich zrezygnować. A na wierzch dodam, choć wcale nie mam ochoty, jeszcze trochę śmietany i sosu, tak dla wyglądu. Ta dieta kiedyś mnie wykończy.
czwartek, 19 maja 2016
Rodzinne wyjście
Zrobiło się ciepło i tak już mamy i lubimy, że jak ciepło, to chodzimy sobie czasem na obiad na Starówkę.
- Czy jesteś pewna, że Zu jest gotowa na siedzenie w knajpie? - zapytał nieco zaniepokojony M.
- Oczywiście, że jest. Ma już prawie rok.
No dobra, szykujemy się. Normalnym ludziom zajmuje to niewiele czasu, u Nas trwa to trochę dłużej, bo przecież kiedy już po całym ubieraniu siedzimy w samochodzie, okazuje się, że a). Nitka właśnie koniecznie musi pójść do toalety, b). pielucha Zu wymaga natychmiastowej zmiany, c). Dede nagle przypomina sobie, że świeci słońce i bardzo potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, które znajdują się w bliżej nieokreślonym miejscu w jego pokoju, d). ja orientuję się, że przecież trzeba jeszcze zabrać jakieś grzechotki i wygonić kota na dwór. To chyba rodzinne, jedna z moich sióstr przed wyjściem, kiedy już wszyscy są gotowi, zawsze podlewa kwiatki. No więc wpadamy we czworo do domu i załatwiamy wszystkie bardzo pilne sprawy, podczas gdy M siedzi w samochodzie i stara się nie stracić cierpliwości i dobrego humoru, słucha sobie w tym celu jakiegoś jazzu czy innej poezji śpiewanej. A my jak w ukropie biegamy tam i z powrotem, następnie wpadamy do samochodu, żeby zobaczyć M z marsową miną, mruczącego pod nosem, że jest jak zwykle, że to się nigdy nie zmieni, że bez sensu i jakieś takie straszne bzdury, które, aby nie zepsuć sobie popołudnia, należy puścić mimo uszu. Jedziemy. Wszyscy w doskonałych humorach. Dzieci z tyłu cały czas trajkoczą. Na okrągło. Ja wyłapuję tylko "mamooo tratatatata, mamooooo tartatatataa mamomaomamomamo tratatatatatatatata". Zazwyczaj odpowiadam "hmmmm", albo "tak", albo uśmiecham się zagadkowo i jakoś to leci. Wszyscy zadowoleni. Czasami orientują się, że ich wcale nie słucham i wtedy wpadka na całego, ale na szczęście rzadko. :)
Jesteśmy na Starówce. No to wysiadanie, wyciąganie wózka, zamieszanie, gadanie, jakby przyjechał autobus ze szkolną wycieczką. Zabieramy jakieś ubrania, zabawki, butelki itd., no jednym słowem objuczone wielbłądy. Szukamy wolnego stolika. No nie, nie takie to łatwe, wszystko zajęte, a jak wolne, to albo nie tu gdzie chcemy, albo nie da się podjechać wózkiem, albo za mało miejsca. Już zaczyna być nam gorąco i patrzymy z M na siebie z politowaniem, ale nie poddajemy się. Tym bardziej, że dzieci mamy knajpiane. Nitka i Dede uwielbiają jadać w knajpach, sami z powagą czytają menu, chociaż zupełnie nie wiem po co, bo zazwyczaj i tak wybierają frytki z kurczakiem, ostatnio polubili pizzę, więc jest trochę łatwiej. Tak tak, moje dzieci, to takie dziwadła, co nie lubiły pizzy. Zamawiają sami - sok jabłkowy proszę, lub orange juice please - w zależności od miejsca. Światowo, wszak po coś się uczą tych języków :) No a potem jest najgorsze - oczekiwanie na jedzenie. I właśnie ostatnio okazało się, że Zu owszem jest gotowa na wyjścia do knajpy, ale nie na czekanie na jedzenie 1 godzinę i 40 minut!!!! bo tyle właśnie to trwało. Pani zlitowała się nad nami i przyniosła jakieś deski serów, chociaż nie wiem czy to z litości, czy raczej z chęci zatrzymania wściekłego klienta. Przez pierwsze pół godziny Zu była bardzo grzeczna i wesoła, no a potem to już nie było przyjemne biesiadowanie, a telepanie znudzonej Zu na rękach, wychodzenie z nią z knajpy żeby było ciekawiej, zagadywanie i zabawianie. I jedzenie na zmianę i na szybko na zasadzie ty jedz, ja ją potrzymam i na odwrót. W pośpiechu, bez smaku i bez sensu. Z obiadu wyszliśmy najedzeni, ale umęczeni że hoho. Czy ja mówiłam, że to się uda???!!!! W drodze powrotnej Zu dała nam jeszcze tak cudowny koncert, że wysiedliśmy pod domem z wielką ulgą. Następny raz prędko nie nastąpi.
- Czy jesteś pewna, że Zu jest gotowa na siedzenie w knajpie? - zapytał nieco zaniepokojony M.
- Oczywiście, że jest. Ma już prawie rok.
No dobra, szykujemy się. Normalnym ludziom zajmuje to niewiele czasu, u Nas trwa to trochę dłużej, bo przecież kiedy już po całym ubieraniu siedzimy w samochodzie, okazuje się, że a). Nitka właśnie koniecznie musi pójść do toalety, b). pielucha Zu wymaga natychmiastowej zmiany, c). Dede nagle przypomina sobie, że świeci słońce i bardzo potrzebuje okularów przeciwsłonecznych, które znajdują się w bliżej nieokreślonym miejscu w jego pokoju, d). ja orientuję się, że przecież trzeba jeszcze zabrać jakieś grzechotki i wygonić kota na dwór. To chyba rodzinne, jedna z moich sióstr przed wyjściem, kiedy już wszyscy są gotowi, zawsze podlewa kwiatki. No więc wpadamy we czworo do domu i załatwiamy wszystkie bardzo pilne sprawy, podczas gdy M siedzi w samochodzie i stara się nie stracić cierpliwości i dobrego humoru, słucha sobie w tym celu jakiegoś jazzu czy innej poezji śpiewanej. A my jak w ukropie biegamy tam i z powrotem, następnie wpadamy do samochodu, żeby zobaczyć M z marsową miną, mruczącego pod nosem, że jest jak zwykle, że to się nigdy nie zmieni, że bez sensu i jakieś takie straszne bzdury, które, aby nie zepsuć sobie popołudnia, należy puścić mimo uszu. Jedziemy. Wszyscy w doskonałych humorach. Dzieci z tyłu cały czas trajkoczą. Na okrągło. Ja wyłapuję tylko "mamooo tratatatata, mamooooo tartatatataa mamomaomamomamo tratatatatatatatata". Zazwyczaj odpowiadam "hmmmm", albo "tak", albo uśmiecham się zagadkowo i jakoś to leci. Wszyscy zadowoleni. Czasami orientują się, że ich wcale nie słucham i wtedy wpadka na całego, ale na szczęście rzadko. :)
Jesteśmy na Starówce. No to wysiadanie, wyciąganie wózka, zamieszanie, gadanie, jakby przyjechał autobus ze szkolną wycieczką. Zabieramy jakieś ubrania, zabawki, butelki itd., no jednym słowem objuczone wielbłądy. Szukamy wolnego stolika. No nie, nie takie to łatwe, wszystko zajęte, a jak wolne, to albo nie tu gdzie chcemy, albo nie da się podjechać wózkiem, albo za mało miejsca. Już zaczyna być nam gorąco i patrzymy z M na siebie z politowaniem, ale nie poddajemy się. Tym bardziej, że dzieci mamy knajpiane. Nitka i Dede uwielbiają jadać w knajpach, sami z powagą czytają menu, chociaż zupełnie nie wiem po co, bo zazwyczaj i tak wybierają frytki z kurczakiem, ostatnio polubili pizzę, więc jest trochę łatwiej. Tak tak, moje dzieci, to takie dziwadła, co nie lubiły pizzy. Zamawiają sami - sok jabłkowy proszę, lub orange juice please - w zależności od miejsca. Światowo, wszak po coś się uczą tych języków :) No a potem jest najgorsze - oczekiwanie na jedzenie. I właśnie ostatnio okazało się, że Zu owszem jest gotowa na wyjścia do knajpy, ale nie na czekanie na jedzenie 1 godzinę i 40 minut!!!! bo tyle właśnie to trwało. Pani zlitowała się nad nami i przyniosła jakieś deski serów, chociaż nie wiem czy to z litości, czy raczej z chęci zatrzymania wściekłego klienta. Przez pierwsze pół godziny Zu była bardzo grzeczna i wesoła, no a potem to już nie było przyjemne biesiadowanie, a telepanie znudzonej Zu na rękach, wychodzenie z nią z knajpy żeby było ciekawiej, zagadywanie i zabawianie. I jedzenie na zmianę i na szybko na zasadzie ty jedz, ja ją potrzymam i na odwrót. W pośpiechu, bez smaku i bez sensu. Z obiadu wyszliśmy najedzeni, ale umęczeni że hoho. Czy ja mówiłam, że to się uda???!!!! W drodze powrotnej Zu dała nam jeszcze tak cudowny koncert, że wysiedliśmy pod domem z wielką ulgą. Następny raz prędko nie nastąpi.
wtorek, 19 kwietnia 2016
Ach te Krówki...
Wybraliśmy się z M do sklepu i o dziwo zabraliśmy ze sobą tylko jedno dziecko. Dede. Już na samym początku ciągle przeżywaliśmy jak to cicho w samochodzie, a w sklepie, to już w ogóle byliśmy zachwyceni. Dede nie podbiegał do półek, nie gadał wciąż i wciąż, tylko po cichu pchał wózek. Wszak to już prawie nastolatek (- "Mamooo, jedenaście lat, to już nastolatek, prawda?") i jak na takiego przystało, był bardzo stateczny. Do momentu, aż nie weszliśmy między półki ze słodyczami. Wtedy niestety objawiło się dziecko, o zgrozo (!) również we mnie. Zaczęliśmy biegać obydwoje jak opętani, a w momencie, kiedy odkryliśmy duże opakowania ukochanych krówek, prawie wyliśmy z zachwytu. M wstydząc się okrutnie pokazał nam plecy, a my zaczęliśmy się namawiać, jakby tu przekonać Ojca (w takiej sytuacji stał się również moim Ojcem), żeby pozwolił nam kupić krówki w ilości hurtowej. Kiedy tak się namawialiśmy i jęczałam do Dede
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
- "Ojciec mi w życiu nie pozwoli, bo jestem na diecie", zobaczyłam, że obok stoi Pani z nastoletnią córką i patrzą na Nas nieco dziwnie. Nagle wyrósł przed nami M z postawą mocno wojowniczą i warknął,
- "A wy tu co?!"
no to zaczęliśmy nieśmiało, że tu krówki, że nasze ukochane, że...no wiesz. Dede dzielnie patrzył mu w twarz.
-"No dobra, możesz wziąć - mówi M do Dede, - ale Mama nie może ich jeść - jest na diecie!"
Przybrałam postawę zbitego psa i obiecałam, że nie wezmę ani jednej. W końcu nie od dziś a od lat kilkunastu jestem żoną. Córka z Panią były wręcz zniesmaczone, ale niech się młoda uczy, że z facetami różnie bywa.
Obietnica obietnicą, a dzisiaj na obiad zjadłam krówki i zagryzłam kilkoma ogórkami konserwowymi dla wyrównania smaku. A co! Pani Dietetyczka się nie dowie, a M zaślepiony miłością wybaczy, przecież i tak wiem, że udawał, że mi wierzy :)
Moim zdaniem, to najlepsze Krówki. I nie, Wawel nie płaci mi za reklamę :)
czwartek, 14 kwietnia 2016
Nuda raczej mi nie grozi
- Nie nudzisz się na tym macierzyńskim? Co to można robić w domu przez cały dzień?! Chyba nic!
Wstałam o godz. 5.30, bo Zu jest z tych dzieci, które wstają wcześnie. Trochę się z nią bawiłam, a trochę przysypiałam. Potem obudziłam starsze dzieci, zrobiłam śniadanie, kanapki, fryzurę Nitce, nakarmiłam Zu, ubrałam i zawiozłyśmy starszaków do szkoły. Wróciłam ze szkoły, Zu była głodna, więc jedzenie, potem sprzątanie, a w międzyczasie zabawa z Zu. Nastawiłam pralkę, uśpiłam Zu, rozwiesiłam pranie, nastawiłam następne, ugotowałam obiad, dokończyłam sprzątanie. Trochę poprasowałam, obudziła się Zu, no to znowu przewijanie, karmienie, zabawa. W międzyczasie udało mi się wypić kawę, pierwsza połowa była za gorąca, druga zdecydowanie za zimna. Znowu rozwiesiłam pranie, wyszłam z Zu na spacer, wróciłam, nakarmiłam, pojechałyśmy do szkoły po dzieci. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu na szybkie zakupy, zajęły nam 40 minut i wyszliśmy z pełnym koszykiem. W domu dałam dzieciom obiad i zagoniłam do lekcji. Oni odrabiali, ja zajmowałam się Zu. Sprawdziłam lekcje, przepytałam Dede z angielskiego, a Nitkę z wiersza na pamięć. Przyjechał M, zamieniliśmy kilka słów i wyszłam do fitness klubu poćwiczyć. Wróciłam wieczorem, zrobiłam kolację, pogadałam z dziećmi i M, położyłam dzieci spać. Ufff, włączyłam telewizor, przy głupim odmóżdżającym filmie zasiadłam za deską do prasowania. I prasowałam do północy. Poszłam spać. Tak nudzę się, nic nie robię, całymi dniami się relaksuję, bo przecież praca w domu, to nie praca.
Wstałam o godz. 5.30, bo Zu jest z tych dzieci, które wstają wcześnie. Trochę się z nią bawiłam, a trochę przysypiałam. Potem obudziłam starsze dzieci, zrobiłam śniadanie, kanapki, fryzurę Nitce, nakarmiłam Zu, ubrałam i zawiozłyśmy starszaków do szkoły. Wróciłam ze szkoły, Zu była głodna, więc jedzenie, potem sprzątanie, a w międzyczasie zabawa z Zu. Nastawiłam pralkę, uśpiłam Zu, rozwiesiłam pranie, nastawiłam następne, ugotowałam obiad, dokończyłam sprzątanie. Trochę poprasowałam, obudziła się Zu, no to znowu przewijanie, karmienie, zabawa. W międzyczasie udało mi się wypić kawę, pierwsza połowa była za gorąca, druga zdecydowanie za zimna. Znowu rozwiesiłam pranie, wyszłam z Zu na spacer, wróciłam, nakarmiłam, pojechałyśmy do szkoły po dzieci. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu na szybkie zakupy, zajęły nam 40 minut i wyszliśmy z pełnym koszykiem. W domu dałam dzieciom obiad i zagoniłam do lekcji. Oni odrabiali, ja zajmowałam się Zu. Sprawdziłam lekcje, przepytałam Dede z angielskiego, a Nitkę z wiersza na pamięć. Przyjechał M, zamieniliśmy kilka słów i wyszłam do fitness klubu poćwiczyć. Wróciłam wieczorem, zrobiłam kolację, pogadałam z dziećmi i M, położyłam dzieci spać. Ufff, włączyłam telewizor, przy głupim odmóżdżającym filmie zasiadłam za deską do prasowania. I prasowałam do północy. Poszłam spać. Tak nudzę się, nic nie robię, całymi dniami się relaksuję, bo przecież praca w domu, to nie praca.
niedziela, 10 kwietnia 2016
Postanowiłam sie wyspać
Jestem zmęczona. Zu budzi się w nocy raz lub dwa, a na dzień dobry wstaje po 5, czasem ok 6 rano. Ostatnio całą noc przespałam w 2014, to trochę dawno. Staram się chodzić spać wcześniej, ale nie zawsze to się udaje. Są przecież jeszcze inne dzieci i pożyć sama dla siebie też mam ochotę. No ale zmęczenie sięgnęło zenitu i postanowiłam się wyspać. Przynajmniej miałam taki chytry i znakomity plan. Wyszło mi wcześnie czyli godzina 22.30. Ach jak będę sobie spać, a rano wstanę jak skowronek, uśmiechnięta i wypoczęta z pieśnią na ustach "jak dobrze wstać skoro świt". Albo jak mała Ruda (Przyjaciółkaodlat - czas zacząć je rozróżniać), którą mama skoro świt szorowała w wannie, a następnie wiozła autobusem do przedszkola. W autobusie było szaro i ponuro, wszędzie ziewający i przysypiający ludzie i nagle wsiadała Ona - dziewczynka z płomieniem we włosach, która darła się na całe gardło "ooood rana mam dobry humooor". No to właśnie tak sobie wyobraziłam siebie. Wyspaną i radosną. Położyłam się więc zgodnie z planem i spałam. Do 1.30. Potem nagle usłyszałam głos - "mamoooo, zrzygałam się". Z trudem otworzyłam oczy - przy łóżku stała Nitka. Zerwałam się jak poparzona, poszłam do jej pokoju, rzeczywiście, pościel udekorowana w fantazyjne wzory. No cóż. Jak już to wszystko udało mi się okiełznać było po godzinie 2, położyłam się w nadziei, że to może jakaś chwilowa niedyspozycja. Jakże się myliłam. O 3 przy łóżku znowu pojawiła się zjawa - "mamoooo, znowu się zrzygałam". Jakieś 15 minut później kładłam się już bez nadziei i słusznie, bo o 4.20 sytuacja powtórzyła się. A o godzinie 6 wstała Zu. Następnego dnia znowu postanowiłam się wyspać. Położyłam Zu i siebie o 18. Kiedy wstałam na chwilę ok 21, M zapytał - masz zamiar długo jeszcze tak spać? Nawet nie skomentowałam, wróciłam do łóżka i padłam bez życia. I z małymi przerwami spałam 12 godzin.
sobota, 9 kwietnia 2016
Mam przechlapane
Sprzątam, a Nitka towarzyszy mi tańcząc i śpiewając za moimi plecami (zaznaczam, że talentu do śpiewania raczej nie ma). Jedna godzina, druga. W końcu nie wytrzymuję:
- Nitka, możesz przestać już śpiewać?
- Nie mogę, ja tworzę!
Odwróciłam się i mruczę po cichu pod nosem
-Jeeeezu
Na co nagle Nitka
- Słyszałam Twoje "Jeeeezu". CZY TY NIE WIESZ, ŻE SŁUCH TO MÓJ NAJLEPSZY UMYSŁ?!!!! Nie podoba Ci się moje śpiewanie?!
- Podoba, oczywiście, że podoba.
Lalaalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalaaaaaaaaa
Godzinę później przegapiłam w tv bajkę, którą chciała oglądać - był ryk przez pół godziny, chociaż jutro jest powtórka.
No to chcąc jej wynagrodzić moje ZŁE zachowanie, zabrałam ją na rower - uczy się jeździć na dwóch kółkach.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że ją puściłam. Hmmmm
Mam przechlapane na całej linii
Ps. Nie, nie ma tu żadnej pomyłki, powiedziała Umysł, zamiast Zmysł :)
- Nitka, możesz przestać już śpiewać?
- Nie mogę, ja tworzę!
Odwróciłam się i mruczę po cichu pod nosem
-Jeeeezu
Na co nagle Nitka
- Słyszałam Twoje "Jeeeezu". CZY TY NIE WIESZ, ŻE SŁUCH TO MÓJ NAJLEPSZY UMYSŁ?!!!! Nie podoba Ci się moje śpiewanie?!
- Podoba, oczywiście, że podoba.
Lalaalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalalaaaaaaaaa
Godzinę później przegapiłam w tv bajkę, którą chciała oglądać - był ryk przez pół godziny, chociaż jutro jest powtórka.
No to chcąc jej wynagrodzić moje ZŁE zachowanie, zabrałam ją na rower - uczy się jeździć na dwóch kółkach.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że ją puściłam. Hmmmm
Mam przechlapane na całej linii
Ps. Nie, nie ma tu żadnej pomyłki, powiedziała Umysł, zamiast Zmysł :)
wtorek, 29 marca 2016
Macierzyństwo jak z bajki?
Przeczytałam gdzieś, że kiedy Martyna Wojciechowska zaszła w ciążę, założyła w komputerze folder "Projekt dziecko" i tam wrzucała różne publikacje naukowe dotyczące wychowania, a kiedy urodziła, nie skorzystała. Przypomniało mi się od razu, że ja myślałam podobnie. Dawno to było, bo Dede w tym roku ma 11 urodziny, ale temat wciąż jak żywy. Skończyłam takie studia o wychowaniu i rozwoju, więc teoretycznie byłam super przygotowana oraz przekonana, że piątki w indeksie spokojnie przełożą się na realne życie. No bo jak to nie! Mało tego, jak wiele bezdzietnych osób, najlepiej wiedziałam jak wychowywać dzieci i miałam na ten temat bardzo dużo do powiedzenia. Spotykam się z tym teraz, co jakiś czas słyszę porady, czasem krytykę, dobrze jeśli w twarz, niestety najczęściej za plecami, o sposobie wychowania, zachowania itd. Mówią to najczęściej Ci, którzy dzieci nie mają, albo mają je tak krótko, że jeszcze nie wyszli z pieluch i przed nimi długa droga odkrywców, na której co chwila będą się potykać o różne kamyki i ze zdziwieniem otwierać oczy. Jeśli wyciągną z tego wnioski, to mogę się tylko cieszyć, jeśli nie, no cóż...
Mam też wrażenie, że jesteśmy karmione wyidealizowanym obrazem macierzyństwa. Teraz trochę się to zmienia, jest internet, fora, blogi, kobiety są bardziej otwarte, nie wstydzą się mówić o tym i owym. Jeszcze 11 lat temu wyglądało to zupełnie inaczej, aż strach pomyśleć jak było jeszcze wcześniej. I mam też wrażenie, że patrząc na macierzyństwo przez pryzmat właśnie tych idealnych obrazów, mamy inne oczekiwania. Ja na przykład byłam bardzo zawiedziona i zrozpaczona, że M nie gadał do brzucha i kompletnie nie czuł związku z dzieckiem nienarodzonym. No jak to możliwe! W filmach tatusiowie gadają, a ten mój M jakiś taki nieczuły! W kolejnych ciążach już nie miałam o to pretensji, bo wiem, że to gadanie czy jego brak nijak się ma do tego co potem. Nie chodziłam więc po łące w białej sukni i wianku z mleczy, a On nie podbiegał do mnie w zwolnionym tempie i nie padał na kolana przed brzuchem, w locie obejmując go rękami i całując w pępek. Nic z tych rzeczy. Mówił otwarcie, że nie czuje kontaktu i że jestem nienormalna jeśli myślę, że on będzie przemawiał do brzucha. Myślałam, że dobrym ojcem to on nie będzie.
Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!!
Ciąża też okazuje się niełatwa. To nie jest tak, że tylko rośnie brzuch. Na początku jest burza hormonów i różne stany emocjonalne. Pamiętam jak w supermarkecie płakałam rzewnymi łzami, bo nie było pomarańczy z grubą skórką, a ja właśnie takie chciałam kupić i M wtedy powiedział, że ma już dość i poszedł gdzieś w regały z chipsami, a ja stałam i wyłam. Nikt mnie nie rozumiał. No jak może nie być pomarańczy z grubą skórką!!!! No jak!!! M na pewno nie będzie dobrym ojcem, jak On mógł mnie tak zostawić!!!
Potem zaczyna zmieniać się ciało, tyjemy, skóra się rozciąga, piersi już nie te, tyłek nie ten, brzuch nie ten i twarz jakby inna, jakieś obrzęki, swędzenie, rozciąganie, naciąganie itp. Dalej jest jeszcze gorzej. W nocy chce się spać, a nie można, bo ciężko się ułożyć, iść szybko się nie da, bo zaraz jakieś skurcze i zadyszka. Raz się zapomniałam i w 7 miesiącu pobiegłam za Negrą, a biegnąc zastanawiałam się dlaczego tak się męczę?, aż w końcu mnie olśniło.
Na imprezach też już inaczej, bo się nie napije i nie zapali. Jak tu żyć? Jeśli do tej pory balowało się jak i kiedy się chciało.
Kolejny mit upadł kiedy poszłam do szpitala rodzić. No przecież w kółko tłucze się, że teraz to rodzić po ludzku, itd. No tak. Zależy od szpitala. Zu rodziłam w takim (PSK 1), co rzeczywiście frontem do pacjenta, tamtych dwoje przyszło na świat w szpitalu (PSK 4), w którym najpierw tak pobrali mi krew, że wyglądałam jak ofiara pobicia, a następnie pani położna darła gębę na środku korytarza, że jak chcę srać w kiblu a nie w basen, to proszę bardzo, ale żebym potem nie wytaczała procesu, jak urodzę dziecko do ścieków. Jak M wszedł na salę żeby uczestniczyć przy porodzie, ta sama przemiła pani krzyknęła - "A ty kurwa co? na telewizję przyszedłeś?! stań za głową żony!". Jakoś na filmach jest inaczej.
Nikt mi też nie mówił, że dziecko wcale niekoniecznie umie ssać pierś i że porobi mi takie rany, że przez kolejny miesiąc będę zwijała paluszki u stóp za każdym razem kiedy będzie jadło. I że będzie budziło się po 14 razy w nocy i wyło na okrągło i że wcale nie da się chodzić z wózkiem na spacery, bo Dedka wózek brzydził od urodzenia i absolutnie nie chciał w nim jeździć.
W filmach i na reklamach ładne panie, zazwyczaj w białych ubraniach są bardzo uśmiechnięte i zadowolone, ja chyba nie byłam. Pamiętam, że miałam bałagan w domu i w życiu. Nie mogłam posprzątać, bo co zaczęłam, to Dede się budził, spędzałam więc całe godziny leżąc obok niego i czytając książki, bo chciałam żeby trochę spał. Prysznic? Oczywiście. Wyglądał tak, że w łazience w foteliku stał Dede i darł się wniebogłosy, natomiast ja w otwartym brodziku, telepiąc się z zimna, myłam się w 15 sekund, śpiewając mu jednocześnie piosenki. W żadnej mądrej gazecie nie wyczytałam tego, że sikanie z dzieckiem na ręku to norma, a potem jak ma się ich więcej, to z całym towarzystwem. Nie ma również zdjęć dzieci zasmarkanych, wyjących, czerwonych od płaczu. Są dzieci uśmiechnięte i wypoczęte mamy. I potem takiego obrazu oczekujemy w swoim domu. A dostajemy coś zupełnie innego. Jedzenie? hmmm, no tak czasem coś się udało zjeść w miarę normalnie, ale najczęściej było to na szybko połykane byle co, śniadanie na obiad, obiad na kolację. Podobno niektóre przy karmieniu chudną, ja niestety nie. Chudłam dopiero kiedy kończyłam karmić, a tak to się toczyłam. Słyszałam, że młodsza znajoma niedawno za moimi plecami skrytykowała moją figurę. Cóż, mam ochotę powiedzieć - Porozmawiamy za kilka lat, zdziro. Jak dorośniesz.
W filmach rodzice razem nachylają się nad kołyską i patrzą na dziecko, a potem sobie w oczy i za ręce w poczuciu szczęścia oddalają się do sypialni. Rzeczywistość? Kiedy M wracał z pracy, ja dyndałam Dede już którąś godzinę i wcale nie miałam ochoty na rozmowy, wspólne posiłki i uśmiechy. A wieczorem padałam bez życia przy dziecku w sypialni, podczas kiedy M padał na kanapie w salonie, z psem.
Można też dużo wyczytać o aktywnych rodzicach, przecież podróżowanie z dziećmi jest bardzo modne. Dziecko w niczym nie przeszkadza. Moja odpowiedź - owszem, ale zależy to od dziecka i jego humoru. Nie chcieliśmy przecież rezygnować ze swojego życia - pierwsze były Mazury ze S-kimi, 7-miesięczny Dede przez cały kilkudniowy wyjazd miał gorączkę. Potem było morze z 10-miesięcznym Dede - miał gorączkę tylko przez pół wyjazdu. Rok później były Włochy - gorączka tylko przez jakieś 5 dni, a Panteon wtedy zapamiętałam tak, że niewygodnie się przed nim zmienia pieluchę. Nie poddawaliśmy się jednak, Szkocja z Dede wypadła już całkiem dobrze i potem było coraz lepiej. W wieku 3 lat Dede w samolocie wkładał słuchawki w uszy i oglądał Boba Budowniczego, jak stary podróżnik, ale tylko my wiemy ile nas to kosztowało.
Wcale też nie trzeba rezygnować z imprez. Można na nie chodzić z dzieckiem. Wyglądały one tak, że M się bawił, a ja w pokoju obok leżałam z Dede, ale poczucie, że wyszłam miałam. Zupełnie bez sensu. Dlatego teraz prawie całkowicie zrezygnowałam z wyjść i wcale nie żałuję.
Kiedy Dede poszedł do przedszkola, myślałam, że teraz to już luzik. Przecież na filmach dziecko idzie do przedszkola, macha na pożegnanie rączką, a zadowoleni rodzice idą do pracy. No i wtedy dopiero się zaczęło. Dede do przedszkola chodził chętnie i ładnie się tam zachowywał, ale....już po miesiącu musieliśmy mu kupić rękawice bokserskie i uczyliśmy w domu agresji, żeby mógł się obronić przed niejakim Aleksem, który to próbował terroryzować grupę, włącznie z Paniami. Dziecko nagle zostało spuszczone z Naszych oczu i zaczęło swoje własne życie. To dopiero dramat dla rodziców. A im starsze, tym gorzej. Zaczęło się wożenie na urodziny kolegów i koleżanek, zebrania z rodzicami o godzinie 15, czyli pęd z pracy, żeby zdążyć jak Pani mówi, że dzieci pojadą obejrzeć kozy itp. Albo przedstawienia, na które też trzeba zdążyć. Ten kolega jest fajny, a ten mówi brzydko. Mamo, chcę chodzić na karate, na basen, na coś tam. Dziecko chce? proszę bardzo. Woziłam, no bo co, nie pozwolę? nie dam rady? Wracałam z pracy, jadłam w biegu i zasuwałam dalej, a wieczorem kąpiele, czytanie, opowieści, zabawy itd. Najkrótszą drogą do łóżka i padałam na pysk, obok przesuwał się cień i też padał.
A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane.
A jednak daliśmy radę i w dodatku całkiem świadomie zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Doszliśmy do wniosku, że gorzej być nie może, a jak przetrwaliśmy Dede, to przetrwamy następne. I oto pojawiła się Nitka. Anioł. Nagle okazało się, że te sielskie obrazy mogą być rzeczywiste. Nitka uśmiechała się zamiast ryczeć, lubiła być przewijana, przebierana i kąpana i nie darła się przy tym jak poparzona. Była grzeczna i bezproblemowa. A gdy tylko umiała siedzieć, zajmowanie się nią przejął Dede, szczęśliwy, że oto awansował na starszego brata. Przy drugim dziecku wszystko okazało się łatwiejsze, o dziwo mogłam się wykąpać i zjeść, a nawet pomalować paznokcie. Dopiero jak Nitka zaczęła mówić, okazało się, że znowu nie jest łatwo i trzeba mieć łeb jak sklep żeby pomieścić wszystkie informacje przez nią przekazywane.
Teraz z Zu jako numerem trzy mamy najlepiej. Chociaż Zu bardziej w zachowaniu przypomina Dede niż Nitkę. Tylko my jesteśmy bardziej doświadczeni, nie musimy niczego udowadniać, niczego się nie boimy (może poza chorobami), starsze dzieci pomagają, a my potrafimy spotkać się gdzieś po drodze, chyba nawet bardziej, niż przy jednym dziecku. Potrafimy śmiać się z tych problemów z niemowlętami, bo wiemy co przyjdzie później. Jest wesoło i jest lepiej. Zdecydowanie lepiej. Jak sobie pomyślę o pierwszym dziecku, mam tiki nerwowe. Coś co miało być wielką zmianą na lepsze, wcale nią nie było. Wyobrażenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością. Dopiero teraz, patrząc z perspektywy czasu, widzę to inaczej i naprawdę szczerze współczuję tym, którzy są na początku. Nie chciałabym się zamienić, chociaż byłabym o te 11 lat młodsza. Doświadczenie sprawiło, że przestaliśmy być nowocześni i przestaliśmy wierzyć w te wszystkie pierdoły. Czego i Wam życzę :)
.
wtorek, 22 marca 2016
Ja do porad się nie nadaję
- masz troje dzieci, to mogłabyś jakieś porady na tym blogu pisać.
-jakie porady? takie o tym czy szczepić i co robić jak dziecko zrobi zieloną kupę?
- no tak
- i że buty jakieśtam są super, a kurtka, to tylko firmy jakiejśtam?
- no tak i pieniądze byś na tym zarobiła, a nie tylko tak piszesz dla sportu
I tak sobie pomyślałam, że ja lubię tak dla sportu i cieszy mnie to, że czyta ten, kto lubi się pośmiać, trochę ze mnie, a trochę tak ogólnie, bo zdaję sobie sprawę, że te sytuacje to takie życiowe i każdy w nich się odnajdzie. A co do porad, to tak sobie myślę, że wcale nie chcę ich udzielać. Owszem, jak ktoś zapyta o to i owo, to chętnie odpowiadam, bo czemu miałabym nie podzielić się swoim doświadczeniem, ale żeby tak koniecznie i specjalnie? Oooo, to absolutnie nie. Każdy ma swoje sposoby pielęgnowania i wychowywania. Są Mamy Idealne, które gotują codziennie obiady z dwóch dań, bo musi być zupa i mięso i kartofel, codziennie karmią jogurtem, owocem, kładą spać o tej samej porze w tym samym miejscu i niech przypadkiem nic nie zaburzy ich rytmu, bo ich życie nagle traci sens. Wieczorami zamiast usiąść z mężem przy filmie, prasują i sprzątają, a w nocy noszą swoje dzieciątka od ściany do ściany, zamiast położyć się z wywalonym cyckiem i zasnąć choć na chwilę. Jak tak lubią, to proszę bardzo. Ja nie polecam, ale to nie moja sprawa. Ja jestem nieporządna. Ja ciągle sprzątam, ale szarańcza zamieszkująca ten sam dom bałagani w kółko, więc efekt jest mizerny. Moje dzieci czasem wracają do domu głodne, a tu nie ma obiadu, dlaczego? bo nie. W szkole macie, a jak nie zjedliście, to wasza strata, kabanosy sobie weźcie i oddalcie się, bo jestem zmęczona. I czasami jak Nitka mówi i mówi i nie przestaje, to nie mówię jej z uśmiechem - "Nitko, kochanie, cichutko, bo mamusię głowa boli", tylko walę z grubej rury - "Nitka przestań kłapać, bo już dłużej nie wytrzymam!!" I krzyczę czasami, rzadko, ale zdarza się. I męża nie wychowuję. w ogóle nie mam pojecia co to znaczy. Uważam, że tekst - "męża sobie wychowałam" to jakiś absurd. A co to ja jego rodzice jestem, że mam go wychowywać? poznałam gotowy produkt, zakochałam się i za mąż wyszłam, ale żeby go wychowywać? a cóż to za dziwy? Mało tego, w mojej głowie mieści się zostawienie dzieci na kilka dni beze mnie. Nawet mi się to zdarzyło, jakiś czas temu zabrałam się i oddaliłam w kierunku Rzymu w celu spędzenia przyjemnie czasu z Przyjaciółkąodlat, a niedługo wybieram się w tym samym celu do Dublina. W dodatku, żeby dobić już całkiem spięte mamuśki, nie rozpiszę diety dzieci na kartce na lodówce, nie przygotuję ubrań na każdy dzień i nie zawekuję pulpetów. M jako ten wychowany nie przeze mnie, a przez własnych rodziców, radzi sobie świetnie i wie, gdzie leżą pieluchy, ubrania też, a gotuje lepiej ode mnie. I nie sądzę żeby wzywał pomocy, bo mój M to nie mebel ani wór na piwo, ale facet z krwi i kości. Jak to mówią - "widziały gały co brały". To ja nie wiem, czy do porad się nadaje. Chyba nie, bo moja jedyna rada, jaką mogę komukolwiek dać, to taka, żeby słuchał mniej teorii, a więcej zdrowego rozsądku i żeby kochał swoje dzieci, życie z nimi, sam siebie też kochał i bardziej wyluzował oraz żeby robił tak, żeby być szczęśliwym i żeby dzieci były roześmiane i szczęśliwe. I wcale nie chodzi o to, żeby na podłodze nie znaleźć ani jednego paprocha i że dziecko zawsze musi mieć czystą buzię, a wiecznie musztrowany chłop kołek w tyłku.
Na poprawę humoru - Nitka trzyma Zu kucharkę :)
-jakie porady? takie o tym czy szczepić i co robić jak dziecko zrobi zieloną kupę?
- no tak
- i że buty jakieśtam są super, a kurtka, to tylko firmy jakiejśtam?
- no tak i pieniądze byś na tym zarobiła, a nie tylko tak piszesz dla sportu
I tak sobie pomyślałam, że ja lubię tak dla sportu i cieszy mnie to, że czyta ten, kto lubi się pośmiać, trochę ze mnie, a trochę tak ogólnie, bo zdaję sobie sprawę, że te sytuacje to takie życiowe i każdy w nich się odnajdzie. A co do porad, to tak sobie myślę, że wcale nie chcę ich udzielać. Owszem, jak ktoś zapyta o to i owo, to chętnie odpowiadam, bo czemu miałabym nie podzielić się swoim doświadczeniem, ale żeby tak koniecznie i specjalnie? Oooo, to absolutnie nie. Każdy ma swoje sposoby pielęgnowania i wychowywania. Są Mamy Idealne, które gotują codziennie obiady z dwóch dań, bo musi być zupa i mięso i kartofel, codziennie karmią jogurtem, owocem, kładą spać o tej samej porze w tym samym miejscu i niech przypadkiem nic nie zaburzy ich rytmu, bo ich życie nagle traci sens. Wieczorami zamiast usiąść z mężem przy filmie, prasują i sprzątają, a w nocy noszą swoje dzieciątka od ściany do ściany, zamiast położyć się z wywalonym cyckiem i zasnąć choć na chwilę. Jak tak lubią, to proszę bardzo. Ja nie polecam, ale to nie moja sprawa. Ja jestem nieporządna. Ja ciągle sprzątam, ale szarańcza zamieszkująca ten sam dom bałagani w kółko, więc efekt jest mizerny. Moje dzieci czasem wracają do domu głodne, a tu nie ma obiadu, dlaczego? bo nie. W szkole macie, a jak nie zjedliście, to wasza strata, kabanosy sobie weźcie i oddalcie się, bo jestem zmęczona. I czasami jak Nitka mówi i mówi i nie przestaje, to nie mówię jej z uśmiechem - "Nitko, kochanie, cichutko, bo mamusię głowa boli", tylko walę z grubej rury - "Nitka przestań kłapać, bo już dłużej nie wytrzymam!!" I krzyczę czasami, rzadko, ale zdarza się. I męża nie wychowuję. w ogóle nie mam pojecia co to znaczy. Uważam, że tekst - "męża sobie wychowałam" to jakiś absurd. A co to ja jego rodzice jestem, że mam go wychowywać? poznałam gotowy produkt, zakochałam się i za mąż wyszłam, ale żeby go wychowywać? a cóż to za dziwy? Mało tego, w mojej głowie mieści się zostawienie dzieci na kilka dni beze mnie. Nawet mi się to zdarzyło, jakiś czas temu zabrałam się i oddaliłam w kierunku Rzymu w celu spędzenia przyjemnie czasu z Przyjaciółkąodlat, a niedługo wybieram się w tym samym celu do Dublina. W dodatku, żeby dobić już całkiem spięte mamuśki, nie rozpiszę diety dzieci na kartce na lodówce, nie przygotuję ubrań na każdy dzień i nie zawekuję pulpetów. M jako ten wychowany nie przeze mnie, a przez własnych rodziców, radzi sobie świetnie i wie, gdzie leżą pieluchy, ubrania też, a gotuje lepiej ode mnie. I nie sądzę żeby wzywał pomocy, bo mój M to nie mebel ani wór na piwo, ale facet z krwi i kości. Jak to mówią - "widziały gały co brały". To ja nie wiem, czy do porad się nadaje. Chyba nie, bo moja jedyna rada, jaką mogę komukolwiek dać, to taka, żeby słuchał mniej teorii, a więcej zdrowego rozsądku i żeby kochał swoje dzieci, życie z nimi, sam siebie też kochał i bardziej wyluzował oraz żeby robił tak, żeby być szczęśliwym i żeby dzieci były roześmiane i szczęśliwe. I wcale nie chodzi o to, żeby na podłodze nie znaleźć ani jednego paprocha i że dziecko zawsze musi mieć czystą buzię, a wiecznie musztrowany chłop kołek w tyłku.
Na poprawę humoru - Nitka trzyma Zu kucharkę :)
poniedziałek, 14 marca 2016
Nie przyznam się
O ranyyyy co to będzie!!!! Na dzisiaj mam umówioną wizytę u Pani Dietetyczki!!! To już trzeci raz jak szczupła i przemiła Pani Dietetyczka będzie mnie ważyć, mierzyć zwartość tkanki tłuszczowej, obliczać BMI i sprawdzać obwody tu i ówdzie. O ludzie. Pierwsze spotkanie nie było straszne, bo to dopiero zapoznanie, wprowadzanie diety, pouczanie jak się odżywiać jeszcze bardziej zdrowo i jeszcze lepiej. Drugie spotkanie było po dwóch tygodniach od pierwszego i wtedy już było bardziej stresująco. Jednak w pierwszych dwóch tygodniach bardzo pilnowałam diety, wszystko dokładnie ważyłam i nie zjadłam niczego spoza jadłospisu. Natomiast teraz.....o matko...jak tu pójść. No dobra, mogę trochę zgonić na anginę, która mnie znowu rozłożyła, trochę na tę straszną chorobę o japońskim brzmieniu, co to się do mnie przykleiła już na zawsze, ale dziewczyna nie jest głupia, nie łyknie tak wszystkiego. Do czekolady się nie przyznam, nie ma mowy, do żadnych innych słodyczy też nie, hmmm, może do połowy słoika masła orzechowego? nieeee, też nie, to może do rafaello, albo do kilku chipsów, czy do pudełka pysznych czekoladek? hmmmm też nie bardzo...a do pączka? może do pączka się przyznam? eee nie mogę, glutenu mi przecież nie wolno. Cholera jasna, przecież zastój w wadze i brak efektów nie bierze się znikąd. Do czegoś jednak przyznać się muszę. No ok, przyznam się do kanapki ze zwykłym chlebem razowym, ale nie powiem, że była z majonezem. No i jeszcze powiem, że jadłam słodycze, w sensie, że trochę jadłam. Mam nadzieję, że Nitka, która idzie ze mną jako opiekunka Zu, nie zdradzi mnie. Jejku jejku, dlaczego ja jestem taka głupia?! dlaczego tak się nie pilnowałam, dlaczego objadałam? Dwa tygodnie nie potrafię wytrzymać bez podżerania i teraz wstyd iść do dziewczyny i w oczy spojrzeć. No obiecuję sobie, że teraz to już naprawdę, no nie ma żartów, no muszę wytrzymać. Dobra, biorę to na klatę, przecież nie zabije. A może przełożyć wizytę? powiedzieć, że jeszcze nie wyzdrowiałam? na litość ją wziąć? Nieee, idę, najwyżej ze spuszczoną głową obiecam poprawę, ale do tego co żarłam nie przyznam się choćby mnie przypalała żywcem...
piątek, 11 marca 2016
Małe Kobietki
Świat się kończy. Nitka spotkała się z koleżanką. Przebrały się za księżniczki, założyły buty na obcasach - to normalne, zawsze tak robią. Jednak pojawił się nowy element - Gabi mówi - "wrzuciłabym coś na ząb", Nitka zrobiła więc (sama) po kanapce z żółtym serem i ogórkiem, na stole postawiła dwa kieliszki do wódki, które wypełniła wodą i dwa kieliszki do wina z sokiem wiśniowym. Następnie młode damy stuknęły się kieliszkami i walnęły shoty z okrzykiem "na zdrowie", potem zagryzły kanapkami, a jeszcze potem długo siedziały przy stole śmiejąc się, gadając i popijając niby wino. Na moje zdziwienie niespełna 7-latki odpowiedziały - jesteśmy kobietami!!!
Teraz zmieniły sukienki na bardziej codzienne i bawią się w coś innego, na szczęście jest to już zabawa bez chlania :)
Teraz zmieniły sukienki na bardziej codzienne i bawią się w coś innego, na szczęście jest to już zabawa bez chlania :)
środa, 2 marca 2016
No i stało się
no i stało się...Zu zaczęła raczkować. Niedoświadczeni rodzice nie mogą doczekać się tego momentu, doświadczeni natomiast wiedzą co to oznacza i z trwogą myślą o czasie, kiedy dziecko zaczyna poznawać świat po swojemu. Teraz trzeba mieć oczy dookoła głowy, aż malutki rozumek wszystko ogarnie. Niestety, koniec z cudownym spokojem gdzie zostawi się dziecko, tam się je znajdzie. Zu, kiedy nikt nie patrzy, przemieszcza się z prędkością światła. W ciągu jednego dnia zdążyła polizać wszystkie meble, wyszarpać kable, które były schowane (tak nam się wydawało), zjeść trochę paprotki, kilkakrotnie włożyć palce do kontaktu, pozbierać wszystkie możliwe śmieci i włożyć je do buzi, rozrzucić i polizać nasze buty, polizać sedes, wyjeść z misek kota Lolka karmę mokrą oraz suchą i wychlapać wodę do picia, wylać wodę z konewki, polizać szmatę do podłogi no i oczywiście pałętać się bez sensu pod nogami. Ma też nową zabawę - włazi pod krzesła i siedzi tam co chwila uderzając się w głowę, co zdaje się jej nie przeszkadzać. Ma już jednego siniaka, a dzisiaj gruchnęła o podłogę i miałam wrażenie, że słyszę trzask kości. Żyje jednak, jest całkiem zadowolona, wszystkie funkcje zachowane, źrenice równe i nie daje oznak, że coś tam mogło się stać, więc puściłam na podłogę znowu i niech sobie radzi. Najwyżej kask kupię. Zaznaczam, że to dopiero jeden dzień i Zu nie czuje się jeszcze zbyt pewnie, założę się, że za kilka dni rozwinie i pokaże więcej możliwości :) Moje motto na najbliższych kilka miesięcy - "Niech moc będzie ze mną" :)
Zdjęcie, na którym Straszna Dziewczynka delikatnie głaszcze swojego kotka. Obrońcom zwierząt od razu zaznaczam - Lolek nie cierpi - to jej najlepszy przyjaciel i pomimo (czasem) brutalnych pieszczot, spędza z nią sporo czasu z miną wielce zadowoloną :)
Zdjęcie, na którym Straszna Dziewczynka delikatnie głaszcze swojego kotka. Obrońcom zwierząt od razu zaznaczam - Lolek nie cierpi - to jej najlepszy przyjaciel i pomimo (czasem) brutalnych pieszczot, spędza z nią sporo czasu z miną wielce zadowoloną :)
niedziela, 21 lutego 2016
Mamo kupicie mi biurko?
"Mamoooo, kiedy będę miała biurko? Chodzę do szkoły już tyle miesięcy i nadal nie mam swojego biuuuurkaaaaa, wszystkie dzieci w mojej klasie już maaaają" - to Nitka. Codziennie. Przez miesiąc albo i lepiej. No dobra, zróbmy jej w końcu ten pokój, choć wiemy z doświadczenia, że lekcji i tak nie będzie tam odrabiać, ale trzeba to mieć za sobą. Odważnie więc do tematu, a co. Kupienie "tylko biurka" pociąga za sobą remont całego pokoju. Toż to oczywista oczywistość! Jakby inaczej. Mój Tata zaoferował pomoc, całe szczęście, bo M z braku czasu nigdy w życiu by tego nie zrobił. No to Pracowity Dziadek przeprowadził się do nas na 2 tygodnie, tyle, jak się okazuje, zajmuje wstawienie biurka. Zakrzątnął się odpowiednio, szorował, zdzierał, murował, malował itd, co poskutkowało zupełnie nowym, pięknym pokojem w kolorze różu, magnolii i bieli. Cud, miód i cukierek. Gdybym miała 7 lat i taki pokój, piałabym z zachwytu i nie wychodziłabym z niego wcale. Nitka też prawie nie wychodzi, bo się nie da. Przejść przez przedpokój. Wszystkie graty i zabawki wylądowały właśnie tam i o zgrozo, zaczynają tam swój żywot już trzeci tydzień. Nitka oczywiście jest zachwycona swoim pokojem i bawi się w nim jedną rzeczą wyłowioną spośród morza rupieci i twierdzi, że sama nie da rady tego sprzątnąć. A kto ma dać?!!!! Oczywiście, że ja, aż nerwowych drgawek dostaję na samą myśl. "M pomożesz mi?" - robię tak duże oczy jak potrafię. "-Nie ma mowy, wiesz, że ja tego nie lubię." - twardy jest. No więc już drugi dzień siedzę w tym przedpokoju i przebieram zabawki, książeczki, gumeczki, spineczki i inne pierdołki i końca nie widać. Wiele z tych rzeczy jest bezużyteczna i do wyrzucenia, ale muszę to robić ukradkiem, bo każda rzecz ma sentymentalną wartość i z żadną nie można się rozstać. "No mamooo, proszę Cię, tylko nie to plisss plissss plissss....."Wczoraj na przykład trafiłam na lalkę bez ręki, bez nogi i bez głowy - była potrzebna. Może do jakichś makabrycznych zabaw? Po kryjomu załadowałam już cały 240 litrowy wór na śmieci. No i jeszcze razem ze mną siedzi Zu, która wszystko bierze do rączki, a potem do buzi. Jest szczęśliwa i aż sapie z radości, szczególnie kiedy uda jej się dosięgnąć najmniejsze przedmioty oraz zasuszone biedronki. Nitka uczestniczy chwilę a potem oddala się po cichu żeby bawić się gdzieś w rogu nowo odkrytą zabawką, a ja siedzę jak ta głupia z błędnym wzrokiem i już mam szczerze dość. "Mamoooo, a kiedy dokupicie mi krzesło do biurkaaa? jak mam przy nim siedzieć?". No dobra to do sklepu meblowego. M powiedział, że tego już nie wytrzyma, jedziemy więc we troje - Ja, Nitka i Dede. Ten ostatni z chęcią kupienia sobie jakiegoś wielkiego worka do siedzenia, bo niewygodnie mu się czyta książki na podłodze. Podczas kiedy dzieci wysiadywały wszystkie kanapy (- "Mamo jakie super zakupy, tak to my możemy"), ja latałam jak poparzona, szukając odpowiedniego krzesła oraz worka i lampki. A oni tylko zatwierdzali, bo mamą jestem nie od dziś i wiem, że szybciej, taniej i lepiej jest niepozostawianie zbyt dużego wyboru. Znalazłam wszystko, ale niestety w dwóch różnych sklepach. Kiedy wchodziłam do punktów odbioru, panowie z magazynu dziwnie się patrzyli jak w 12 cm obcasach taszczę do samochodu pudła. Co mnie podkusiło z tymi obcasami? Dobrze, że futra nie posiadam, szyku bym zadała. W końcu wróciliśmy do domu i znowu trafiłam na ten bałagan. O matko!!! chyba otworzę sobie wino...a rupiecie niech leżą i kolejny tydzień.
Mamo, to wszystko jest mi bardzo, ale to bardzo potrzebne. :):):)
piątek, 12 lutego 2016
mazurskie pogotowie
Przy okazji przeglądania zdjęć przypomniała mi się pewna zabawna historia. Wspominałam już o tym, że w czasach studenckich jeździliśmy na Mazury. Za pierwszym razem wybraliśmy się tam we troje - Ja, M oraz nasz przyjaciel Bodek. Pojechaliśmy tam maluchem Bodka, który to maluch został odziedziczony po dziadku i w którego spakowaliśmy się we troje razem z namiotem, pontonem, butlą gazową, garnkami, jedzeniem w puszkach oraz wieloma innymi akcesoriami. W dodatku bez górnego bagażnika. Do tej pory nie wiem jak nam się to udało, pamiętam tylko, że wszystkie ubrania leżały porozciągane pomiędzy całą machinerią malucha, w sensie każda koszulka i skarpeta osobno :). Chłopcy kierowali na zmianę, mi przypadło miejsce z tyłu, miałam jakieś nie przesadzając 40 cm siedzenia, ale że ważyłam 46 kg, to miejsca wydawało się całkiem sporo. Jechaliśmy oczywiście z zawrotną prędkością 80 km/h, jarając niesamowite ilości papierosów. Dziwię się, że Bodek widział drogę, bo nie dość, że on ślepawy i w okularach, to jeszcze dym był nie do opisania. Wakacje trwały trzy tygodnie i były naprawdę super. Wspomnień z nich jest mnóstwo, bo nie tylko wylegiwaliśmy się nad jeziorami i łowiliśmy ryby, wypijając przy tym hektolitry piwa Żagiel i wypalając nieprzyzwoite ilości papierosów Caro czerwonych, ale również zwiedzaliśmy. Rewelacja. Pewnego dnia chłopaki zrobili na obiad makaron z kiełbasą i nie wiem, chyba ta kiełbasa była nieświeża, fakt, że ten obiad bardzo mi zaszkodził. A może po prostu za dużo im zrzędziłam i postanowili mnie na chwilę uciszyć? kto wie? W każdym razie wieczorem rzygałam dalej niż widziałam i skręcałam się z bólu żołądka. Chłopcy byli bardzo przejęci, starali się pomóc jak mogli, łącznie z parzeniem bardzo mocnej herbaty oraz masowaniem brzucha na zmianę. Bodek pojechał nawet do budki telefonicznej i zadzwonił do swojej mamy lekarki, jednak przez telefon nie dała rady mnie uleczyć. Nie było wyjścia, Bodek postanowił jechać na pogotowie. To ja zaczęłam wyć, że ja na pogotowie nie chcę, bo mnie zostawią, a ja chcę tu w namiocie, ja nie będę leżała w szpitalu w wakacje!!! No to Bodek pojechał sam. A trzeba koniecznie zaznaczyć, że wieczorem wyjmowaliśmy siedzenia przednie z malucha, bo chłopaki lubili sobie na nich siedzieć wygodnie przy ognisku :) No to Bodek zamontował tylko jedno siedzenie dla siebie i pojechał, a M został ze mną na posterunku. Nie było go z godzinę. Z pogotowia przywiózł w jednym kieliszku do wódki krople żołądkowe, a w drugim białe tabletki. Był w dodatku w doskonałym humorze i śmiał się do rozpuku. Otóż na pogotowiu wyprosił te medykamenty, choć nie było łatwo, bo przecież pacjenta było (jakby) brak i wsiadł do samochodu. Przypominam, że to maluch, nie ma tam półeczek na odłożenie czegokolwiek i trzęsie niemiłosiernie, więc krople postanowił trzymać w ręku. Na trasie zobaczył ludzi próbujących złapać stopa (nieważne, że to była jakaś 22 - to Mazury w latach 90-tych), no to stwierdził, że przecież trzeba ich podwieźć. Chłopak z dziewczyną zadowoleni otworzyli drzwi i pierwsze co zobaczyli, to brak przedniego siedzenia. Bodek do nich - "a nic nic, wsiadajcie, ja tak wyciągam te siedzenia, siedzimy sobie na nich jak w folelach" (miny pary bezcenne), zapakowali się jednak z plecakami i Bodek ruszył. Śpieszył się, bo wiedział, że ja cierpiąca, więc zapierniczał z jakąś zawrotną prędkością aż maluch podskakiwał jak szalony. Nagle autostopowicze zauważyli, że obok Bodka w kieliszku do wódki leżą białe tabletki, nie skomentowali, ale jakie były ich miny kiedy zobaczyli, że kierowca jedną ręką kieruje, a w drugiej trzyma kieliszek wypełniony płynem. I jeszcze się do nich odwrócił z zaparowanymi okularami i powiedział, żeby się nie martwili, bo on ma wszystko pod kontrolą!!! Dokładnie już nie pamiętam, ale coś mi się kołacze po głowie, że chwilę później wysiedli :)
piątek, 29 stycznia 2016
Najgrubsza w grupie :(
No i mam za sobą pierwszy dzień ćwiczeń w klubie. Bo w ramach tego odchudzania, co to je zaczęłam, poszłam na zajęcia wzmacniające mięśnie. Zajęcia z takimi dużymi piłkami. Postanowienie było już dawno, ale przez dwa tygodnie nie mogłam tam dojść i ciągle odwoływałam, bo coś mi wypadało. Dzisiaj jednak chciałam iść tak bardzo, że nic nie było w stanie mnie zatrzymać. No prawie nic, bo o mały włos nie zrezygnowałam. Dlaczego? bo nie mogłam trafić do tego klubu. Okazało się, że przejechałam bramę wjazdową, ale wina nie moja - szyldu żadnego nie było. No i jak przejechałam tę bramę, to potem się zagubiłam i trafić nie mogłam, za 10 minut miały się zacząć zajęcia, a ja byłam zupełnie gdzie indziej niż powinnam. W jakiejś ciemnej uliczce między domkami, a nie pod żadnym fitness klubem (!!!), oczywiście wkurzyłam się okrutnie i zaczęłam przeklinać na czym świat stoi (przecież to M źle mi wytłumaczył, na pewno On) i prawie płakać, że nie pojadę, no nie pojadę na te ćwiczenia i w dupie mam to wszystko i całe to ćwiczenie i będę gruba dalej i co za debil nie powiesił żadnego szyldu i jeszcze chwila i zawrócę do domu i koniec!!! No ale zaraz wyobraziłam sobie minę M jak wrócę i powiem, że nie poszłam, bo się zgubiłam. To wyobrażenie było tak silne, że jednak zaryzykowałam, poszukałam jeszcze raz i się udało. Weszłam do sali zaopatrzona w wielką piłkę, chciałam stanąć sobie gdzieś z tyłu ale miłe panie powiedziały mi, że jak jestem pierwszy raz, to mam sobie stanąć z przodu, żeby lepiej widzieć. No to stanęłam. Do sali weszła instruktorka, oczywiście wysoka i z boskim ciałem, na widok której jakoś tak się lekko zgarbiłam. W odbiciu wielkiego lustra zaczęłam przyglądać się grupie. Ha ha, nie jest źle, jestem jedną z młodszych...hurrra! o jasna dupa....!!!! jestem najgrubsza!!! W całej 10 osobowej grupie pań raczej starszych ode mnie, a niektórych to dużo starszych jestem najgrubsza!!!!!!!!!!!! ale dóóół. I w dodatku mam dziurę w koszulce do ćwiczeń!!! o matko, tego już było za wiele. A potem już nie było czasu na patrzenie, bo zaczęła się głośna muzyka oraz akrobacje na piłkach, więc trzeba było skupić się na Instruktorce z Boskim Ciałem i starać się sprostać jakimś takim czasami dziwnym wygibasom. Nie wiedziałam, że tak potrafię :) Radziłam sobie całkiem nieźle, wszystkie ćwiczenia raczej wykonywałam, czasami tylko ta wielka piłka uciekała mi spod tyłka, dwa razy udało mi się z niej spaść, a raz kopnąć niechcący instruktorkę. Przysięgam, że jej boskie ciało wcale mi nie przeszkadza, a kopnięcie było całkowicie przypadkowe. Efekt jest taki, że już teraz boli mnie każdy mięsień, więc drżę ze strachu przed tym, co będzie jutro. A jutro basen i kolejne rekordy na oczach ratowników, Ostatnio było 5 osób pływających i 4 ratowników, więc można sobie wyobrazić jak nas obserwowali!!! Grupa w klubie fitness okazała się bardzo miła i dowcipna, Instruktorka z Boskim Ciałem również, myślę, że się zaszczepiłam i będę chodzić. Tylko dlaczego, do cholery, one wszystkie wyglądają dobrze, a ja jak kwadrat??!!! lub ta piłka, na której ćwiczę!!! w sumie nie wiadomo kto jest kto, bo z tą piłką zlewamy się w jedno. Gdzie kończy się piłka, a gdzie ja? grunt to się nie poddawać.
wtorek, 26 stycznia 2016
Noszszszsz k...mać
- Moi sąsiedzi mają psy. Psy łagodne chodzą sobie czasami puszczone wolno, ale te groźniejsze są zamknięte na posesjach. Poza dwoma. To sąsiedzi niereformowalni, którzy pomimo próśb i gróźb, nadal mają najczęściej otwartą bramę, a ich dwa psy biegają wolno po drodze, którą każdy musi przejść. Psy nie są bardzo duże, ale są brzydkie i agresywne. Mają nawet na koncie pogryzienia innych psów oraz ludzi, podejrzewam, że mogły się znacząco przyczynić do zaginięcia mojego kota Gutka, ale dowodów nie mam. Dzisiaj wybrałam się na spacer z Zu w wózku. Wszystko było super, dopóki nie pojawiły się owe dwa przemiłe psy. W dodatku nie tylko szczekały, ale pokazując pełen komplet zębów, biegły w moją stronę. Gorączkowo zaczęłam rozglądać się za jakimś kijem, ale znalazłam tylko jakieś stare szyszki, a psy były coraz bliżej. Byłam tak przerażona, że serce czułam w gardle. I tak się bałam o Zu, że chyba obudziła się we mnie lwica. Słyszałam o tym, że matka w chwili zagrożenia, potrafi wiele. No i ja, nie wiedząc co robić, zaczęłam biec na te psy z rozłożonymi rękami i drzeć się tak strasznie, że sama się zdziwiłam, że tak potrafię. Mniejszy pies od razu podkulił ogon i uciekł, a drugi najpierw się posrał (sorry za wyrażenie) i też z podkulonym ogonem zwiał. Ma się ten głos! Kocham zwierzęta, naprawdę, jestem dla nich dobra, miałam ich wiele, ale poważnie zastanawiam się, czy nie zrobić sobie na spacery takiego kijaszka najeżonego gwoździami, tylko nie wiem, czy zastosować go na te psy, czy raczej na właścicieli.
sobota, 23 stycznia 2016
Za górami
Prawie 5 lat temu wyprowadziliśmy się z miasta, aby zamieszkać w domu własnym, umiejscowionym "za górami", jak mówi koleżanka Nitki. Nie jest to daleko od granic miasta, bo jak chcę pójść z koleżankami na piwo, to jadę sobie zwykłym miejskim MPK, tyle że rzeczywiście do domu mam pod górkę. I z górki. I znowu pod górkę. A do garażu znowu z górki. Ma to swoje dobre strony, bo miejsce mocno urokliwe, ale w zimie....przez dwie pierwsze zimy jeździłam zwykłym samochodem, takim normalnym, bez żadnych dodatkowych napędów, ani wysokiego zawieszenia. Uważałam, że przecież nie będę mięczakiem i dam radę. Ktoś chce ponarzekać na skrobanie szyb pod blokiem? Tak oto przez dwie zimy - mocno śniegowe i mroźne musiałam zostawiać samochód przed tymi górami, bo nie dało się wjechać. I nie nie, odśnieżanie nie zawsze coś dało, ani sypanie piaskiem, ani solą :) Wszystko byłoby super, taka górska przygoda. Tylko, wtedy jeszcze małe dzieci, musiały mieć dobre portki i buty na śnieg, bo brnęły przez 100 metrów pod górę, zanurzone po kolana albo i wyżej, a nie daj Boże jak któreś zasnęło w samochodzie, wtedy szło brutalnie wybudzone przez bezlitosną matkę. Rano natomiast zwoziłam je na sankach, wsadzałam do kompletnie zamrożonego samochodu, uruchamiałam silnik, następnie wyciągałam wszystkie akcesoria do odśnieżania - łącznie ze szczotką na kiju i zaczynał się mniej więcej 20-minutowy taniec, mający na celu jako takie umożliwienie jazdy. Zdarzyło się, że tak byliśmy zasypani, że nie wyjechaliśmy wcale, kiedyś M zawisł na śniegu tak, że spędziliśmy dwie godziny na odkopywaniu go, a ponieważ była noc, to pomocy znikąd. To była codzienna walka z żywiołem. :) Z zakupami też było wesoło. Jeść trzeba i czasami robimy duże zakupy. No i częstym zjawiskiem byłam ja ciągnąca zakupy na sankach pod tę górę (jak zakupy były duże, to musiałam obrócić kilka razy), czasami gubiłam po drodze rożne rzeczy, ale kilka godzin po mnie wracał M i zbierał ukryte w śniegu rożne artykuły spożywcze. Po dwóch latach skapitulowałam, mam teraz taki samochód, który wjeżdża pod te górki a tamte zimy są tylko wspomnieniem, poruszonym dziś z zaprzyjaźnioną sąsiadką AgaNaką. A tak a propos terenówek, słyszałam, że są tacy, co ochlapują swoje sztucznym błotem, żeby nie było widać, że stoją na parkingu pod blokiem :)
Zrobiłam rano kilka szybkich zdjęć, żeby zobrazować. Od dłuższego czasu nie pada, więc droga jest przejezdna dla każdego :) Pani listonoszka, Panowie śmieciarze i kurierzy cieszą się, bo w innym wypadku najpierw dużo na dole przeklinają a potem idą na górę :)
Zrobiłam rano kilka szybkich zdjęć, żeby zobrazować. Od dłuższego czasu nie pada, więc droga jest przejezdna dla każdego :) Pani listonoszka, Panowie śmieciarze i kurierzy cieszą się, bo w innym wypadku najpierw dużo na dole przeklinają a potem idą na górę :)
wtorek, 19 stycznia 2016
Reagujmy
Dzisiaj będzie trochę poważniej, ale akurat tak nastroiła mnie sytuacja. Otóż wracając z Dede ze szkoły, zauważyłam leżącego na poboczu człowieka. Nie wahając się ani chwili, zatrzymałam się i pobiegłam sprawdzić co się stało. Podchodziłam do niego na drżących nogach, bo bałam się, że nie żyje. Okazało się, że zwyczajnie pijany. Okropnie pijany, widać było, że zaszalał na całego. Musiałam go długo budzić. Próbował mnie przekonywać, że nic mu nie jest i on sobie tak tylko tutaj leży i przecież wcale nie jest zimno. Było sporo na minusie, a Rozrywkowy Pan leżał otulony śniegiem. Stwierdziłam, że sama nie dam rady go dźwignąć, więc zaczęłam zatrzymywać samochody. Na szczęście od razu zatrzymały się dwa, oba z mężczyznami, więc szybko wyjaśniłam o co chodzi i panowie postawili Rozrywkowego do pionu. Ustaliliśmy gdzie mieszka (niedaleko), sprawdziliśmy czy dojdzie do domu o własnych siłach i rozjechaliśmy się. A po co o tym piszę? Bynajmniej nie po to, aby mi bić brawo, ale po to, żeby powiedzieć, że to naprawdę nic nie kosztuje. Taka drobnostka, która zajęła mi nie więcej niż 10 minut, a jestem przekonana, że uratowała temu człowiekowi życie bądź zdrowie, bo mrozy teraz duże a w śniegu to tak nie do końca jak w pierzynce i nie zawsze działa zasada, że pijanemu nic się nie stanie. Ulica, przy której leżał Rozrywkowy bardzo ruchliwa, jedna z wylotówek z miasta, sznur samochodów jadących najwyżej 60 - 70 km/h i nie wierzę, że nikt go nie zauważył. Nie zawsze trzeba czekać, aż pomoże ten inny, a ja - "będę miał czyste ręce, po co mi to, pewnie zasłużył, pijany, to nie warto..." itp. Pamiętajmy, że pijany to też człowiek, też ktoś. Marzy mi się, żeby ludzie się obudzili trochę wcześniej, niż wtedy, kiedy sami znajdą się w podobnej sytuacji i sami będą czekali na pomocną dłoń...
czwartek, 14 stycznia 2016
no to może poćwiczę?
W ramach odchudzania postanowiłam się uaktywnić. W związku z tym już drugi raz byłam na basenie. Uwielbiam pływać i uznałam, że ta forma jest dla mnie jedną z lepszych. Zu została odstawiona do moich Rodziców, a ja cała w skowronkach popędziłam do niedawno otwartego cudownego obiektu sportowego. W godzinach porannych na szczęście nie ma za dużo ludzi, więc można spokojnie oddać się przyjemności pływania w tą i z powrotem i nie zderzać się co chwila z towarzyszem na torze. Jedyną wadą tego, że jest mało ludzi jest to, że ratownicy mają dużo czasu i PATRZĄ. Od razu przypomniała mi się historia koleżanki, która w czasie szpitalnego obchodu po porodzie nie myślała o tym, że czuje się jak rozjechana przez czołg, a jedynie o tym, czy ma ogolone nogi, bo lekarz był diabelsko przystojny. No i ja będąc pod taką ścisłą obserwacją kilku przystojnych ratowników od razu musiałam się bardziej sprężyć i pływać piękniej. Próbowałam jawić się im jako zgrabne szczupłe dziewczę, które przyszło tu dla poprawy kondycji, a nie gruby wieloryb rozpaczliwie rzucający się w wodzie w celu zrzucenia nadmiernych kilogramów. Dzięki temu bolał mnie każdy mięsień, ta obserwacja wyjdzie chyba na dobre :) Po basenie miałam zjeść jabłuszko, ale rodzice nie mieli. No to musiałam zjeść kurczaka, trochę mi się nie zgadzały kalorie i smak jakby inny od jabłuszkowego. A jak przyszłam do domu, to trzymałam się twardo przez pół godziny, a potem jakoś tak zupełnie niechcący trafiłam na słodycze. I właśnie w końcu dotarło do mnie i zrozumiałam dlaczego nie chudnę. A w moje odchudzanie zaangażowana cała rodzina - "bo przecież Ona musi w końcu schudnąć po tej ciąży". M pojutrze zabiera mnie na siłownię i tam będą katorgi pod okiem trenera - znowu będzie patrzył! i tym razem nie ukryję się w wodzie, więc raczej nie pomyli mnie ze zgrabną i powabną! a Bratowa zapisała mnie na ćwiczenia wzmacniające mięśnie, na których w grupie szczupłych i zgrabnych, cała czerwona z wysiłku będę sobie powtarzała "dam radę dam radę, jeszcze tylko ...dziesiąt powtórzeń", a minuty będą mijały baaardzo powoli".
O matko!!!!
O matko!!!!
sobota, 9 stycznia 2016
Szaleństwo na wyprzedażach
Zaczęły się wyprzedaże, no to postanowiłam wybrać się do centrum handlowego i zaszaleć. Przez kilka dni planowałam to wyjście i rozmyślałam jakie to przyjemności
sobie sprawię. W głowie dopieszczałam kolejne szczegóły. Najpierw pójdę na
obiad, jakiś pyszny, z rybą z grilla albo pieczoną i warzywa, dużo warzyw i
będę go sobie jadła w samotności, patrząc na ludzi. A potem będę chodziła po
sklepach, kupię coś dla dzieci i M, no i dla siebie oczywiście. Nakupię tyle, że nieść nie będę mogła, a co, należy mi się. Spokojnie sobie pochodzę, nikt mnie nie będzie poganiał, nikt nie będzie nic mówił. Taki
czas tylko dla mnie. I do empiku sobie pójdę i połażę między półkami i kupię
sobie kolejną książkę, grubą i fajną. A
potem kupię sobie rurkę z kremem, albo nie, lody, lody z bita śmietaną i
polewą, grzeszne i tuczące i znowu sobie zjem w samotności. Przyjemność,
wolność….tak, tak sobie zrobię. Nadszedł dzień realizacji planu. Ach jak będzie
mi cudownie, już nie mogę się doczekać. I nagle….M mówi,"- to może wybierzemy się
razem? Dede, jedziesz z nami?" Dede nie chciał. To Nitka i Zu, one jadą Dede
zostaje. Szykowanie, pakowanie do samochodu, wyjazd. W centrum handlowym
wchodzimy do Smyka, kupujemy kombinezon dla Zu i tunikę dla Nitki, coś dla Dede
(bo jest zasada, że jak jedno coś dostaje, to drugie i trzecie też musi,
wszyscy po równo), Zu już zaczyna się trochę wiercić, M mówi – „idź sobie do
sklepu z ciuchami, kup sobie coś”, „-eee nie, wiesz M jakoś mi się odechciało, innym
razem, ty idź”. No to M idzie do ulubionego sklepu, a ja z dziewczynkami do
empiku, tam na szybko wybieram sobie książkę, grubą, fajną i pięknie obiecująco
pachnącą, spotykamy się gdzieś po drodze, Nitka dostaje jeszcze rurkę z kremem
i szybko do domu, bo Zu zaczyna już koncert. Na pocieszenie łapię po drodze najlepszą na świecie czekoladę, a wychodząc odwracam się tylko raz i tęsknym wzrokiem omiatam to co mnie ominęło...
Oto moje pocieszenie, tylko nawet tego nie dadzą w samotności pożreć :) Dobrze, że nie interesuje ich Anglia XVIII wieku, bo i książkę by zabrali...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)









